Co musi mieć w sobie świetny piłkarz? – zapyta mędrzec futbolu. W końcu sporządzi własne dochodzenie, wypisując na kartce listę umiejętności, które musi mieć wielki piłkarz. Między innymi znakomitą kontrolę – kiedy podaje piłkę do partnera z każdej odległości, musi popełniać jak najmniej błędów. Musi oddawać precyzyjne i silne strzały. Musi być zwinny, mocny w walce o odbiór futbolówki i mieć zdolność do wykonywania ogromnej pracy na boisku. Musi też mieć wielkie zdolności techniczne i dryblerskie. Musi utrzymywać się przy piłce nawet w sytuacji, gdy naprzeciw niego stają defensorzy, którzy z wielką zaciętością będą chcieli odebrać mu futbolówkę. W końcu musi mieć również olbrzymią odwagę i być szybkim zawodnikiem. Po prostu musi mieć wszystko.
Dzisiaj ludzie mogą mówić, że wyżej wymienione cechy idealnie pasują do sylwetek takich piłkarzy, jak: Lionel Messi, Cristiano Ronaldo czy Gareth Bale. Jednak gdy cofniemy się w czasie o kilkadziesiąt lat do momentu kiedy na ekrany kin w Wielkiej Brytanii wchodził pierwszy film o Jamesie Bondzie zobaczymy, że w pewnej londyńskiej drużynie rządził i dzielił Johnny Haynes, którego śmiało można określić jedną z największych gwiazd na Wyspach poprzedniego stulecia. Od początku kariery był wierny jednemu klubowi. Koszulkę z herbem Fulham nosił dumnie przez 18 lat. Choć słowa „dumnie” nie należy w tym wypadku traktować dosłownie. W zespole nie był traktowany jak dobry kolega. Podczas ligowych zmagań był typowym przykładem bezczelnego gracza. Zawsze kiedy partnerzy nie byli w stanie nadążyć za jego akcjami i dopasować się do jego zamiarów opierał ręce na biodrach, krzycząc do nich: „Co wy odpieprzacie?!”. W ten sposób lider ekipy „The Cottagers” stosował nagonkę na ludzi, którzy grali wokół niego jak patałachy. Czasami było tak, że nic nie mówił. Milczał, stał w miejscu i po prostu kładł dłonie na biodrach, wywierając wrażenie, jakby wzrokiem chciał oskarżycielko przemówić do winowajców po zmarnowaniu dogodnych akcji pod bramką rywala.
Jeden z goli Haynesa na Craven Cottage (fot. Fourfourtwo.com)
Zacznijmy jednak od początku życia Johnny’ego. Haynes przyszedł na świat 17 października 1934 roku w dzielnicy Londynu Kentish Town. Przez całe dzieciństwo dorastał jako przeciętny chłopiec. Starał się cieszyć życiem jak każdy inny członek prostej rodziny. Choć wiadomo, że II wojna światowa zmieniła rzeczywistość. Po zakończeniu działań zbrojnych w maju 1945 roku Haynes mógł się jednak spokojnie skupić na edukacji i pasji grania w piłkę. Pięć lat później Fulham przyjęło ucznia szkoły w Edmontonie do szkółki piłkarskiej. W krótkim czasie zbierał doświadczenie dzięki wypożyczeniom do innych klubów z niższych lig. Za każdym razem trafiał do amatorki, ale właśnie tam miał okazję do pokazania swoich wybitnych umiejętności. Zawodowym piłkarzem stał się w maju 1952 roku. Ostatecznie zdecydował się na odgrywanie roli wspierającego napastnika. Być może mógłby rozpocząć profesjonalną karierę wcześniej, jednak w latach 50. wiek 17 lat był najniższym progiem do legalnego zakontraktowania zawodnika. Pierwszy kontakt z profesjonalną piłką zaliczył dopiero po ukończeniu 18. roku życia. Już wtedy jako jeden z nielicznych nastolatków cieszył się popularnością wśród innych ekip z wysp. Jednakże jego rozum mówił dobitnie i wyraźnie – nie ma takiej możliwości. Od razu pożegnał zainteresowanych włodarzy słowami, że jego przyszłość to Fulham. I tak zostało.
