Historia zespołu Once Caldas jest świadectwem pewnego rodzaju bajki o Kopciuszku. Oto bowiem przykład tego, że marzenia się spełniają, jeśli tylko tego zapragniesz. Lecz spojrzenie na rok 2004, dla tego klubu mimo wszystko historyczny, wymaga dogłębnej analizy. Bo zwykła opowieść, choćby bardzo spektakularna, może okazać się przejaskrawioną fikcją.
Jak zła macocha nie chciała mnie puścić na bal
Drużyna z miasta Manizales, której flaga jest identyczna jak Bułgarii, powstała w 1959 roku w wyniku fuzji dwóch ekip z tego miasta: Deportes Caldas (po której odziedziczyła mistrzostwo kraju z 1950 roku) i Once Deportivo (która miała fundusze, ale nie miała sukcesów). W jej wyniku narodziła się drużyna Once Caldas, która jeszcze potem wielokrotnie zmieniała swoją nazwę ze względu na różnych, pojawiających się darczyńców (w latach 90. sponsorem strategicznym był m.in. Philips). Ekipa chłopców z Manizales jednak w żaden większy sposób, przez wiele dekad nie potrafiła przełamać stereotypu, jakim było określenie jej mianem „przeciętnych”. Dopiero w 1998 roku skończyła sezon na pierwszym miejscu w tabeli Copa Mustang. Jednak wtedy, zgodnie z ówczesnymi zasadami, osiem najwyżej sklasyfikowanych drużyn przechodziło do drugiej fazy mistrzostw. Zostały one podzielone na dwie grupy, a drużyny z fazy zasadniczej z miejsc od 1. do 4. dostawały także specjalną bonifikatę punktową. „El blanco, blanco” wygrało swoją grupę bez porażki, ale w finale uległo ostatecznie w dwumeczu drużynie Deportivo Cali.
Once Caldas (fot. connect.in.com)
Od tego momentu o ekipie z Manizales zrobiło się jeszcze głośniej. Jej liderem był Argentyńczyk Sergio Galvan, który bez żalu został odrzucony przez legendarny Boca Juniors z drużyny młodzieżowej. Tuż po tym, jak został z nim rozwiązany kontrakt, popadł w depresję, którą leczył do momentu, gdy zgłosił się do niego Once Caldas. Uznał to za dar od losu, który najlepiej jest oczywiście wykorzystać. Stąd też jego skuteczność pod bramką, obunożność, waleczność i koordynacja ruchowa zapisały się trwale w historii ligi kolumbijskiej, dzięki czemu otrzymał w 2003 roku obywatelstwo tego kraju. Mimo iż kilka razy otrzymywał powołania do nowej reprezentacji, to nigdy w niej nie zagrał. Zachował natomiast po dziś dzień tytuł najskuteczniejszego piłkarza w historii ligi, jak i klubu. Wyróżniającą się postacią był także ekscentryczny bramkarz Juan Carlos Henao, który na linii bramkowej nie miał sobie równych. W wielkim stopniu wzorował się na Rene Higuicie, zaczynając od zapuszczenia długich włosów. Swoje proroctwo zaczął spełniać od wywiadu udzielonego w 1995 roku, w którym stwierdził: Jeszcze kiedyś przyjdzie taki moment w życiu, że wzniosę puchar w niebiosa. Może to będzie mistrzostwo kraju, a może coś więcej. Trenerem tamtej drużyny był wówczas Javier Alvarez, miłośnik futbolu totalnego Rinusa Michelsa. Po nieudanym dla Kolumbii mundialu w 1998 roku objął on posadę jej selekcjonera w nagrodę za drugie miejsce w lidze z Once. Długo jednak nie piastował swojego stanowiska. Po kilku miesiącach pracy, z powodu konfliktu z czołowymi graczami, został bez żalu zdymisjonowany…
Jednak nim się z Once Caldas pożegnał, w 1998 roku wystąpił z drużyną po raz pierwszy na arenie międzynarodowej. W Copa CONMEBOL Once Caldas zakończył swój udział szybko, bo w pierwszej rundzie. Uległ po rzutach karnych z brazylijskim Santosem.
