Niewiele brakowało, by Islandczycy sprawili wielkiego kalibru niespodziankę w meczu towarzyskim na Stade du Hainaut w Valenciennes. Po pierwszej połowie prowadzili z Francuzami 2:0 i gdyby nie olbrzymia jakość gospodarzy w ofensywie, to przywieźliby do ojczyzny komplet punktów.
Dokładnie tydzień po zakończeniu rozgrywek krajowych Francuzi mieli okazję zobaczyć po raz pierwszy w akcji swoją reprezentację narodową. Laurent Blanc w przeddzień ogłoszenia ostatecznej kadry na Euro 2012 mógł sprawdzić swoich podopiecznych w starciu z Islandią. „Jeden mecz, trzy cele”, napisał francuski dziennik „L’Equipe”. Były nimi po pierwsze wybranie dwóch piłkarzy, którzy pożegnają się z kadrą, po drugie zbudowanie dobrej atmosfery przed zbliżającą się imprezą, a po trzecie zmierzenie się ze skandynawską piłką, którą prezentują również grupowi rywale „Trójkolorowych”, Szwedzi.
Jeśli ktoś myślał, że spotkanie z piłkarzami z odległej wyspy będzie spacerkiem, w którym Francuzi będą mogli wzmocnić swoje morale, strzelając rywalom bramkę za bramką, to straszliwie minął się z prawdą. Udowodniła to już pierwsza odsłona spotkania. Wydawało się, że bardzo ofensywnie nastawieni piłkarze Blanca właściwie weszli w mecz, przejmując zdecydowanie inicjatywę. Pierwszy do siatki piłkę w tym meczu wpakował Karim Benzema, nim minął kwadrans, lecz napastnik Realu Madryt przed strzałem z dystansu wrócił ze spalonego i arbiter gola nie uznał.
Pech dla gospodarzy rozgrywających dzisiejszy mecz na nowym stadionie w Valenciennes, ale któż by się spodziewał, że zaledwie 20 minut później będą musieli odrabiać aż dwubramkową stratę. Pierwsze sygnały słabszej postawy „les Bleus” w defensywie były widoczne już na samym początku zawodów, gdy to dość nieśmiałe kontrataki Islandczyków tworzyły zamieszanie w polu karnym Steve’a Mandandy. Wynik spotkania w 28. minucie otworzył Bjarnasson, gdy to otrzymał zaskakujące podanie od Sigthorssona, który powalczył o bezpańską piłkę z Mexesem.
Francja chciała szybko odpowiedzieć, a zamiast tego nadziewała się na kolejne kontry, które po raz drugi zaowocowały już w 34. minucie. Wtedy na prawym skrzydle Patrice’owi Evrze urwał się Gislasson i dośrodkował wprost na nogę wchodzącego przed bramkę Sigthorssona i napastnik gości dołożył do asysty jedno trafienie.
O tym, że wynik ten był olbrzymią niespodzianką i nie odzwierciedlał potencjału piłkarskiego obu ekip, łatwo można było się przekonać w kolejnych fragmentach spotkania. O ile w obronie Francuzi prezentowali się bardzo słabo, to w ofensywie pomysłu i polotu nie brakowało. Mnóstwo było bardzo efektownych zagrań, szybkich podań z pierwszej piłki, które bardzo łatwo wprowadzały w „szesnastkę” rywali. Cóż z tego, jeśli fatalną skutecznością popisywał się Benzema. Albo uderzał niecelnie, albo prosto w bramkarza i po pierwszych 45 minutach strach ogarnął francuską widownię, gdyż seria 18 meczów bez porażki była wielce zagrożona. Nadzieję kibiców na Stade du Hainaut przywrócił siedem minut po przerwie prawy defensor, Mathieu Debuchy. Żegnający się po tym sezonie z Lille piłkarz poszedł za akcją i dobił zablokowany strzał Benzemy, łapiąc kontakt z przeciwnikiem.