Dzięki pełnemu skupieniu na londyńskim klubie i podtrzymaniu kunsztu, Haynesa zauważył ówczesny selekcjoner reprezentacji Anglii, Walter Winterbottom. Kiedy piłkarz otrzymał powołanie do drużyny narodowej automatycznie stał się pierwszym zawodnikiem, który rozgrywał mecze dla „Trzech Lwów” na każdym szczeblu – młodzieżówka, U-23, klasa B, a także ostatni poziom w pierwszym składzie. Już w debiutanckim starciu z Irlandią Północną w Belfaście 2 października 1954 roku pokazał swój ogromny potencjał, dodatkowo strzelając gola w zwycięskim spotkaniu. Aczkolwiek jego wielkie dni były dopiero przed nim. Prawdziwe oblicze piłkarza w reprezentacyjnej obsadzie grającego rolę, jak się zwykło mówić w dzisiejszych czasach, typowej „dziesiątki” zostało ujawnione cztery lata potem. Było to spotkanie towarzyskie z istniejącym jeszcze wtedy Związkiem Radzieckim na Wembley. Anglicy byli wtedy świeżo po nieudanych mistrzostwach świata, z których odpadli w fazie grupowej. W niej jako rywali mieli właśnie Sowietów, którzy pokonali ich w play-offach o grę w fazie pucharowej. W październiku 1958 roku chcieli się koniecznie odgryźć za tamte czasy. Odwet się udał, bo skończyło się na aż 5:0 dla gospodarzy. Pomimo iż podopieczni Winterbottoma w pierwszej części gry dosyć rozczarowali, to tuż przed przerwą prowadzenie dał im nie kto inny jak właśnie Haynes, który odpalił rakietę pod poprzeczkę. Druga odsłona była pokazem bajecznej gry asa Fulham, który dwoma strzałami z dystansu dorzucił kolejne gole, kompletując hat-tricka. Wtedy karierę w reprezentacji rozpoczynał sir Bobby Charlton, ale to swoją drogą. Dzień po tym widowisku nagłówki gazet rozwlekały się na pół strony, żeby wyróżnić nazwisko Johnny’ego wraz ze zdjęciem. Można go było wtedy porównywać z Davidem Beckhamem pod względem stylu gry. Ach, ta jego wyjątkowa zdolność do rozgrywania piłek… Niektórzy nadali mu nawet miano „intryganta”, choć był tylko wspierającym atakującym, czyli – mówiąc współcześnie – ofensywnym pomocnikiem.
Był jeszcze jeden taki mecz, po którym w szczególności go zapamiętano – pojedynek Anglii ze Szkocją w 1961 roku zakończony pogromem 9:3. Haynes mianowany wtedy kapitanem drużyny zdobył dwa gole, ale przede wszystkim należy docenić jego szybkość i rozdawanie kart w ofensywie. To właśnie w głównej mierze dzięki niemu Szkoci poczuli się jak w piekle. W szczególności jego współpraca z Jimmym Greavesem i Bobbym Smithem była na najwyższym poziomie. Na papierze wyglądało to wręcz śmiercionośnie. Był to już jednak ostatni tak świetny występ Johnny’ego w koszulce reprezentacji. Po zwolnieniu Winterbottoma i zatrudnieniu Alfa Ramseya, który nie lubił powoływać graczy zadufanych i podchodzących do sprawy nonszalancko, w kadrze już nigdy nie znalazło się miejsca dla Haynesa. Jego kariera w reprezentacji zakończyła się zatem już w wieku 28 lat.
