Tekst ten będzie próbą przedstawienia kilku przypadków oddziaływania na siebie świata futbolu i świata polityki. Dwóch niemal przeciwstawnych pól działania, które coraz częściej stają się jednością.
Casus Franco, czyli „O, ten futbol może mi się przydać. Ten Real jest całkiem znany, wykorzystamy to”.
O zaangażowaniu generała Francisco Franco, udzielnego władcy Hiszpanii w latach 1936-1975, napisano już wiele i wiele jeszcze zostanie napisane. Franco był fanem piłki nożnej, od dziecka związanym z madryckim Athetikiem, przemianowanym później na Atletico. To właśnie „Los Colchoneros” cieszyli się wsparciem rządu, uzyskiwali wielkie dotacje i premie. Wszystko zmieniło się w latach 50. Wtedy ponad poziom ligowy wybił się Real Madryt. Zrobił to na tyle skutecznie, że zyskał nie tylko poklask w Europie, ale też wsparcie rządu. Nie było ono czynnikiem ułatwiającym wygrywanie kolejnych tytułów, kontraktowanie piłkarzy i dominację nad całą Europą. Pomogło w codziennej egzystencji, wszystkie sprawy były załatwiane od ręki, potrzebne dokumenty były gotowe zanim działacze „Los Merengues” doszli do wniosku, że ich potrzebują. Don Santiago Bernabeu utrzymywał umiarkowanie przyjazne stosunki z reżimem, nie oddalał się na tyle, by aparat represji został skierowany przeciwko jego klubowi, nie zbliżał także, by nie być posądzonym o kolaborację. Co miał z tego Franco? Przede wszystkim mógł z dumą rozgłaszać, że wspierany przez niego klub zdominował na kilka lat piłkarską Europę. Mógł chwalić się golami Di Stefano i Puskasa. Prestiż, rozgłos, poklask – tym karmi się propaganda reżimów totalitarnych.
Casus Laporty, czyli „Sprawię, żeby polityka mojego klubu była taka, jak moje poglądy!”.
Dla przeciętnego kibica piłki nożnej FC Barcelona = Barcelona = Katalonia = wolna Katalonia. Taki schemat myślenia to w znacznym stopniu dzieło Joana Laporty, który przez lata swojej prezydentury sumiennie budował obraz Barcelony nawet nie jako klubu katalońskiego, a antyhiszpańskiego. Nie ma niczego złego w opasce kapitańskiej w barwach senyery, w noszeniu flagi Katalonii po wygranym meczu czy w okrzykach „Visca el Catalunya”. Tak samo, jak nie sposób doszukać się nieczystych intencji w działaniach Athletiku Bilbao i stawianiu praktycznie tylko na młodych graczy urodzonych w Kraju Basków. Nikt nie mówi, że powinno się zakazać powszechnego w Kastylii stawiania piłkarzy urodzonych w centrum kraju przed przybyszów z Katalonii, Baskonii czy Galicji. Patriotyzm lokalny jest zjawiskiem powszechnie znanym. Działania Laporty wykraczały i wykraczają poza taki patriotyzm. Były sternik „Barcy” stoi w pierwszym szeregu walki o niepodległość Katalonii, pojawiając się na wszelkich spotkaniach, dyskusjach, wiecach i manifestacjach poparcia dla tego karkołomnego pomysłu. Przez ostatnie lata był obecny nie jako osoba prywatna, nie jako człowiek zainteresowany tematem, tylko jako reprezentant FC Barcelona, klubu, który stał się ambasadorem niepodległej Katalonii. Przy okazji ostatnich wyborów okazało się, że nie każdy widzi „Barcę” jako taki symbol. Część kandydatów mówiła jasno: jesteśmy Katalończykami, ale jesteśmy też częścią Hiszpanii. Czy wikłanie najlepszego klubu świata w rozgrywki polityczne jest konieczne? Czy nie lepiej byłoby iść drogą Espanyolu, który mimo że przesycony dumą wynikającą z odrębności, nie zagubił się w grach politycznych? FC Barcelona była doskonałym bastionem, który chronił autonomię Katalonii w czasach Franco, była elementem scalającym, jednoczącym i dodającym otuchy. Jako tarcza przeciwko suwerennemu rządowi Hiszpanii się nie sprawdza i całe szczęście, bo futbol i polityka to połączenie wątpliwej jakości. Myśląc o Camp Nou, myślmy o stadionie piłkarskim, nie zapominając jednak o karcie historii, która została na nim zapisana, o porywającym występie Lluisa Llacha, o „samej melodii bez słów”, o poklasku, który brzmiał jak wystrzał, o „dreszczach na wskroś serc i głów”.










