Sezon dobiegł końca, toteż Leo – półtrener reprezentacji, jedna czwarta trenera Feyenoordu i jedna czwarta dyrektora sportowego tego klubu, zabrał naszych „Orłów” na wycieczkę do RPA. Kraju słynącego przede wszystkim z kopalni diamentów, noblisty Nelsona Mandeli i jego wkładu w uporaniu się z apartheidem.
Jednak nie wszyscy zdecydowali się na wakacje z Holendrem. Najpierw wyłamał się Mariusz Lewandowski. Jemu to akurat można wybaczyć, w końcu zgarnął ostatni Puchar UEFA, jest też tą przysłowiową podporą reprezentacji i bez jego jednego wyjazdu świat się nie załamie. Obecnością w Afryce nie zaszczycili też kolejny raz Paweł Brożek i Dawid Nowak, eksportowi napastnicy Ekstraklasy. Ten drugi podobno miał nawet z tego powodu łzy w oczach. Jednak Leo z pewnością wiedział, jak go pocieszyć, kiedy to udał się razem z nim na badania. Wakacje w inny sposób spożytkować chciały też nasze gwiazdy eksportowe: Irek Jeleń, Kuba Błaszczykowski czy Ebi Smolarek. Jednak w historii nigdy nie pisze się o bohaterach, którzy nie mieli miejsca, więc ich wątek po prostu pomińmy.
Zmagacze

Johannesburg, największe miasto w RPA, położony jest na wysokości ponad 1700 metrów nad poziomem morza. Na pierwszy rzut oka „trąci” Afryką, czyli piachem, kwadratami, kremowymi kolorami (celowo unikam słowa „bieda”). Ale oczywiście to tylko pierwsze wrażenia, bowiem tak zwana „dzielnica biznesowa” bije na łeb na szyję centrum Warszawy, naszego „Paryża północy”, stolicy sporego kraju Unii Europejskiej. No, ale „jaki pan, taki kram”.
Gdy piłkarze, sztab szkoleniowy i cała świta związkowa wylądowali w wyżej wymienionym mieście, dziennikarze szybko wykryli, że wakacje w RPA to tak naprawdę tylko przykrywka, bowiem rzekomo zawodnicy mają tu rozegrać dwa mecze z arcytrudnymi rywalami. Najpierw, jakże niespodziewanie, z Republiką Południowej Afryki, gospodarzem przyszłorocznych Mistrzostw Świata oraz potem Irakiem, znanym najbardziej z inwazji, którą przeprowadziły na ten kraj Stany Zjednoczone. Jaka wycieczka, tacy rywale (czytaj: egzotyczni). Polacy jednak znani są z tego, że zawsze lubią grać z gospodarzami, a że idzie im jak idzie w eliminacjach, to włodarze związkowi postanowili ubiec fakt braku awansu i mecz z gospodarzami zorganizowali już teraz. Ale żeby wytłumaczyć sparing z Irakiem, trzeba by udać się do wyroczni w Delfach bądź zapytać Andrzeja Strejlaua.
Nastroje (wcale nie minorowe!)
Paradoksalnie największym afro-sceptykiem okazał się Beenhakker. Przecież afrykańskie słońce powinno dobrze zrobić jego już sędziwym kościom. On jednak psioczył na prawo i lewo: o „bla bla bla” w mediach i o tym, że znowu nie mógł znaleźć się na konferencji trenerów, gdyż pechowo wypadła ona w dzień wyjazdu. I dziwie mu się, przecież powinien wiedzieć doskonale, że nasza polska myśl szkoleniowa potrzebuje tematów do krytykowania jego osoby, a że kadra nie gra oficjalnych spotkań, to znowu można ponarzekać, że nie zjawił się, gdy ci czekają na niego z chlebem i solą (w oku).












