Czasem pierwszy raz może okazać się bolesny w skutkach.
Za chwilę wybije północ, czar może lada moment prysnąć i wyjdzie na jaw prawda
Santos Futebol Clube to rywal, z jakim miała się zmierzyć rewelacja z Manizales. Do tej pory dwukrotni triumfatorzy tych rozgrywek tytuły wywalczyli jednak dzięki królowi futbolu – Pele. Natomiast teraz po blisko 40 latach od tamtych wydarzeń do dyspozycji trenera Vanderleya Luxemburgo byli dopiero adepci fachu piłkarskiego, ale nie mniej zdolni, tacy jak: Elano, Renato, Diego czy niesamowicie skuteczni Robinho oraz Deivid. Ówcześni wicemistrzowie Brazylii w pierwszym meczu, na własnym obiekcie, od samego początku przeważali, lecz nie udokumentowali tego strzeleniem bramki. Główną przyczyną był Henao, którego nie załamała zdrada ladacznicy. W drugiej połowie przewaga i napór Peixe wzrastały, ale gospodarze mieli problemy z arbitrem Martinem z Argentyny. Najpierw w dość kontrowersyjnych okolicznościach z boiska wyrzucił Leo, a po jednym z ostrzejszych fauli bramkarza Henao w polu karnym przedwcześnie musiał zejść Diego. Zastępujący go Claiton okazał się bohaterem na pięć minut. Zagrał on bowiem 40-metrową piłkę w kierunku Basilio, który zgubił obrońców i między nogami interweniującego Henao skierował futbolówkę do siatki. Była 83. minuta gry, kiedy także po czterech żółtych kartkach piłkarze „El blanco, blanco” powstrzymali się od ostrej gry. Jednak los po raz kolejny uśmiechnął się do nich. Zupełnie jak bezdomny, gdy dostał od przychodnia dwa złote. Po niedokładnym zagraniu Andre Luisa piłkę przejął Arnulfo Valentierra, który w 89. minucie podbiegł kilka metrów i strzałem zza pola karnego zewnętrzną częścią stopy pokonał Julio Sergio. Warto dodać, że najbardziej zadanie ułatwiła mu grupa statystów z Santosu, którzy zapewne mieli sporo doświadczenia z filmów katastroficznych. Po meczu w tunelu doszło do bijatyki pomiędzy Diego i Henao, którzy bardzo chcieli wyjaśnić sobie wszelkie nieporozumienia. W rolę mediatorów wcielili się także pozostali gracze obu klubów, a miłosną scenę zepsuło wtargnięcie policji. W prasie Valentierra pokazywał na plecach siniaki, które były efektem użycia pałki przez służby mundurowe.
Rewanż na Palogrande przywitał gości z Brazylii wyjątkową wrzawą nieufności. Najbardziej słyszalna była wówczas fanatyczna grupa kibiców Once Caldas, zasiadająca na trybunie o nazwie… Holocausto Norte. Mimo pewnych kontrowersji w nazwie, a nawet interwencji ambasadora Izraela w Kolumbii, nazwa nie została zmieniona. Jak tłumaczył ówczesny prezydent klubu: – Od kilku dekad nazwa trybuny północnej była, jest i będzie niezmieniona. Nikt wcześniej nie zwracał nawet na to uwagi. Dopiero gdy awansowaliśmy tak daleko w Copa Libertadores, nagle znikąd pojawiają się ludzie, uważający, że szargamy pamięć o zamordowanych podczas holokaustu. Aferę wywołują głównie ci, którzy szukają rozgłosu i dziury w całym. Znamy doskonale historię i wiemy, co się wydarzyło podczas drugiej wojny światowej. Ale świat idzie do przodu i przestańmy żyć ciągle przeszłością. Tym razem Santos już nie miał tak