Niewiele jest spotkań, które wywołują takie emocje. Do dziś, po niemal 70 latach od rozegrania, niesławny wynik 11:1 w pucharowym Gran Derbi zaprząta głowę kibicom hiszpańskiego futbolu. Zapraszam do lektury tej, na swój sposób, tragedii.
Prolog
W roku 1943 Hiszpania dopiero wstawała z kolan, na które została rzucona przez wyniszczającą wojnę domową. Na czele państwa rozgościł się Francisco Franco. Europa trzęsła się w posadach, jedne państwa padały, inne powstawały. Takie „ciekawe czasy”, jak się okazało, przeniosły się również do świata futbolu.
Lato w neutralnej i niebiorącej udziału w wojnie światowej Hiszpanii było wyjątkowo gorące. Nie zważając na żar lejący się z nieba, piłkarze Realu Madryt i CF Barcelona wybiegli na stołeczny stadion Chamartin – stadion piękny, dość nowoczesny, i, co najważniejsze, pojemny. Mecze mogło na nim oglądać ponad 22 tysiące widzów i właśnie tyle przybyło 13 czerwca, by obejrzeć rewanżowe starcie Copa del Generalísimo, ówczesnej wersji Pucharu Króla. Tydzień wcześniej, na barcelońskim Estadio les Corts, Real przegrał 3:0, prezentując się nader słabo. Nie wszyscy więc wierzyli w „remontadę”. Jak się miało okazać, wystarczyło, że wierzyła grupa wysoko postawionych urzędników.
Gospodarze wybiegli w składzie: Marza, Querejeta, Corona, Souto, Ipina, Moleiro, Alsúa, Alonso, Pruden, Barinaga, Botella, grając w ofensywnym ustawieniu z pięcioma napastnikami, którego jako ostatni użyje Miguel Munoz, dwadzieścia lat później. Goście z Barcelony wystąpili w niemal równie odważnej formacji, posyłając na boisko taki oto skład: Miro, Benito, Curta, Raich, Rosalench, Calvet, Sospedra, Escolá, Martín, Cesar, Valle. Na uwagę zasługuje osoba Mariano Martina, najwybitniejszego ówczesnego strzelca Katalończyków (128 goli w 150 meczach!). Rozjemcą tego meczu był Rodriguez.
Akt pierwszy
Wyszliśmy ze strefy niepodważalnych faktów, wchodząc do półcienia, w którym na dobrą sprawę nie wiadomo, co jest prawdą, a co wymysłem jednej czy drugiej strony. Trzymając się informacji sprawdzonych, należy stwierdzić, że Real w pierwszej połowie zdeklasował rywali. 8:0 (!) niesamowity wynik, niesamowita „remontada”, niesamowite… Ale zaraz przychodzi refleksja – jak to możliwe? Przecież Real był w tym okresie drużyną generalnie słabszą, mającą gorszych piłkarzy, będącą, można by rzec, w okresie przejściowym. Analizując czas strzelania kolejnych goli, łatwo zauważyć pewną prawidłowość. Pierwszego gola Pruden strzelił w 6. minucie – normalna sprawa. Kolejny, autorstwa Barinagi, padł w 28. – nic dziwnego. Ale to, co stało się potem było już podręcznikowym przykładem znaczenia słowa: „dziwne”. Kolejne gole Prudena, Barinagi, a także Alonso i Alsuy padały w odstępie dwóch – trzech minut. Począwszy od 33. padło ich sześć. Barcelona poddała mecz, jest to aż nazbyt jasne. Ale dlaczego oddała? Można powiedzieć, że była to wspólna decyzja kibiców i piłkarzy „Dumy Katalonii”. Ci pierwsi, zwłaszcza kapitan Escola, mieli dosyć niesłychanie brutalnej i bezkompromisowej gry defensorów z Madrytu. W bezpardonowych atakach na rywali celowali zwłaszcza Quarejeta i Moleiro. Ten pierwszy pozostawił na brzuchu Escoli całkiem wyraźne odbicie swojego piłkarskiego buta. Tłum Katalończyków bardzo szybko zorientował się, że jedna z drużyn nie ma zamiaru grać w piłkę, jaką powinien prezentować zespół tej klasy, a sędzia widzi przewinienia tylko jednej strony. Zaczęli buczeć, gwizdać i, jak twierdzą madryccy publicyści dziennika „As”, śpiewać antyrepublikańskie piosenki. Kwestia owych przyśpiewek budzi poważne wątpliwości – czy gdyby kilkuset ludzi jawnie atakowało władzę, bądź co bądź totalitarną, nie doszłoby do masowych represji i aresztowań? Agresja budzi agresję. Bierność rywali rozwścieczyła miejscowych. Miro przez pewien czas musiał stać w pewnym oddaleniu od bramki, poza zasięgiem lecących w jego stronę przedmiotów. Kibice Realu również chcieli oglądać mecz, a nie farsę.