Nowo tworzący się zespół, przygotowujący się do pierwszego udziału w Copa Libertadores w 1999 roku, nie nawiązywał jednak do niezwykle ofensywnego stylu gry za czasów Alvareza. Co prawda został w drużynie bramkostrzelny Sergio Galvan, ale bez solidnego wsparcia partnerów nie miał co liczyć na okazje do strzelania goli. W grupie numer dwa przyszło jej się zmierzyć z Deportivo Cali i dwiema argentyńskimi potęgami: Velezem i słynnym River Plate. Mimo iż drużyna zajęła ostatnie miejsce w grupie, to jej stadion, Palogrande, stał się bastionem nie do zdobycia. Dokonała na nim wielkiego w tamtych czasach czynu, jakim było rozbicie naszpikowanego wschodzącymi gwiazdami River Plate aż 4:1. Bohaterem został strzelec dwóch goli, młody i pełen wigoru Edwin Congo, który swoją siłą, warunkami fizycznymi oraz świetną grą głową zaklepał sobie transfer do madryckiego Realu po zakończeniu sezonu. W tamtym meczu dowodzący defensywą Juan Pablo Sorin nie potrafił znaleźć na niego recepty, kończąc mecz z czerwoną kartką, po jednym z ostrzejszych fauli na nim. Absencja w tym spotkaniu Pablo Aimara jednak nie była usprawiedliwieniem słabej postawy „Los Millonarios”, którą w ofensywie prowadził przecież wszechstronny Marcelo Gallardo, a akcje z jego podań wykańczali Javier Saviola, Sergio Berti czy Juan Antonio Pizzi. W tamtym meczu stać ich było tylko na jedno trafienie, dzieła Leonardo Astrady. Gospodarze z Kolumbii byli więc wyjątkowo bezlitośni, a wszystko w grze drużyny podkreślał także nowy talent klubu. Oryginalny technik i egocentryk zarazem Arnulfo Valentierra. Po turnieju, tak jak wielu jego kolegów, również opuścił drużynę z Manizales. Jednak kilka lat później jeszcze o sobie przypomniał.
Drugie podejście, trzy lata później, również zakończyło się klęską Once Caldas. Co prawda drużynę pod swoje skrzydła wziął ponownie Javier Alvarez, wciąż była niepokonana u siebie, to jednak porażki w meczach wyjazdowych z Flamengo Rio de Janeiro czy późniejszym triumfatorem, Olimpia Asuncion, śniły się piłkarzom po nocach. Szczególnie w pamięci zapadł także mecz decydujący o awansie z fazy grupowej z Universidadem Catolica. Najpierw bramkę dla gospodarzy po dwójkowej akcji z Ormazabalem zdobył Daniel Perez. Wyrównanie, które zapewnił gol Sergio Galvana, zamienił jednak chwilę awansu z odpadnięciem. Najpierw czerwoną kartkę otrzymał Preciado, po faulu na Ivanie Gabrichu. Sam poszkodowany, ze stałego fragmentu gry strzelił bramkę. Dzieła zniszczenia dopełnił natomiast lis pola karnego – Arturo Norambuena. Przed trzecią bramką, za zbytnią ekspresyjność podczas krytykowania podejmowanych decyzji przez arbitra Rene Ortube, z boiska został wyrzucony drugi gracz Once – Efrain Viafara. Po rozgrywkach o prymat klubowy na kontynencie rozpoczęto wielką przebudowę zespołu.
Przechytrzę wszystkich. Ja muszę być na tym balu
W 2003 roku doszło do zmiany szkoleniowca. Został nim Luis Fernando Montoya, trenerski umysł analityczny, psycholog i jednocześnie zapalony szachista. Podjęcie przez niego studiów z psychologii było jednak zasłoną dymną przed prawdą, skrycie ukrywaną przed swoim ojcem: przyszłość chciał związać z piłką nożną. Niewątpliwie studia oraz zamiłowanie do taktyki okazały się dla Atletico Nacional przekonujące, bo postanowiło zatrudnić anonimowego szkoleniowca. Już w pierwszym roku pracy z tym klubem wywalczył on wicemistrzostwo kraju w 2002 roku, przegrywając finał z America Cali. Weteran Copa Libertadores, mimo trzech z rzędu finałów, nigdy nie sięgnął po tytuł klubowego mistrza Ameryki Południowej, nie dał wydrzeć końcowego triumfu, będąc drużyną lepszą w dwumeczu. Obrońcy najwięcej problemów mieli zwłaszcza z Jairo Castillo, który w pierwszym spotkaniu strzelił hat-tricka.