Mogło być mu potem szkoda, że nie chciał zmienić swojego wizerunku z zarozumiałego, malowanego faceta na jakiś lepszy model. Cóż to było za przeznaczenie, kiedy Ramsey przekazał opaskę kapitańską Bobby’emu Moore’owi, a Charlton odgrywał rolę Johnny’ego. Tak się złożyło, że cztery lata później Anglia celebrowała zdobycie mistrzostwa świata na własnym gruncie. Strzelam, że gdybym żył w tamtych czasach i był dobrym przyjacielem Haynesa – zakładając, że w ogóle dałoby się z nim nawiązać przyjaźń – wyszeptałby mi, że guzik go ten triumf obchodzi. On miał w życiu inne cele oraz inne przyjemności. To właśnie w jego ciągnącej się przygodzie piłkarskiej doszło do pewnego przełomu, którego macie prawo nie pamiętać. To była furtka do świata futbolu, w którym obecnie żyjemy, czytając różne nowinki, plotki, ploteczki transferowe z wypisywanymi kwotami oferowanymi przez kluby za piłkarzy. Na pewno Johnny chciałby dożyć tych czasów, zaufajcie mi. Choć kiedy rozegrał ostatni mecz na MŚ w 1962 roku przeciwko Brazylii, a jego zespół przegrał w ćwierćfinale 1:3, doczekał się wielkiego słowa uznania od samego Pelego. Brazylijczyk powiedział o nim, że jest najlepszym rozgrywającym, jakiego kiedykolwiek widział.
Wejdźmy w początek lat 60., kiedy natura tej dyscypliny zaczęła się przeobrażać w piękno materialne. Oczywiście nie można było wtedy odmawiać ogromnego talentu Haynesowi. Teraźniejszemu młodemu pokoleniu trudno jest wyrazić to, jak wielkim piłkarzem był. On potrafił zagrać piłkę do partnera z nieludzką dokładnością z odległości nawet 50 metrów tak, że futbolówka wylądowała wprost na czubku buta. Umiał też strzelać nieprawdopodobne gole z ostrego kąta z 30 metrów od bramki. Niejednokrotnie w drużynie dowodził swoją armią jako kapitan, prowadząc Fulham do niesamowitych zwycięstw.
Wyrzeźbiona figura przedstawiająca Haynesa przy stadionie Fulham (fot. Theinsideleft.com)
W tamtych czasach zawodników uważano za stanowczych, twardych przy podejmowaniu konkretnych decyzji. Było nie do pomyślenia, aby właściciele klubów ulegli żądaniom piłkarzy. A jednak 18 stycznia 1961 roku główny boss skapitulował. Ten dzień można obecnie uznać za święto wyzwolenia. Wówczas piłkarz wynegocjował tygodniówkę większą niż 20 funtów na siedem dni. Wielu wyobrażało sobie, że jego kieszeń wypełni się co najwyżej dwukrotnie większą stawką. Zapamiętajcie sobie, że to w Fulham zawrzał kocioł rewolucji, która wybuchła dzięki niemu. Właściciel „The Cottagers”, Tommy Trinder musiał wysłuchać skarg i ubolewań Haynesa, nie chciał bowiem dać mu podwyżki. Kiedy jednak do zarządu zaczęły wpływać oferty od najlepszych ekip Starego Kontynentu, a w szczególności z AC Milan, który wykładał na stół 80 tysięcy funtów, Haynes mógł się stać najdroższym i najlepiej opłacanym piłkarzem na świecie. Ale Trinder nie pozwolił, żeby największa postać, zarozumiała, lecz jakże świetna, mogła ot tak zniknąć z płyty boiska. I wiecie co Trinder powiedział Johnny’emu? Role się odwróciły i to Tommy proszącym, wręcz błagalnym, głosem dał mu propozycję nie do odrzucenia. Nawet Johnny nie musiał się nad nim litować. Taki był z niego negocjator, że w połowie stycznia jako pierwszy zawodnik w historii futbolu przełamał barierę zarobkową, od tej pory inkasując 100 funtów tygodniowo. Bum, wybuchło! Trinder, tłumacząc się w wywiadzie dla prasy, odpowiedział: – Wiecie dlaczego? Bo właśnie tyle jest dla nas wart. Głos w tej sprawie zabrał także znany z wysokiego mniemania o sobie Haynes, ale dopiero wtedy, gdy był już na emeryturze: – Niesamowite! Wcześniej dostawałem tysiąc funtów za grę dla Fulham i półtora tysiąca za trzydniową sesję zdjęciową do gazety. Miałem także kontrakt promocyjny z firmą mleczarską. Byłem dosyć bogaty. Na miłość boską, w końcu też kupiłem sobie przyzwoitą furę! – gdyby nakręcić film o tym zdarzeniu, powstałaby dobra komedia.
