Francuzi pokonali trzecią ekipę świata, czyli Niemców, na ich własnym terenie 2:1. Goście zaprezentowali się solidnie na tle mało emocjonującej gry podopiecznych Joachima Loewa i zasłużenie wygrali po bramkach Oliviera Giroud i Florenta Maloudy. Honorowe trafienie dla gospodarzy zanotował Cacau.
Pojedynki sąsiadów z zachodniej Europy zawsze wzbudzały wiele emocji i podtekstów. Podobnie było w dzisiejszym spotkaniu w Bremie, gdzie każda z drużyn chciała za wszelką cenę wyjść z tej rywalizacji zwycięsko, choć jeśli weźmiemy pod uwagę ostatnie wyniki, to gospodarze byli faworytami. Wiedzieli to również Francuzi, którzy wpierw chcieli dobrze zabezpieczyć tyły, a grę ofensywną raczej prezentowali w formie kontrataków.

Niemcy przyzwyczajeni do takiego obrotu sprawy pierwsi osiągnęli optyczną przewagę, próbując atakiem pozycyjnym przedrzeć się przez francuskie zasieki. Brakowało jednak w nim dokładnych podań już w ostatniej fazie, które pozwoliłyby napastnikom wyjście na czystą pozycję. Mimo przewagi rywali to goście pierwsi oddali celny strzał. Po kwadransie gry do dośrodkowania z rzutu rożnego doszedł Yohann Cabaye i tylko dobry refleks Tima Wiesego uchronił podopiecznych Joachima Loewa od straty gola.
Było to jednak dla nich pierwsze i ostatnie ostrzeżenie, gdyż już sześć minut później piłka zatrzepotała w ich siatce. Na prawym skrzydle umiejętnym przyjęciem piłki Mathieu Debuchy minął Denisa Aogo, a następnie podał do niepilnowanego w „szesnastce” Oliviera Giroud. Najlepszy snajper Ligue 1 bez ociągania się uderzył między nogami niemieckiego golkipera i Weserstadion został na chwilę uciszony. Dla napastnika Montpellier było to premierowe trafienie w reprezentacji w trzecim swoim występie. W obliczu kontuzji Karima Benzemy i Loica Remy’ego to on dostał szansę gry na szpicy ataku „Trójkolorowych”.
Nasi zachodni sąsiedzi nie są przyzwyczajeni do sytuacji, gdy na własnym terenie muszą odrabiać straty, i potrzebowali paru chwil, by się otrząsnąć. Po pół godzinie gry nastąpiła jednak niemiecka ofensywa i pod bramką Hugo Llorisa co rusz robiło się gorąco. To właśnie golkiper Lyonu został bohaterem gości w ostatnim kwadransie pierwszej odsłony, gdy swoich szans nie wykorzystywał Miroslav Klose, a było ich w sumie trzy. Pierwszy strzał po wzorowo wyprowadzonej kontrze zablokował francuski defensor, niedługo później po rzucie wolnym napastnik Lazio stanął oko w oko z bramkarzem rywali, który jednak wykazał się znacznymi umiejętnościami, a za trzecim razem główka reprezentanta Niemiec wylądowała na słupku.
Na zakończenie pierwszej połowy geniuszem błysnął również Mesut Oezil, gdy na 25. metrze oszukał balansem ciała pilnującego go przeciwnika i uderzył na długi słupek, lecz niecelnie. Francuscy kibice byli tak rozradowani utrzymującym się wynikiem, iż to oni bardziej zaznaczali swoją obecność na obiekcie w Bremie i usłyszeć można było najbardziej znane przyśpiewki ze stadionów Ligue 1, a także powtórnie zaśpiewaną Marsyliankę.