pewnej kontroli nad grą jak w pierwszym meczu. Renato zaliczył jeden z najgorszych swoich występów w Copa Libertadores, a Deivid, mimo problemów z kolanem, został zmuszony do gry przez Luxemburgo. Mimo iż po raz kolejny podopieczni Montoyi grali agresywnie, to jednak argentyński arbiter Horacio Elizondo dość pobłażliwie traktował ich, momentami, chamską grę. W dodatku odpłacający się zawodnicy gości otrzymywali kartki, nawet za delikatny kontakt z przeciwnikiem, w wyniku którego ten padał jak rażony piorunem. Najbardziej widocznym aktorem tego typu zagrań był Ruben Velazquez, reprezentant Kolumbii, który głównie jednak występował w lidze krajowej. To po jednym z faulów na nim, w 70. Minucie, Arnulfo Valentierra kapitalnym strzałem z rzutu wolnego z 37 metrów pokonał Julio Sergio, a kibice eksplodowali ekstazą radości. Oczywiście, tylko kibice Once Caldas. Pod koniec spotkania Robinho i Diego zmarnowali szansę na wyrównanie i w konsekwencji jeden z faworytów do tytułu pożegnał się z turniejem. Ponownie po meczu o mały włos nie doszło do rękoczynów. Lecz tym razem policja była odpowiednio przygotowana i natychmiast oddzieliła obie drużyny od siebie. Na pocieszenie kilka miesięcy później Santos sięgnął po swoje ostatnie jak do tej pory mistrzostwo Brazylii. A swoje kariery w Europie na dobre rozpoczęli młodzi adepci piłkarscy: Robinho, Diego, Elano, Renato oraz Deivid. Tuż po meczu na kontrolę antydopingową został wezwany wyróżniający się w barwach Once Jorge Agudelo.
Szukam kobiety, która zgubiła ten pantofelek. Czy to któraś z was?
Półfinały tej edycji Copa Libertadores 2004 były jednymi z najbardziej emocjonujących wydarzeń w dziejach futbolu. Kiedy marsz po puchar klubowego mistrza Europy kończyła w tym czasie drużyna FC Porto z charyzmatycznym Jose Mourinho, w Ameryce Południowej działo się coś o wiele lepszego. Wspaniały dwumecz, który zasługuje na oddzielny artykuł, pomiędzy legendami Boca Juniors a River Plate po rzutach karnych zakończony został zwycięstwem „Los Xeneizes”. Kibice drużyny z dzielnicy La Boca wierzyli w rękę Carlosa Bianchiego, która niczym Midas potrafiła zamienić wszystko w złoto. W drugim półfinale z kolei rewelacyjne Once Caldas stanęło do walki o finał z mocnym FC Sao Paulo.
Pierwsze spotkanie na słynnym Morumbi było ponownie pokazem siły, jaka drzemała w „Tricolor Paulista”. Do swojej dyspozycji trener Cuca miał eksperta od rzutów wolnych i strzeżenia bramki – Rogerio Ceniego – oraz mocną obronę pod przywództwem Cicinho ze wsparciem Rodrigo i Gustavo Nery’ego. W pomocy o destrukcję dbał z kolei Fabio Simplicio, a za kreowanie gry odpowiedzialni byli Danilo i Alexandre. Strzelanie goli powierzono natomiast dobrze rozumiejącemu się duetu atacantes Luisowi Fabiano i Grafite. Na ławce rezerwowych siedzieli uzdolniony technik Diego Tardelli oraz Diego Lugano, który bohaterem drużyny stał się dopiero w kolejnej edycji Pucharu Wyzwolicieli. Mimo dominacji Sao Paulo, po raz kolejny padł wynik bezbramkowy, a zawodnicy Once Caldas ponownie grali twardo i agresywnie, za co otrzymali pięć żółtych kartek.