Chciwość nie prowadzi jednak w dobrą stronę. Kariera malowanego chłopaka została przerwana na dłuższy czas z powodu wypadku samochodowego, który przytrafił mu się na przechadzce w Blackpool. Kiedy sportowe auta powracały z imprezy do hotelu, jeden samochód uderzył kolejny, w którym pasażerem był człowiek klubu. Haynes połamał kości w obu stopach, a na dodatek ucierpiało także jedno kolano. Johnny szczegółowo opowiadał później o tym wypadku. Zdradził w rozmowie, że kiedy oficer policji przybył na miejsce zdarzenia, uspokajał konającego z bólu piłkarza, mówiąc: – Nie martw się, synu, masztylkozłamane nogi. Ta noc zadecydowała o tym, że zawodnik musiał się kurować przez ponad rok. Niestety już nigdy nie odzyskał dawnej formy. Żadne zabiegi, żadne zaklęcia nie przywróciły mu jego poziomu. Gwiazda straciła blask. Jego następne hat-tricki nie były już tak zjawiskowe. Był takim samolubem, że kiedy nadarzała się okazja do strzelenia bramki z rzutu karnego, zawsze brał tę odpowiedzialność na siebie. Wszystko, aby udowodnić swoją wartość nawet wtedy, kiedy jego zespół prowadził wysoko. W prawie 600 występach dla „The Cottagers” ustanowił strzelecki rekord 148 bramek, który pobił dopiero w 1989 roku Gordon Davies. Jednakże Haynes nie był typowym zawodnikiem od łowienia bramek. Zawsze w wywiadach podkreślał, że chce być doskonały przy zagrywaniu długich piłek. Zdradził nawet sekret swoich perfekcyjnych podań – często udoskonalał umiejętności, trenując w samotności. Wieszał ręcznik przed budynkiem zarządu klubu i posyłał tam piłki z samego środka boiska.
Po tym, jak przygoda piłkarska nie była już dla niego taka ciekawa w 1968 roku doświadczył nowej roli. Został bowiem mianowany grającym trenerem. Jednakże Haynes nigdy nie miał takich ambicji. Dwa lata później, w wieku 35 lat, postanowił zakończyć wielką karierę. Potem poleciał jeszcze do RPA, aby pomieszkać tam przez jakiś czas. Długo po zakończeniu rozdziału z futbolem był ogromnie popularną i szanowaną postacią w klubie, w którym kibice Fulham nadali mu pseudonim „Maestro”. Do dziś możemy się zgadzać z takim przydomkiem, bo wielu piłkarzy porównuje się właśnie do niego, szczególnie tych z Wysp Brytyjskich. Przede wszystkim zapamiętano go nie tylko dzięki umiejętnościom i ogromnemu talentowi, ale także ze względu na wspomnianą skłonność do irytacji w stosunku do chłopaków z zespołu. W 1984 roku zamieszkał w Edynburgu, gdzie spędził resztę życia. Ktoś z was w komentarzu może zapytać: no dobra, a gdzie w tym tekście wymieniono jego sukcesy? Ja wam odpowiem, ile ich było – zero. To był piłkarz, który nie świętował żadnego triumfu klubowego. Nie było takiej opcji, w pojedynkę nie mógł tego uczynić. Odniósł jednak osobisty sukces – był przecież wystarczająco bogaty i wreszcie miał porządne auto.
Śmiało można powiedzieć, że Johnny Haynes był po prostu najlepszym piłkarzem w historii Fulham. Ze świecą można było szukać takiego wspierającego napastnika jak on. Jego nonszalancki charakterek i połamanie nóg po wypadku nie pozwoliły mu jednak cieszyć się z wygrania mundialu wraz z reprezentacją. W 71. urodziny Haynes podróżował samochodem po stolicy Szkocji. Nagle nastąpił wylew krwi do mózgu. Auto zmieniło kierunek, jadąc w stronę ludzi na chodniku, jednak na szczęście skończyło się tylko na tym, że uderzyło w budynek. Reanimacja lekarzy zaczęła się błyskawicznie. Po 30 godzinach Haynes się jednak nie wybudził, wszystkie organy przestały pracować i dzień po wypadku stwierdzono zgon. No i co żeś odpieprzył, Johnny?
