Gdy zaczął się wrzesień, nadszedł czas walki o najbardziej prestiżowe trofeum świata. Tak, wtedy ruszyła Liga Mistrzów UEFA. Nikt nie ma wątpliwości, że są to najatrakcyjniejsze rozgrywki klubowe na ziemi (poza mną, wolę Copa Libertadores). Jak zawsze obowiązuje hasło: „Bij mistrza!”. Bój się, Barcelono, Anglia nadchodzi! Specjalnie na tę okazję zespoły futbolowe z Wysp przygotowały dla Katalończyków coś specjalnego. Bezczelni ośmielili się przed rokiem zabrać graczom ze Zjednoczonego Królestwa trofeum. No to zaczęła się walka o rewanż.
Zdecydowanie najlepiej do rywalizacji z „Blaugraną” przygotował się Liverpool. Nic w tym dziwnego, gdyż fani „The Reds” bardzo się zdenerwowali na swoich pupili. Fajnie tak było, kiedy zawodnicy Rafela Beniteza z ogromną regularnością co dwa lata uczestniczyli w finale tych prestiżowych rozgrywek. Z równym zacięciem przegrywali walkę o tytuł najlepszego zespołu na własnym podwórku. Dlatego przed rokiem zafundowali swoim sympatykom małą odmianę i odpadli w półfinale. No co? Czy życie bez takich rzeczy nie byłoby nudne (widać fani z Anfield Road to uwielbiają)? Dlatego tym razem kibice mieli dostać to, co kochają najbardziej. Z Premiership udało się to już po kilku kolejkach. Liverpool już dawno wykonał scenariusz przeznaczony na ligę i przegrał ją. Jego postawa jest godna podziwu, gdyż nie tylko rywalizuje o niebycie mistrzem, ale też o odpadnięcie z rywalizacji o puchary, do czego jest na dobrej drodze. Gorzej z Champions League. Tu znowu sprawił niespodziankę. Takiego hitu fani w Liverpoolu dawno nie mieli. Ich drużyna nie tylko nie weszła do finału, ale odpadła po fazie grupowej. No cóż, nie odmówić im można jednego – zagrali na swoim poziomie.

Gdzie „The Reds” nie mogą, tam „The Blues” poślą. Zawodnicy Chelsea mieli pomścić swoich liverpoolskich braci. No i rzeczywiście im się to udało. Fazę grupową przeszli, jak przeszli. Co tam przy nich w końcu znaczą jakieś Atletico czy Porto? Problemem stał się dopiero następny konkurent – Inter Mediolan. A co to za przeciwnik? Jaki to problem w końcu wygrać ligę bez rywali? Jednak chyba chęć dorównania Benitezowi i spółce wzięła górę. Zarówno w pierwszym, jak i w drugim starciu zawodnicy Carlo Ancelottiego zagrali bardzo dobrze. Szkoda tylko, że ich gra była mniej popisem sportowym, a bardziej aktorskim. Wręcz idealnie Didierowi Drogbie i spółce wychodziło naśladowanie kolegów z miasta The Beatles. Sam Iworyjczyk aż za bardzo wczuł się w rolę. Aktorstwo tak mu się spodobało, że nie stronił od improwizacji. Szkoda, że zamiast Dirka Kuyta zagrał Rocky’ego Balboę. Sędzie chyba się na tym nie znał, bo wyrzucił go z boiska. Cel jednak został osiągnięty w 100%, Chelsea zsolidaryzowała się Liverpoolem i odpadła.