Jednak drugie miejsce w klubie Los Verdolagas (Zieloni) uznano za porażkę, więc Montoya został szybko zdymisjonowany. Wtedy numer telefonu do trenera wykręcili działacze Once Caldas, którzy wiedzieli, że rywal popełnia duży błąd, pozbywając się ambitnego i pełnego werwy trenera. Z pomocą poznanego jeszcze na studiach wieloletniego przyjaciela Juana Carlosa Angela, który odpowiadał za przygotowanie fizyczne, i asystenta Carlosa Valencii drużyna z istotnymi modernizacjami w składzie rozpoczęła nowy sezon. W głównej mierze najważniejszy był powrót do klubu Valentierry, o którego formie Montoya przekonał się jeszcze w finałowym meczu o mistrzostwo kraju w 2002 roku. To był zwiastun dobrych miesięcy dla drużyny z Manizales.
Gra oparta na żelaznej dyscyplinie taktycznej w defensywie, rotacji składem, dużej wymienności pozycji oraz zupełnie nowej jak na styl latynoamerykański ogromnej roli skrzydłowych obrońców w ofensywie przyniosła efekt w postaci pierwszego miejsca w Torneo Apertura 2003. Dziennikarze cmokali na widok niezmordowanego lidera Valentierry, bramkostrzelnego Galvana, odkrycia sezonu Jhona Viafary i pełnego wiary w drużynę Montoyę. Rywalizację w „Cuandrangulares semifinales” z udziałem ośmiu ekip podzielonych na dwie grupy zakończyła bez zasmakowania klęski. Finał ziścił jeszcze pokonaniem drużyny Junior Barranquilli w dwumeczu, w którym sukces zapewnili sobie – a jakżeby inaczej – na własnym stadionie. Po 53 latach wątpliwości i niedowierzania Once Caldas zdobyło swoje drugie mistrzostwo kraju. Tuż po tym triumfie trener Montoya został okrzyknięty „Carlosem Bianchim Kolumbii”. O tym, jak dobrze można wywróżyć marzenia z fusów od kawy, okazało się kilka miesięcy później.
Przez ten czas Montoya jednak ciągle analizował i zastanawiał się, jak poprawić grę drużyny w trzecim podejściu do turnieju o Puchar Wyzwolicieli. Tajemnicą poliszynela był wówczas fakt, że directo technico bardzo emocjonalnie podchodził do swojej pracy. Więź, jaką stworzył z piłkarzami, była później wielokrotnie wspominana przez jego byłych podopiecznych. Jednym z przykładów był Samuel Vanegas, któremu raz pożar doszczętnie spalił mieszkanie. Montoya, gdy się tylko o tym dowiedział, natychmiast przygarnął go pod swój dach na kilka dni, do momentu znalezienia nowego lokum.
Cóż za czary. Pantofelki wyczyszczone, wóz gotowy. Możemy zaczynać
Sponsorzy to grupa społeczna posiadająca pieniądze, znajomości oraz pieniądze. Nieprzypadkowo użyto tu dwa razy słowa „pieniądze”. Bo oto drzwiami i oknami sponsorzy wpadali do siedziby klubu Once, by tylko ich marki mogły pokazać się szerszej publiczności, w Manizales. A miasto to coraz bardziej żyło piłką nożną, do niespotykanego wcześniej stopnia. Ostatecznie tym głównym został producent piwa Poker, a odpowiednio wzmocniona finansowo drużyna zatrzymała czołowych graczy. Dodatkowo Montoya poprosił o sprowadzenie jeszcze kolejnego odrzuconego z Boca, prywatnie przyjaciela Carlosa Teveza ze slumsów – Jonathana Fabbro. Wierzył, że jego kreatywność, wszechstronność połączona z ambicją pomogą pozostałym zawodnikom w walce z dużo mocniejszymi przeciwnikami.