Umarł król, niech żyje król! Na jego cześć kibice postanowili już po miesiącu nazwać jedną z trybun jego imieniem i nazwiskiem, a w trzecią rocznicę jego śmierci postanowiono odsłonić pomnik, który dumnie stoi z rękami opartymi na biodrach. To już jednak nie jest żaden oskarżycielski przekaz płynący z wyrzeźbionej figury. Jego poświęcenie, umiejętności, gracja i czar, zarówno w czasie profesjonalnej kariery, jak i po zawieszeniu butów na kołku, są przykładem dla wielu obecnych piłkarzy. Jego geniusz został pięknie doceniony. Tylko nieuzasadniona zarozumiałość jest uzasadniona. Niektórzy za jego życia coś o tym wiedzieli.
Typujesz trochę spotkań ale ci nie
idzie?????!.Pomogę ci,mam świetnego informatora od
bukmacherki!!!.Nie wierzysz?Dam ci dwa dni za darmo
to sie przekonasz że to nie kolejna ściema.Wejdz na
realnetypy blox pl i napisz do mnie na mail podanego
na blogu.Czesc
~
~smokol
Świetny artykuł, bardzo ciekawa postac, ogólnie w
fjw zawsze znajdzie sie coś interesującego
Co musi mieć w sobie świetny piłkarz? – zapyta mędrzec futbolu. W końcu sporządzi własne dochodzenie, wypisując na kartce listę umiejętności, które musi mieć wielki piłkarz. Między innymi znakomitą kontrolę – kiedy podaje piłkę do partnera z każdej odległości, musi popełniać jak najmniej błędów. Musi oddawać precyzyjne i silne strzały. Musi być zwinny, mocny w walce o odbiór futbolówki i mieć zdolność do wykonywania ogromnej pracy na boisku. Musi też mieć wielkie zdolności techniczne i dryblerskie. Musi utrzymywać się przy piłce nawet w sytuacji, gdy naprzeciw niego stają defensorzy, którzy z wielką zaciętością będą chcieli odebrać mu futbolówkę. W końcu musi mieć również olbrzymią odwagę i być szybkim zawodnikiem. Po prostu musi mieć wszystko.
Dzisiaj ludzie mogą mówić, że wyżej wymienione cechy idealnie pasują do sylwetek takich piłkarzy, jak: Lionel Messi, Cristiano Ronaldo czy Gareth Bale. Jednak gdy cofniemy się w czasie o kilkadziesiąt lat do momentu kiedy na ekrany kin w Wielkiej Brytanii wchodził pierwszy film o Jamesie Bondzie zobaczymy, że w pewnej londyńskiej drużynie rządził i dzielił Johnny Haynes, którego śmiało można określić jedną z największych gwiazd na Wyspach poprzedniego stulecia. Od początku kariery był wierny jednemu klubowi. Koszulkę z herbem Fulham nosił dumnie przez 18 lat. Choć słowa „dumnie” nie należy w tym wypadku traktować dosłownie. W zespole nie był traktowany jak dobry kolega. Podczas ligowych zmagań był typowym przykładem bezczelnego gracza. Zawsze kiedy partnerzy nie byli w stanie nadążyć za jego akcjami i dopasować się do jego zamiarów opierał ręce na biodrach, krzycząc do nich: „Co wy odpieprzacie?!”. W ten sposób lider ekipy „The Cottagers” stosował nagonkę na ludzi, którzy grali wokół niego jak patałachy. Czasami było tak, że nic nie mówił. Milczał, stał w miejscu i po prostu kładł dłonie na biodrach, wywierając wrażenie, jakby wzrokiem chciał oskarżycielko przemówić do winowajców po zmarnowaniu dogodnych akcji pod bramką rywala.