Tydzień później kibice świata oglądający mecz rewanżowy przeżyli deja vu. Już na przywitanie z fanami, w 4. minucie, Simplicio otrzymał żółta kartkę od sędziego z Urugwaju, Jorge Larriondy, negatywnego bohatera mundialu z 2010 roku. Kolejne sytuacje znów faworyzowały niesprawiedliwie drużynę gospodarzy. W 6. minucie Luis Fabiano miał szansę na bramkę otwierającą mecz, ale wcześniej lekko trącił Miguela Rojasa, a sędzia natychmiast użył gwizdka. Chwilę potem ze stałego fragmentu gry bramkarz „Tricolores”, Rogerio Ceni, pomylił się, a szybko wznawiający grę Henao od razu wykopał piłkę w kierunku Dayro Moreno. Gdyby nie szybki powrót Ceniego, napastnik „El blanco, blanco” miałby przed sobą pustą bramkę. Mecz na dobre wtedy się rozkręcił, wraz z coraz śmielszymi atakami gospodarzy. Najpierw niewiele pomylił się Valentierra, a moment później powracający Simplicio zablokował groźną główkę w polu karnym Moreno. Nadeszła jednak 27. minuta gry. W pole karne dośrodkował Valentierra. Piłka jednak odskoczyła od Ceniego, który był faulowany przez Soto, i futbolówka wzbiła się w powietrze. Tuż przy słupku niepilnowani przez nikogo Moreno i Vanegas próbowali wspólnymi siłami skierować piłkę do siatki. Nie powiodło się to, ale dzięki przytomności umysłu Henry’ego Alcazara, który uprzedził zamroczonych defensorów Sao Paulo, gospodarze objęli prowadzenie. Radość trwała tylko pięć minut. Po lekkim lobie Grafite w pole karne piłkę do tyłu głową zagrał Gustavo Nery do nadbiegającego zza pola karnego Danilo. Ten, bez namysłu, uderzył z pierwszej piłki. W ten oto sposób na tablicy widniał wynik 1:1. Pod koniec pierwszej połowy na strzał rozpaczy zdecydował się Soto, ale piłka tylko odbiła się od poprzeczki. W drugiej połowie Sao Paulo podkręciło tempo. Wciąż dominowało w posiadaniu piłki, ale szybko było kontrowane przez graczy Once Caldas. Na ich nieszczęście, coraz lepiej między słupkami zaczął radzić sobie Ceni. Po kilku zmarnowanych sytuacjach przez Grafite i Soto, Luis Fabiano w 84. minucie zagrał do Nery’ego, któremu jednak odskoczyła piłka w polu karnym, dając tym samym szansę na udaną interwencję wychodzącemu z bramki Henao. Jednak golkiper nie odpuścił wcale piłkarzowi i na oczach sędziego, przy narożniku pola karnego, skosił równo z trawą Brazylijczyka. Arbiter kazał grać dalej, a przerwał ją chwilę po tym, jak Danilo czysto odebrał piłkę spod nóg Agudelo. Kontrowersji nie brakowało także trzy minuty później. Dwójkowa akcja Cicinho z Fabiano zakończyła się podaniem do Grafite. Piłka wtoczyła się do bramki, ale sędzia liniowy uniósł chorągiewkę. Spalonego, którego w rzeczywistości nie było, obaliły powtórki telewizyjne. Nie wzruszyło także Larriondę wcześniejsze zachowanie Soto, który ciągnął za koszulkę biegnącego w tej akcji ze skrzydła Cicinho.
Mimo iż końcówka meczu toczyła się pod wyraźne dyktando Sao Paulo, które powoli było myślami przy rzutach karnych, niespodziewanie w 91. minucie Elkin Soto zagrał piłkę w kierunku Agudelo. Ten oszukał zwodem biegnącego za nim obrońcę i po długim słupku skierował piłkę do siatki. Na stadionie rozpoczęła się fiesta. Ale wszystko to zmącił fakt, że bramka padła po ewidentnym spalonym (całym ciałem piłkarz Once był bliżej bramki niż przedostatni obrońca) i znowu po raz kolejny w końcówce spotkania awans padł łupem drużyny z Kolumbii.
Wasze stopy, drogie siostry, nie pasują. Kopciuszku, podejdź tu na chwilę
Na kilka dni przed finałem prezydent Boca Juniors – Mauricio Macri – skierował list otwarty do prezydenta CONMEBOL-u Nicolasa Leona, prosząc go o zmianę gospodarza pierwszego meczu, biorąc pod uwagę fakt, że od samego początku fazy pucharowej Once Caldas rewanże grało na wyjeździe. Prośba została odrzucona, a Macri wiedział, że podejrzane wyniki Once Caldas mogą zgubić jego klub właśnie w ostatnim meczu. W dodatku dalej nieznany był wynik kontroli antydopingowej po meczu z Santosem Jorge Agudelo. To rodziło podejrzenia o nieuczciwe praktyki drużyny z Kolumbii.