Losowanie znów po raz kolejny mistrzom Kolumbii wskazało grupę z numerem drugim. Rywalami byli Fenix Montevideo, wenezuelski Maracaibo oraz ponownie Velez Sarsfield. W pierwszym spotkaniu z Feniksem swój show zaprezentował Valentierra. Swoją dobrą postawę przypieczętował dwiema bramkami, co prawda z rzutów karnych, ale dorzucił także asystę przy bramce Jefreya Diaza. Wyjątkową, bo dzięki swej technice ograł czterech biednych urugwajskich piłkarzy. Mecz wyjazdowy tydzień później w Maracaibo również zakończył się sukcesem, ale też i pierwszymi kontrowersjami. Początek spotkania zaczął się od mocnego wejścia Fabbro, który już w 3. minucie zaaplikował rywalom bramkę po dośrodkowaniu w pole karne przez Arango. W doliczonym czasie gry w pierwszej połowie zimny prysznic gościom sprezentował Cristian Casseres, który ośmieszył– do tej pory wyróżniających się stoperów „El blanco, blanco” – Vanegasa i Catano. Druga połowa podziałała wyjątkowo paraliżująco na gości, toteż śmiało niesieni dopingiem gospodarze szturmowali bramkę Henao. Jednak ten miał jeden ze swoich dobrych dni, podobnie jak dość późno rozkręcający się Galvan, który w 89. minucie strzelił kontrowersyjną bramkę ze spalonego, wcześniej faulując przy okazji jednego z obrońców Maracaibo. Mimo protestów piłkarzy gospodarzy, sędzia wskazał na środek murawy. Gospodarzom zabrakło jednak czasu na wyrównanie i z boiska zeszli pokonani. Prasa wenezuelska po meczu grzmiała, mówiąc o międzynarodowym spisku przeciwko Maracaibo, który może nadwerężyć i tak napięte stosunki Wenezueli z Kolumbią. Jak się później okazało, nie był to ostatni taki przypadek.
Mecz 9 marca z Velezem w Buenos Aires miał jednostronny przebieg. Był to zarazem pożegnalny turniej dla Jose Luisa Chilaverta, legendy klubu, który wciąż imponował grą na linii i przedpolu. Czasem nawet starał się, jak za dawnych lat, strzelać gole ze stałych fragmentów gry. Mimo iż rywale wciąż agresywnie prowokowali i mocno poobijali ofensywnych graczy El Fortin („Fort” to pseudonim drużyny Velezu), to po bramkach Valdemarina i Rolando Zarate Velez wygrał o dziwo swój pierwszy mecz w fazie grupowej. Wcześniej bowiem tylko zremisował z Maracaibo i sensacyjnie przegrał z Feniksem. Mecz nie zapadł mimo to głęboko w pamięć. Chyba że wspomnimy o brutalnej grze obu ekip, którą dość szybko utemperował chilijski arbiter Selman. Ukarał on Alcazara z Once i Somozę z Velezu czerwonymi kartkami już po 30 minutach gry.
Dwanaście dni później doszło do rewanżu, który był z kolei dominacją ekipy „El blanco, blanco”. Bohaterem został powracający z formą Sergio Galvan, który już na dobre odblokował się, aplikując rywalom dwa gole. Podobnie jak wcześniej, także i ten mecz był pokazem ostrej i bestialskiej gry, zakończonej aż ośmioma żółtymi kartkami. Mimo to wątpliwości budził, zwłaszcza swoją zbytnią obojętnością, arbiter Rezende z Brazylii, który wiele razy przymykał oko na chamskie faule Vanegasa oraz Viafary. Na początku kwietnia podopieczni Montoyi byli gospodarzami meczu z Maracaibo, który swoją postawą w tej edycji Pucharu Wyzwolicieli zasłużył na miano wielkiej niespodzianki turnieju. Spotkanie to objawiło także nowy sposób na rotowanie składem, który do tej pory tylko w lidze stosował trener Montoya. Główną przyczyną było odejście czołowego jej gracza tuż przed tym meczem, Sergio Galvana, który postanowił kontynuować karierę w MLS w New Jersey MetroStars. Później w wywiadach przyznał, że żałował swojego „idiotycznego zachowania”. Dzięki temu zaś młodzi Jorge Agudelo i Javier Araujo mogli zadebiutować w drużynie i dać szersze pole manewru w drugiej linii na wypadek nieprzewidzianych sytuacji losowych.
Man of the match został Elkin Soto, początkowo gracz od zadań destrukcyjnych. Po kilku meczach ligowych trener dość szybko zauważył, że w ofensywie może dać znacznie więcej niż w defensywie. Głównie za sprawą szybkości i zwrotności, którą także wzmacniał poprzez wolę walki i bezpardonową grę na pograniczu faulu.
W samym jednak spotkaniu z Wenezuelczykami po pierwszych 45 minutach, po bramce Martineza dla Maracaibo i szybkim wyrównaniu Soto, dzięki zagraniu w uliczkę przez Valentierrę wynik był remisowy. Trener zmotywował w przerwie swoich graczy, którzy z Estadio Palogrande mieli zejść zwycięscy. Dlatego też z rzutu wolnego w 79. minucie Arnulfo Valentierra przypomniał wszystkim, jak precyzyjna jest jego lewa noga. Piłka po jego strzale dość niefortunnie skozłowała tuż przed interweniującym Dudamelem i w konsekwencji Kolumbijczycy byli już o krok od awansu do fazy pucharowej.