Jeden z goli Haynesa na Craven Cottage (fot. Fourfourtwo.com)
Zacznijmy jednak od początku życia Johnny’ego. Haynes przyszedł na świat 17 października 1934 roku w dzielnicy Londynu Kentish Town. Przez całe dzieciństwo dorastał jako przeciętny chłopiec. Starał się cieszyć życiem jak każdy inny członek prostej rodziny. Choć wiadomo, że II wojna światowa zmieniła rzeczywistość. Po zakończeniu działań zbrojnych w maju 1945 roku Haynes mógł się jednak spokojnie skupić na edukacji i pasji grania w piłkę. Pięć lat później Fulham przyjęło ucznia szkoły w Edmontonie do szkółki piłkarskiej. W krótkim czasie zbierał doświadczenie dzięki wypożyczeniom do innych klubów z niższych lig. Za każdym razem trafiał do amatorki, ale właśnie tam miał okazję do pokazania swoich wybitnych umiejętności. Zawodowym piłkarzem stał się w maju 1952 roku. Ostatecznie zdecydował się na odgrywanie roli wspierającego napastnika. Być może mógłby rozpocząć profesjonalną karierę wcześniej, jednak w latach 50. wiek 17 lat był najniższym progiem do legalnego zakontraktowania zawodnika. Pierwszy kontakt z profesjonalną piłką zaliczył dopiero po ukończeniu 18. roku życia. Już wtedy jako jeden z nielicznych nastolatków cieszył się popularnością wśród innych ekip z wysp. Jednakże jego rozum mówił dobitnie i wyraźnie – nie ma takiej możliwości. Od razu pożegnał zainteresowanych włodarzy słowami, że jego przyszłość to Fulham. I tak zostało.
Dzięki pełnemu skupieniu na londyńskim klubie i podtrzymaniu kunsztu, Haynesa zauważył ówczesny selekcjoner reprezentacji Anglii, Walter Winterbottom. Kiedy piłkarz otrzymał powołanie do drużyny narodowej automatycznie stał się pierwszym zawodnikiem, który rozgrywał mecze dla „Trzech Lwów” na każdym szczeblu – młodzieżówka, U-23, klasa B, a także ostatni poziom w pierwszym składzie. Już w debiutanckim starciu z Irlandią Północną w Belfaście 2 października 1954 roku pokazał swój ogromny potencjał, dodatkowo strzelając gola w zwycięskim spotkaniu. Aczkolwiek jego wielkie dni były dopiero przed nim. Prawdziwe oblicze piłkarza w reprezentacyjnej obsadzie grającego rolę, jak się zwykło mówić w dzisiejszych czasach, typowej „dziesiątki” zostało ujawnione cztery lata potem. Było to spotkanie towarzyskie z istniejącym jeszcze wtedy Związkiem Radzieckim na Wembley. Anglicy byli wtedy świeżo po nieudanych mistrzostwach świata, z których odpadli w fazie grupowej. W niej jako rywali mieli właśnie Sowietów, którzy pokonali ich w play-offach o grę w fazie pucharowej. W październiku 1958 roku chcieli się koniecznie odgryźć za tamte czasy. Odwet się udał, bo skończyło się na aż 5:0 dla gospodarzy. Pomimo iż podopieczni Winterbottoma w pierwszej części gry dosyć rozczarowali, to tuż przed przerwą prowadzenie dał im nie kto inny jak właśnie Haynes, który odpalił rakietę pod poprzeczkę. Druga odsłona była pokazem bajecznej gry asa Fulham, który dwoma strzałami z dystansu dorzucił kolejne gole, kompletując hat-tricka. Wtedy karierę w reprezentacji rozpoczynał sir Bobby Charlton, ale to swoją drogą. Dzień po tym widowisku nagłówki gazet rozwlekały się na pół strony, żeby wyróżnić nazwisko Johnny’ego wraz ze zdjęciem. Można go było wtedy porównywać z Davidem Beckhamem pod względem stylu gry. Ach, ta jego wyjątkowa zdolność do rozgrywania piłek… Niektórzy nadali mu nawet miano „intryganta”, choć był tylko wspierającym atakującym, czyli – mówiąc współcześnie – ofensywnym pomocnikiem.