Pierwsze spotkanie finałowe odbyło się więc na Estadio La Bombonera, gdzie drużyna gospodarzy mogła liczyć na najbardziej fanatyczną grupę oddanych kibiców na świecie. Swój pokaz zademonstrowali oni m.in. podczas półfinałów z River Plate, kiedy to muzyka i pieśni ku czci klubu przyprawiały każdego o dreszcze. Drużyna „Los Xeneizes” pierwsze spotkanie rozegrała bez zawieszonego Carlosa Teveza, który dostał czerwoną kartkę za… zdjęcie koszulki po strzeleniu bramki, mając w świadomości to, że już wcześniej miał na swoim koncie żółtą kartkę. Zastępujący go Barijho był, co prawda, niezłym snajperem, ale nie tak zwinnym i silnym jak Carlitos, stąd rywale nie mieli przy nim zbyt dużo pracy. Kolejny raz w tym meczu Once nie oszczędzało łokci, co dało się we znaki Diego Cagnie, który w ramach zemsty o mało co nie złamał nogi Elkinowi Soto. Taka gra zaowocowała kolejnym już bezbramkowym remisem. Przewagę w tym spotkaniu mieli, co prawda, gracze Boca, ale najczęściej obijali oni tylko słupki i poprzeczki.
Osiem dni później potwierdziły się obawy co do trudności, jakie można spotkać na Palogrande. Wcześniej bowiem Boca przegrało walkę o mistrzostwo kraju z River Plate i nastroje w drużynie były bardzo nerwowe. Podopieczni Montoyi w 7. minucie meczu, za sprawą kapitalnego strzału z 40 metrów Viafary, objęli prowadzenie. Wzmocnieni Tevezem goście sprawiali wrażenie jednak drużyny, z której po dwumeczu z River uszło powietrze. Przełomem w grze okazał się celny strzał głową Nicolasa Burdisso po rzucie rożnym. Tym samym od 52. minuty wynik brzmiał 1:1, a pojedynek zaczął się od początku. Faworyzowani goście z Argentyny jednak nie potrafili pokonać świetnie dysponowanego Juana Carlosa Henao i tak oto rzuty karne miały zadecydować o końcowym triumfie. Presja zwycięstwa, jak i bez dwóch zdań groźba potencjalnej kompromitacji, podziałały na legendarną ekipę paraliżująco. Mimo iż Pato Abbondanzieri zatrzymał strzały Valentierry i Ortegona, to jego koledzy: Schiavi, Cascini, Burdisso zmarnowali swoje „jedenastki”. Aktu tragedii dopełnił młody Cangele, którego presja zjadła tak, że jego strzał obroniłby noworodek. To, co się wydarzyło po skutecznej interwencji Henao, było widokiem, jakiego dawno w Manizales nie widziano. Wszelkie podziały zniknęły w jednej chwili i wspólnie cała Kolumbia świętowała sukces, który został uznany za najbardziej sensacyjny i spektakularny w dziejach Copa Libertadores. Podrażnione ambicje „Genueńczyków” i kompromitacja temu towarzysząca natychmiast skierowały ich w kierunku szatni, całkowicie ignorując ceremonię wręczania srebrnych medali. Carlos Bianchi wypowiedział wtedy legendarne słowa o tym, że „taki klub, jak Boca nie jest godny przyjmowania medali za porażkę”. Za tę wpadkę przeprosił w imieniu całego zespołu Mauricio Macri, ale trener Bianchi już wkrótce wiedział, gdzie wyląduje po tym, co zmalował w Manizales. Natomiast pamiętający cytaty mediów z grudnia o „Bianchim Kolumbii” Luis Montoya stał się synonimem słów „wiary w Boga, nadziei i ciężkiej pracy” oraz tego, co dodawali złośliwi na końcu: „pieniędzy na arbitrów”.
