Był kiedyś taki dwumecz, który polska drużyna wygrała, choć nikt nie dawał jej szans przed rewanżem po porażce 1:4 w pierwszym spotkaniu. Wiślacy pokazali, że można odrobić trzy gole straty, co warto przypomnieć przed rewanżami Ligi Mistrzów i Ligi Europy.
Wisła Kraków w 2000 roku, na przełomie wieków, była jedną z lepszych polskich drużyn w historii. Najpierw do mistrzostwa doprowadził ją Franciszek Smuda, który jednak został zwolniony przez Bogusława Cupiała. Prezes długo szukał odpowiedniego następcy na jego miejsce. Zwalniał na potęgę, dla przykładu w sezonie 1999/2000, który Wisła zakończyła na drugim miejscu, aż czterech szkoleniowców przewinęło się przez ławkę „Białej Gwiazdy”. Dopiero w kolejnym roku znalazł się człowiek, który wytrwał dłużej na swoim stanowisku, sprostał oczekiwaniom wymagającego właściciela i wywalczył tytuł. Zanim jednak tego Orest Lenczyk dokonał, bo to właśnie on był tą osobą, sprawił przemiłą niespodziankę. Zrobił rzecz praktycznie niemożliwą. Sprawił sensację w pierwszej rundzie Pucharu UEFA.

Najpierw jednak musiał wraz ze swoimi zawodnikami awansować do tych rozgrywek. W rundzie kwalifikacyjnej, wówczas była tylko jedna, pokonał Zeljeżnicar Sarajewo. Co trzeba zaznaczyć, Wisła w tamtych latach miała skład naprawdę mocny. Był to dream team jak na polskie realia, a poza tym wszyscy czołowi gracze byli jeszcze w miarę młodzi. W bramce polska drużyna miała doświadczonego, ale tylko 30-letniego Artura Sarnata, który wydawał się jednak najsłabszym punktem zespołu, jak zazwyczaj w przypadku krakowskiej ekipy. W obronie brylowali Baszczyński i Głowacki, w tamtych latach fantastycznie współgrający. Pierwszy śmigał na prawym skrzydle niczym Roberto Carlos w Realu na lewym. Natomiast drugi skutecznie przerywał każdą groźną akcję rywali, był ostoją Wisły w jej polu karnym. A do pomocy miał nie byle kogo: reprezentanta Polski Radosława Kałużnego, Tomasza Kulawika i Kazimierza Moskala. To trio zawiadujące w środku pola nie tylko wspomagało obronę, ale również nierzadko włączało się do akcji ofensywnych.
Trzeba przyznać, że tamta Wisła to była machina w ataku. Szybkość jej graczy napędzała wspaniałe kontry, a niezwykle skuteczni napastnicy potrafili wykończyć każde podanie. W końcu na szpicy prym wiedli najlepsi strzelcy w historii krakowskiej drużyny. Piłkarze, którzy są w klubie 100 w polskiej lidze. Mowa tu o Tomaszu Frankowskim i Macieju Żurawskim. To właśnie oni, wspomagani kolejną legendą polskiej ligi, czyli Olgierdem Moskalewiczem, i skrzydłowymi Kamilem Kosowskim i Ryszardem Czerwcem odpowiadali za zdobywanie bramek. Jednak nie tylko pierwsza drużyna robiła różnicę, także mocna ławka ekipy świadczyła o jej sile. Coś, o czym mogą pomarzyć w dzisiejszych czasach polskie kluby, czyli równa kadra, właśnie symbolizowało tamtą Wisłę.