Był jeszcze jeden taki mecz, po którym w szczególności go zapamiętano – pojedynek Anglii ze Szkocją w 1961 roku zakończony pogromem 9:3. Haynes mianowany wtedy kapitanem drużyny zdobył dwa gole, ale przede wszystkim należy docenić jego szybkość i rozdawanie kart w ofensywie. To właśnie w głównej mierze dzięki niemu Szkoci poczuli się jak w piekle. W szczególności jego współpraca z Jimmym Greavesem i Bobbym Smithem była na najwyższym poziomie. Na papierze wyglądało to wręcz śmiercionośnie. Był to już jednak ostatni tak świetny występ Johnny’ego w koszulce reprezentacji. Po zwolnieniu Winterbottoma i zatrudnieniu Alfa Ramseya, który nie lubił powoływać graczy zadufanych i podchodzących do sprawy nonszalancko, w kadrze już nigdy nie znalazło się miejsca dla Haynesa. Jego kariera w reprezentacji zakończyła się zatem już w wieku 28 lat.
Mogło być mu potem szkoda, że nie chciał zmienić swojego wizerunku z zarozumiałego, malowanego faceta na jakiś lepszy model. Cóż to było za przeznaczenie, kiedy Ramsey przekazał opaskę kapitańską Bobby’emu Moore’owi, a Charlton odgrywał rolę Johnny’ego. Tak się złożyło, że cztery lata później Anglia celebrowała zdobycie mistrzostwa świata na własnym gruncie. Strzelam, że gdybym żył w tamtych czasach i był dobrym przyjacielem Haynesa – zakładając, że w ogóle dałoby się z nim nawiązać przyjaźń – wyszeptałby mi, że guzik go ten triumf obchodzi. On miał w życiu inne cele oraz inne przyjemności. To właśnie w jego ciągnącej się przygodzie piłkarskiej doszło do pewnego przełomu, którego macie prawo nie pamiętać. To była furtka do świata futbolu, w którym obecnie żyjemy, czytając różne nowinki, plotki, ploteczki transferowe z wypisywanymi kwotami oferowanymi przez kluby za piłkarzy. Na pewno Johnny chciałby dożyć tych czasów, zaufajcie mi. Choć kiedy rozegrał ostatni mecz na MŚ w 1962 roku przeciwko Brazylii, a jego zespół przegrał w ćwierćfinale 1:3, doczekał się wielkiego słowa uznania od samego Pelego. Brazylijczyk powiedział o nim, że jest najlepszym rozgrywającym, jakiego kiedykolwiek widział.
Wejdźmy w początek lat 60., kiedy natura tej dyscypliny zaczęła się przeobrażać w piękno materialne. Oczywiście nie można było wtedy odmawiać ogromnego talentu Haynesowi. Teraźniejszemu młodemu pokoleniu trudno jest wyrazić to, jak wielkim piłkarzem był. On potrafił zagrać piłkę do partnera z nieludzką dokładnością z odległości nawet 50 metrów tak, że futbolówka wylądowała wprost na czubku buta. Umiał też strzelać nieprawdopodobne gole z ostrego kąta z 30 metrów od bramki. Niejednokrotnie w drużynie dowodził swoją armią jako kapitan, prowadząc Fulham do niesamowitych zwycięstw.
Wyrzeźbiona figura przedstawiająca Haynesa przy stadionie Fulham (fot. Theinsideleft.com)
W tamtych czasach zawodników uważano za stanowczych, twardych przy podejmowaniu konkretnych decyzji. Było nie do pomyślenia, aby właściciele klubów ulegli żądaniom piłkarzy. A jednak 18 stycznia 1961 roku główny boss skapitulował. Ten dzień można obecnie uznać za święto wyzwolenia. Wówczas piłkarz wynegocjował tygodniówkę większą niż 20 funtów na siedem dni. Wielu wyobrażało sobie, że jego kieszeń wypełni się co najwyżej dwukrotnie większą stawką. Zapamiętajcie sobie, że to w Fulham zawrzał kocioł rewolucji, która wybuchła dzięki niemu. Właściciel „The Cottagers”, Tommy Trinder musiał wysłuchać skarg i ubolewań Haynesa, nie chciał bowiem dać mu podwyżki. Kiedy jednak do zarządu zaczęły wpływać oferty od najlepszych ekip Starego Kontynentu, a w szczególności z AC Milan, który wykładał na stół 80 tysięcy