Futbol przypomina dziś Dolinę Krzemową: w jednym miejscu zebrało się kilkanaście ogromnych korporacji, które nieustannie się bogacą i rozwijają, żeby zaś osiągać swoje cele, stale ulepszają kadrę pracowniczą. Krótko mówiąc, kapitalizm. Czy w takim miejscu jest więc jeszcze nadzieja dla historii, tradycji i wartości wyznawanych w latach, w których piłka nożna była bardziej rodzinnym interesem aniżeli korporacją? Tak! Wymaga to jednak dużej determinacji od kibiców, piłkarzy, a także władz klubu. Weźmy pod lupę kilka drużyn, w których nie zapomina się o swojej tożsamości.
Dziwnych czasów dożyliśmy. Piłkarze (pijemy tutaj do PSG) pobierają kilkaset tysięcy euro premii za podziękowanie kibicom za doping, kluby ściągają zawodników niekoniecznie ze względu na ich umiejętności sportowe, ale potencjał marketingowy, część utalentowanych graczy na własne życzenie wypisuje się z poważnego futbolu i gry w kadrze narodowej na rzecz dolarów płynących z Chin. Futbol się zmienia, nie mamy co do tego wątpliwości. Przejdźmy jednak do rzeczy, bo – jak zapowiadaliśmy – są jeszcze miejsca, w których tradycja i historia są ważniejsze od pieniędzy czy odpowiedniego PR-u. Sprawdź i przekonaj się co może zaoferować fifam.info.
Awans? Nie, dziękujemy!
W latach 60. ubiegłego wieku sport w NRD przesiąknięty był polityką. Liczyły się tylko te kluby, które miały poparcie władzy. Union Berlin nie znalazł uznania w oczach partii, przez co był zmuszony do oddawania najlepszych zawodników lokalnym rywalom. Paradoksalnie, ekipie z dzielnicy Koepenick wyszło to na dobre. Status antyreżimowego, pokrzywdzonego klubu przyciągał na trybuny tłumy. Mecze Unionu służyły jako manifestacje przeciwko systemowi politycznemu, a także spotkania ludzi, którzy nie pasowali do realiów NRD. Kibice „Eiserne” bardzo szybko stali się ofiarami represyjnych działań organów mundurowych.
Przeskoczmy do XXI wieku. Po wielu burzliwych latach klub trafił w ręce właściwej osoby, Dirka Zinglera. Nowy prezydent postanowił, że zamiast ukrywać wady i niedociągnięcia swojego klubu, będzie je eksponował. Dzięki niebywałej autentyczności, Union zyskiwał coraz szersze grono sympatyków. Społeczność kibicowska berlińskiego klubu jest ze sobą niebywale zżyta, tworzy w zasadzie wielką rodzinę. Dowody? Coroczne śpiewanie kolęd pod stadionem, wielka akcja krwiodawstwa, remont obiektu, w który zaangażowało się 2300 fanów. Powiew świeżości – a tak naprawdę po prostu powrót do korzeni – spowodował, że drużyna, która nigdy w swojej historii nie grała w Bundeslidze, może się pochwalić 16. w kraju liczbą zarejestrowanych członków.
Za naszą zachodnią granicą mówi się o Unionie, że jest hipsterski. Odrzuca komercję, zagraniczne tournée, w przerwach spotkań z głośników płyną dźwięki indie-rock i innych alternatywnych gatunków. Kibice w większości oglądają występy swoich ulubieńców na stojąco, nie wyobrażają sobie siedzieć przez 90 minut i tylko raz na jakiś czas klasnąć w dłonie. Niezwykły w skali Europy jest też sposób prezentowania rezultatu na Stadion An der Alten Försterei. Fani nie wykazują aprobaty dla cyfrowych wyświetlaczy z pięknymi grafikami. Przez okno budynku, znajdującego się na terenie stadionu, wychyla się więc pracownik klubu i wystawia kartkę z cyfrą, która odpowiada liczbie strzelonych bramek.