Po tym sukcesie trener, jak i cała drużyna byli na ustach całego kraju. Od 1989 roku, od zwycięstwa Atletico Nacional, czekano bowiem na kolejnego triumfatora tych rozgrywek z Kolumbii. Jednak nikt nie przypuszczał, że może tego dokonać mało znana drużyna z miasta Manizales. Dzień po finale prezydent Kolumbii Alvaro Uribe zaprosił piłkarzy na tradycyjne śniadanie. Nieoficjalnie polubił wtedy trenera Montoyę i bardzo często obu panów widziano razem na różnych uroczystościach.
Potem żyli długo i szczęśliwie. Tylko że jak Quasimodo i Esmeralda
Dwa tygodnie po finałowym meczu CONMEBOL ogłosił, że w organizmie Jorge Agudelo z Once Caldas wykryto benzoilecgoninę (metabolit kokainy). Powtórne badania ponownie dały wynik pozytywny i tym samym na piłkarza nałożono półroczną dyskwalifikację. Piłkarskie środowisko w Ameryce Południowej zawrzało. Boca Juniors zażądała odebrania zdobytego pucharu, a Sao Paulo – wielomilionowego odszkodowania. W niewyjaśnionych do końca okolicznościach oba kluby jednak odstąpiły od zamiarów i pozwów sądowych. Dużo w przypadku brazylijskiego klubu mogła odegrać następna edycja Pucharu Wyzwolicieli, w którym to został triumfatorem. Co ciekawe, Agudelo nie był jedynym graczem ukaranym za doping podczas rozgrywek, bo jeszcze w lutym CONMEBOL zdyskwalifikował Sebastiana Egurena z Nacionalu Montevideo, u którego wykryto kokainę. Lecz dalej kontrowersją pozostawał fakt, dlaczego Agudelo nie został zdyskwalifikowany już po meczach ćwierćfinałowych. Zwłaszcza że walnie przyczynił się do wyeliminowania FC Sao Paulo. Klub odwoływał się jeszcze od kary, ale ta została ostatecznie podtrzymana. Co prawda piłkarz wrócił po półrocznej banicji do zawodowego futbolu, ale o tym, jak bardzo doping poprawiał jego grę, świadczył fakt, że szybko pożegnał się z drużyną. Kolejne kluby i kolejni trenerzy dość szybko sadzali go nie tyleż na ławce rezerwowych, co nawet na trybunach. Żeby jeszcze bardziej podkreślić tragizm tego piłkarza, trzy lata później sądził się z Once Caldas o wplątanie go we wspomnianą… aferę dopingową. Wynik tej sprawy do dzisiaj pozostał nierozstrzygnięty.
Drużyna w lidze nie potrafiła jednak sięgnąć po tytuł mistrzowski, ale jeszcze w grudniu czekał ją mecz w ramach Pucharu Interkontynentalnego ze zdobywcą Ligi Mistrzów – FC Porto. Dokładnie 12 grudnia 2004 roku podopieczni Montoyi na Yokohama Stadium mieli stawić dzielny opór faworytowi z Portugalii. Osłabieni brakiem Valentierry zawodnicy z Manizales nie mieli już jednak takiego atutu przy kreowaniu gry czy stałych fragmentach, które mogłyby zagrozić bramce Vitora Baii. W dodatku podczas samego spotkania znowu pojawiły się demony przeszłości, które miały wspierać biednych i uciśnionych Kolumbijczyków. Smaczkowi temu pojedynkowi dodawał fakt, że w podstawowym składzie „Smoków” w tym meczu byli… Diego i Luis Fabiano, którzy bardzo dobrze pamiętali, jak zachowywali się gracze „El blanco, blanco” w meczach, w których Brazylijczycy reprezentowali odpowiednio barwy Santosu i FC Sao Paulo. Obaj pałali więc rządzą krwawej zemsty. A żeby było jeszcze zabawniej, to sędzią głównym tego spotkania był… Jorge Larrionda, którego poznał już wcześniej, z reguły wesoły i uśmiechnięty, Luis Fabiano. Wszystkie obawy przedmeczowe co do faworyzowania Latynosów się potwierdziły. Tradycyjnie podopieczni Montoyi faulowali ostro, rzadko będąc studzeni przez