Gdyby Al-Saadi nie miał na nazwisko Kaddafi, tylko, powiedzmy, Nowak, byłby bohaterem książek i filmów o tym, że marzenia się spełniają. Niestety pokrewieństwo z libijskim dyktatorem jest niepodważalne. Jeśli ktoś nakręci o nim film, to nie będzie on traktował o sile woli, a pieniądza.
W 2000 roku Al-Saadi Kaddafi, zapewne oglądając w telewizji mecz piłkarski, wpadł na genialny pomysł. Przecież on też może być futbolistą! Tak jest! „Tatku, tatku, zobacz, jak oni fajnie biegają po boisku. Ja też chcę!”. Muammara nic nie mogło zdziwić, przywykł do spełniania każdego, nawet najbardziej szalonego, życzenia swoich pociech. A trzeba przyznać, że rozpoczynanie zawodowej kariery piłkarskiej w wieku 27 lat jest sztandarowym przykładem życzenia szalonego.

Na dobry początek Al-Saadi dołączył do drużyny ze stolicy Libii, Trypolisu. W Al-Ahly futbolówkę kopał przez rok, rozgrywając w tym czasie 74 (sic!) spotkania. Nie trzeba być geniuszem, żeby dojść do wniosku, że coś sporo tych meczów. Wytłumaczenie jest proste – syn Kaddafiego grał zawsze. Może dlatego, że był dobrym piłkarzem, może dlatego, że był dzieckiem dyktatora, który przy użyciu wojska i najemników krwawo tłumił każdą oznakę działania wbrew jego woli? Któż jest w stanie rozsądzić?
Dokładnie tyle samo meczów rozegrał w swoim drugim klubie, też ze stolicy. Spędził w nim dwa lata, w tym czasie strzelił 20 goli. Kopiąc futbolówkę w Al-Ittihad, Al-Saadi po raz pierwszy zachłysnął się wielką piłką. Zagrał z Barceloną na Camp Nou. Wyszedł w pierwszym składzie, a w drugiej połowie został zmieniony, bo, jak sam twierdzi, trener zauważył u niego nadmierne zmęczenie. Co ciekawe, w tym czasie Al-Saadi był już właścicielem całego klubu – taki prezent od taty. Szkoleniowcowi gratulujemy odwagi w podejmowaniu decyzji, bo gdyby Florentino Perez chciał grać w Realu, nawet Mourinho nie odważyłby się zdjąć go z murawy.
Sny o wielkiej piłce zaczęły się na dobre. Młody Kaddafi został współwłaścicielem Juventusu, zgarniając prawie 10% akcji „Starej Damy”, i obrał sobie kolejny cel. Zagrać w Serie A jako piłkarz. Synowie dyktatorów mają łatwiej, bo ich marzenia są rozkazami. Jeszcze w tym samym, 2003 roku, pojawiła się oferta z Perugii. Prezes tego klubu zawzięcie twierdził, że pochodzenie Kaddafiego, wielkie pieniądze za nim stojące i ogólna presja otoczenia nie są ważne, bo Al-Saadi jest po prostu dobrym piłkarzem, który pod opieką solidnego trenera ma szansę wejść na wyższy poziom. Mówienie takich rzeczy o trzydziestolatku jest samo w sobie tak absurdalne, że dalsze komentowanie słów pana Luciano Gaucciego jest zbędne. Zresztą działacz szybko pożałował swojej decyzji, bo krnąbrny Libijczyk zdążył rozegrać tylko jeden mecz przed dyskwalifikacją. Zawieszono go, bo lubił sobie po treningu zapalić skręta. Każdy jest tylko człowiekiem, a wdychanie wszelakich, mniej lub bardziej toksycznych oparów, to nic dziwnego w kulturze arabskiej. Zawieszono go na krótko, tylko trzy miesiące. Kolejne półtora roku w Perugi minęły mu na wszystkim, tylko nie grze – na murawie się nie pojawił.