A tym ostatnim meczem kończącym fazę grupową z Feniksem Once Caldas rozegrało na słynnym Centenario w Montevideo. Po raz kolejny trener Montoya zestawił nieco zmieniony skład, który jakościowo miał nie odbiegać od formy podstawowych graczy. Tym samym w defensywie mogli zadebiutować dwaj skrajni obrońcy – Casierra oraz Ortegon. Jednak przysnęli i zapomnieli upilnować swoich rywali, a konkretnie Guerrery i Cariniego, którzy po akcjach ze skrzydła właśnie dali Feniksowi prowadzenie 2:0. Herosem, który uratował Once od kolejnego odpadnięcia z fazy grupowej, został Argentyńczyk Fabbro, który dwukrotnie pokonał dotychczas solidnego w tej edycji Copy, Ignacio De Leona. Awans z grupy wraz z Maracaibo był jedną z większych sensacji tego turnieju. Jednak mimo awansu, drużyna z Wenezueli musiała przystąpić do barażów najsłabszych drużyn z miejsc drugich. Na wyjeździe została ona rozbita 6:1 przez Barcelonę Guayaquil, jak się później okazało – późniejszego rywala Once Caldas w 1/8 finałów Copa Libertadores.
Ujęłaś mnie swym wzrokiem i urodą. Czy mogę poprosić cię do tańca?
Nieprzypadkowo Barcelona Guayaquil w swojej nazwie i herbie odnosiła się do drużyny z Katalonii. Między innymi dlatego, że założyciel klubu, Eutimo Perez, był Hiszpanem, który… pochodził z tego miasta i był fanem „Blaugrany”. Tak samo jak hiszpański odpowiednik, także i drużyna z portowego miasta stawiała na najlepszych rodzimych graczy i kilku obcokrajowców. Prym wiedli zwłaszcza reprezentanci Ekwadoru: pomocnicy Walter Ayovi, Edwin Tenorio i napastnik Ivan Kaviedes. W pierwszym spotkaniu w Ekwadorze padł bezbramkowy remis, a jedynym wartym odnotowania faktem były czerwone kartki dla ważnych ogniw obu ekip – Tenorio z Barcelony i Viafary z Once Caldas.
Rewanż dla odmiany pozostawił po sobie dobre wrażenie. Pełna twardej, do granic fair play gra uwieńczona została bramkami w drugiej połowie. Najpierw strzał Gavici dla Barcelony i kilkanaście minut później Agudelo i po 90 minutach wynik na tablicy wskazywał 1:1. Zgodnie z ówczesnymi regułami, nie obowiązywała zasada bramek strzelonych na wyjeździe oraz dogrywek. Od razu przystąpiono więc do rzutów karnych. Lepiej poradzili sobie z nimi gracze z Manizales, którym pomogło pudło Ayoviego i obroniony przez Henao karny wykonywany przez Chatruca. Ciekawostką był też fakt, że w tej fazie rozgrywek spośród ośmiu spotkań aż pięciu ćwierćfinalistów poznano dzięki serii rzutów karnych.
Zanim jednak doszło do meczu ćwierćfinałowego, miłośnicy tanich sensacji znaleźli coś dla siebie. Była to jedna z lokalnych legend, o której dość szybko zapomniano. Oto bowiem szalony Juan Carlos Henao został zatrzymany przez policję na kilka dni przez ważnym spotkaniem w Copa z powodu rzekomego ciężkiego pobicia swojej żony. O sprawie swoimi kanałami dowiedział się trener Montoya, który wstawił się za swoim podopiecznym… wynajmując mu detektywa. W rzeczywistości okazało się, że bramkarz wściekł się na żonę, która zarzuciła mu, że spotyka się z innymi kobietami. Karą miało być oczywiście wyperswadowanie tej bzdury za pomocą pięści. Wszystko zakończyło się rozwodem, ale zwycięstwo odniósł Henao. Okazało się bowiem, że kobieta, której obiecał wierność małżeńską (i ona tak samo), podczas nieobecności męża dorabiała potajemnie jako prostytutka. Teraz można z czystym sumieniem powiedzieć, że kara w formie pobicia, jaką zadał jej Henao, byłą tą jak najbardziej sprawiedliwą.
Komentarze2
~
~Raath'
Kiedy cz.II ???
RF
Robert Fila
Część druga ukarze się w poniedziałek 11
kwietnia.