arbitra w postaci żółtych kartek. Nie licząc spornych kwestii spalonych czy fauli w polu karnym, na korzyść FC Porto grzmieli najbardziej oczywiście dwaj wspomniani Brazylijczycy. W końcu wiedzieli, na co stać wypychanych przed szereg zawodników Once Caldas. Ostatecznie do wyłonienia zwycięzcy potrzebne były rzuty karne. Podczas nich doszło do spektakularnego wydarzenia. Już w pierwszej serii „jedenastek” bramkarza Henao pokonał właśnie Diego, który chwilę potem podbiegł do rywala i… zaczął wyzywać go od najgorszych patałachów i idiotów, przypominając mu także, jak tamten poobijał go, jeszcze w ćwierćfinale Copa Libertadores. Za ten czyn Larrionda ukarał go czerwoną kartką, na którą Diego zupełnie nie zwrócił uwagi. Nawet pewnie nie przejął się nią za bardzo, czując satysfakcję z odgryzienia się rywalowi. Koniec końców, lepszymi egzekutorami „jedenastek” okazali się gracze z Portugalii i to oni sięgnęli po ostatni rozegrany w historii Puchar Interkontynentalny. W następnym roku zdecydowano się bowiem rozgrywać mecze o klubowe mistrzostwo świata z udziałem mistrzów wszystkich kontynentów.
Po powrocie do kraju na Once Caldas spadł najboleśniejszy z możliwych ciosów. Wieczorem 26 grudnia żona trenera Montoyi – Adriana Herrera – poszła do banku wybrać pieniądze. Za nie miała, jak w każdym miesiącu, kupić prezenty dla biednych dzieci z okolicy. Już w drodze była wtedy dość wnikliwie obserwowana przez dwie tajemnicze kobiety. Gdy mąż otwierał jej drzwi po powrocie do domu, zauważył dwóch nadbiegających i uzbrojonych mężczyzn. Zażądali oni pieniędzy, a kiedy kobieta je oddała, bandyci przed ucieczką bez żadnych skrupułów oddali trzy strzały z pistoletu. Wszystkie kule na siebie przyjął Montoya, a jedna z nich trafiła go w szyję. Przerażona żona natychmiast wezwała pomoc. W krytycznym stanie Montoya wylądował w szpitalu. Prezydent Kolumbii dzień po tym wydarzeniu poprosił obywateli o modlitwę w intencji „człowieka, który raduje nas swoją osobą”. Tysiące ludzi dzień i noc modliło się przed budynkiem szpitala, w którym znajdował się Montoya. Pierwsze rokowania trener miał nie najlepsze, a lekarze wprost mówili, że nie ma większych szans na przeżycie. Jeśli wierzymy w Boga, do którego tak wiele razy się odwoływał w swojej pracy Montoya, to zapewne przy nim był. Udało się przetrwać śpiączkę i komplikacje w wyniku dwóch operacji usunięcia kul, lecz niestety jedna z nich uszkodziła rdzeń kręgowy. To oznaczało, że do końca życia directo technico będzie sparaliżowany. W dodatku potrzebował także respiratora, który regulował i podtrzymywał przy życiu jego funkcje oddychania. Dramat człowieka załamał cały naród, który tak bardzo zapragnął odnalezienia bandytów. Kilka dni po tragicznym zdarzeniu policja zatrzymała podejrzanych: dwie kobiety i dwóch mężczyzn, i po szybkim procesie skazała wszystkich na 30 lat więzienia. Z przesłuchań wyniknęły także szokujące informacje. Okazało się bowiem, że choć to byli zwykli biedacy, chcący jedynie zdobyć pieniądze, byli jedynie figurami na planszy gier zorganizowanej grupy przestępczej. Policja dotarła także i do nich, a na jaw wychodziły coraz to nowsze informacje. Te mówiły o tajemniczych przelewach z Argentyny od ludzi powiązanych z barras bravas o nazwie La Doce, która jest grupą kibiców oddanych wiernie… Boca Juniors. Czy była to zaplanowana zemsta za upokorzenie ukochanego zespołu?
