Niemal każda zmiana reguł obowiązujących w danym sporcie ma za zadanie uatrakcyjnienie rozgrywek. Jakkolwiek to brzmi, zastąpienie starego systemu punktacji za wynik (dwa punkty za wygraną, jeden za remis, zero za porażkę) na nowy również podyktowane było widowiskiem. FIFA korzystała wtedy z zaawansowanej kombinacji badań statystycznych, socjologicznych i psychologicznych. Jak się jednak okazuje, w matematyce nie istnieje wzór na naturę ludzką.
Gdyby przejść się ulicą dowolnego polskiego miasta i zapytać młodego człowieka, ile punktów w ekstraklasie (i każdej innej lidze) przyznawane jest za zwycięstwo, a ile za remis, prawdopodobnie każdy poprawnie odpowie, że wygrana równoznaczna jest ze zdobyciem trzech „oczek”, w przypadku braku rozstrzygnięcia oba zespoły otrzymują zaś po jednym punkcie. Najmłodsze pokolenia nie są jednak koniecznie świadome, że taki system obowiązuje od bardzo niedawna.
Oficjalnie bowiem dopiero od dwudziestu lat FIFA uznaje, że zwycięstwo powinno być wynagradzane lepiej – wcześniej za pokonanie przeciwnika dopisywano tylko dwa „oczka” (w różnych ligach zmiany zaszły w różnych latach, w przypadku ekstraklasy był to rok 1995). Dlaczego w ogóle zdecydowano się na zmianę? Światowa organizacja chciała w ten sposób… zmniejszyć liczbę remisów, co poparte było dużymi badaniami. Dlaczego?

Po pierwsze psychologia i socjologia. Naukowcy udowodnili, że sama świadomość nagrody za zwycięstwo daje dodatkowy bodziec zmniejszający skupienie się na obronie jednego punktu. Skoro nie możesz wygrać meczu, przynajmniej go zremisuj zastępujemy stwierdzeniem Skoro nie możesz wygrać meczu, to znaczy, że za mocno się bronisz. W teorii więc grupa ludzi jest o wiele bardziej łapczywa na trzy punkty niż na dwa.
Po drugie matematyka. Czysta statystyka. Przyjęto, że gole zdobywane przez zespół w czasie meczu podlegają tzw. rozkładowi Poissona i uznano, że liczba remisów w czasie sezonu ligowego powinna spaść o prawie połowę, gdy przyjmiemy „regułę trzech punktów”. Jak to wygląda w praktyce?
Naukowcy z uniwersytetu w Munsterze (Niemcy) postanowili sprawdzić, w jakim stopniu założenia uczonych się udały. Rezultat nie zaskoczył – natury ludzkiej nie da się opisać żadnym matematycznym wzorem. Nawet jeśli psychologicznie nastawieni jesteśmy na wygraną, to prawdopodobnie sama świadomość buforu bezpieczeństwa w postaci jednego punktu za remis sprawia, że jesteśmy skłonni zrezygnować z rozpaczliwej walki o komplet (chyba że jesteśmy do tego zmuszeni przez sytuację). Istotnie, liczba remisów spadła, jednak ich częstotliwość i tak jest niemal o 18% procent wyższa, niż być powinna (w przybliżeniu co czwarty mecz w najważniejszych ligach świata kończy się remisem). Jak zwykle przy takich badaniach pojawia się pytanie o istotność statystyczną. Innymi słowy – czy próba badawcza była na tyle duża, by wyciągać dobre wnioski. Uczciwie należy przyznać, że Niemcy przyłożyli się do swojej roboty. Dwadzieścia najwyższych lig, po dwadzieścia sezonów w każdej. Przeanalizowano więc dokładnie 118 148 meczów (!), więc wątpliwości co do reguły nie ma.