Kilka miesięcy później jedna z zatrzymanych na początku kobiet, wielokrotnie gwałcona przez współwięźniów, popełniła samobójstwo.
Dobre zakończenia nie istnieją. To wymysł idiotów
Podsumowanie może zrodzić bardzo wiele pytań. Na pewno była to jedna najbardziej e spektakularnych edycji tego turnieju, która nie miała żadnych problemów, by emocjami i poziomem spotkań zmieść z parkietu przereklamowaną Ligę Mistrzów z Europy. Musimy zdać sobie sprawę, że CONMEBOL może nie oferował takich premii finansowych jak UEFA, ale za to prestiż ze zdobycia Copa Libertadores smakował tak samo jak jej europejski odpowiednik. Nie możemy zapomnieć także o tym, że sukces w tamtym sezonie FC Porto był co prawda sensacyjny, ale nie aż w takim stopniu jak Once Caldas.
Są dwie strony medalu tego wydarzenia, określanego mianem „cudu w Manizales”. Z jednej strony, nikt nie odbierze Kolumbijczykom sukcesu, na który bez wątpienia ciężko pracowali. Trudno nie odmówić głębokiej wiary trenera Montoyi w zawodników, których niesłusznie wcześniej skreślano z innych ekip. To powinno być nauczką dla tych, którzy nadużywają słowa lekceważenie i wystawiają oceny jedynie po przejrzeniu okładki. Na pewno więc dobrze Montoya i jego podopieczni odczytali myśl przewodnią hrabiego Monte Hristo. Z drugiej strony, czkawką odbijają się mecze, zwłaszcza te z fazy pucharowej. Widoczne były kurioza i spektakularne wpadki sędziowskie, których najwięcej było właśnie w meczach z udziałem Once Caldas. W dodatku dziwnie ułożony terminarz, nad którym pieczę sprawował nikt inny jak wiceprezydent federacji piłkarskiej… Kolumbii, tylko zaogniły konflikt, który jak nigdy złączył Brazylijczyków z Argentyńczykami.
Wielu piłkarzy z tamtej drużyny nie mogło po tym sukcesie się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Natychmiast przypięto im więc łatkę „jednosezonowców”, choć część z nich zdążyła wyjechać w blasku chwały do bogatej Europy. I tak Grzegorz Rasiak spotkał w Southampton Jhona Viafarę, a Elkin Soto udowadnia po dziś dzień w FSV Mainz, dlaczego Błaszczykowski nadaje się tylko na ławkę rezerwowych w Borussii. Rok później wyjaśniły się także egoizm i samotność w życiu prywatnym Valentierry. Narodziły się w wyniku bycia wyśmiewanym, bitym i poniżanym przez swoich rówieśników z czasów dzieciństwa. Rozwód jego rodziców także nie pomógł mu w życiu i młody Arnulfo balansował na granicy życia i śmierci. Uratował go jednak talent do gry w piłkę nożną, a o wydarzeniach z przeszłości zdążył już szybko zapomnieć. Pół roku temu wrócił do ukochanego Once Caldas. W klubie wciąż wielki jest bramkarz Henao, który w 2005 roku był przez pół roku graczem… Santosu.
Aktorami tragicznymi tej historii byli przede wszystkim Agudelo i Montoya. Pierwszy chciał natychmiast i za wszelką cenę być na szczycie, drugi dochodził do tego beenhakkerowymi „step by step”. Obaj słono za to zapłacili. Pierwszy zakończył karierę i popadł w depresję. Jego młodszy brat Juan, który od kilku lat mieszkał w USA, postanowił spełnić amerykański sen, przy okazji pomagając swojej rodzinie. W niedługim czasie zdążył zadebiutować w barwach nowej ojczyzny w meczu z RPA. Drugi natomiast omal nie stracił życia, do końca pozostając kaleką uzależnionym od innych. Trzy dni przed tragicznym wydarzeniem odebrał w Urugwaju od dziennika „El Pais” tytuł najlepszego trenera Ameryki Południowej. Trofeum wręczył mu wtedy… Carlos Bianchi.