funtów, Haynes mógł się stać najdroższym i najlepiej opłacanym piłkarzem na świecie. Ale Trinder nie pozwolił, żeby największa postać, zarozumiała, lecz jakże świetna, mogła ot tak zniknąć z płyty boiska. I wiecie co Trinder powiedział Johnny’emu? Role się odwróciły i to Tommy proszącym, wręcz błagalnym, głosem dał mu propozycję nie do odrzucenia. Nawet Johnny nie musiał się nad nim litować. Taki był z niego negocjator, że w połowie stycznia jako pierwszy zawodnik w historii futbolu przełamał barierę zarobkową, od tej pory inkasując 100 funtów tygodniowo. Bum, wybuchło! Trinder, tłumacząc się w wywiadzie dla prasy, odpowiedział: – Wiecie dlaczego? Bo właśnie tyle jest dla nas wart. Głos w tej sprawie zabrał także znany z wysokiego mniemania o sobie Haynes, ale dopiero wtedy, gdy był już na emeryturze: – Niesamowite! Wcześniej dostawałem tysiąc funtów za grę dla Fulham i półtora tysiąca za trzydniową sesję zdjęciową do gazety. Miałem także kontrakt promocyjny z firmą mleczarską. Byłem dosyć bogaty. Na miłość boską, w końcu też kupiłem sobie przyzwoitą furę! – gdyby nakręcić film o tym zdarzeniu, powstałaby dobra komedia.
Chciwość nie prowadzi jednak w dobrą stronę. Kariera malowanego chłopaka została przerwana na dłuższy czas z powodu wypadku samochodowego, który przytrafił mu się na przechadzce w Blackpool. Kiedy sportowe auta powracały z imprezy do hotelu, jeden samochód uderzył kolejny, w którym pasażerem był człowiek klubu. Haynes połamał kości w obu stopach, a na dodatek ucierpiało także jedno kolano. Johnny szczegółowo opowiadał później o tym wypadku. Zdradził w rozmowie, że kiedy oficer policji przybył na miejsce zdarzenia, uspokajał konającego z bólu piłkarza, mówiąc: – Nie martw się, synu, masztylkozłamane nogi. Ta noc zadecydowała o tym, że zawodnik musiał się kurować przez ponad rok. Niestety już nigdy nie odzyskał dawnej formy. Żadne zabiegi, żadne zaklęcia nie przywróciły mu jego poziomu. Gwiazda straciła blask. Jego następne hat-tricki nie były już tak zjawiskowe. Był takim samolubem, że kiedy nadarzała się okazja do strzelenia bramki z rzutu karnego, zawsze brał tę odpowiedzialność na siebie. Wszystko, aby udowodnić swoją wartość nawet wtedy, kiedy jego zespół prowadził wysoko. W prawie 600 występach dla „The Cottagers” ustanowił strzelecki rekord 148 bramek, który pobił dopiero w 1989 roku Gordon Davies. Jednakże Haynes nie był typowym zawodnikiem od łowienia bramek. Zawsze w wywiadach podkreślał, że chce być doskonały przy zagrywaniu długich piłek. Zdradził nawet sekret swoich perfekcyjnych podań – często udoskonalał umiejętności, trenując w samotności. Wieszał ręcznik przed budynkiem zarządu klubu i posyłał tam piłki z samego środka boiska.
Po tym, jak przygoda piłkarska nie była już dla niego taka ciekawa w 1968 roku doświadczył nowej roli. Został bowiem mianowany grającym trenerem. Jednakże Haynes nigdy nie miał takich ambicji. Dwa lata później, w wieku 35 lat, postanowił zakończyć wielką karierę. Potem poleciał jeszcze do RPA, aby pomieszkać tam przez jakiś czas. Długo po zakończeniu rozdziału z futbolem był ogromnie popularną i szanowaną postacią w klubie, w którym kibice Fulham nadali mu pseudonim „Maestro”. Do dziś możemy się zgadzać z takim przydomkiem, bo wielu piłkarzy porównuje się właśnie do niego, szczególnie tych z Wysp Brytyjskich. Przede wszystkim zapamiętano go nie tylko dzięki umiejętnościom i ogromnemu talentowi, ale także ze względu na wspomnianą skłonność do irytacji w stosunku do chłopaków z zespołu. W 1984 roku zamieszkał w Edynburgu, gdzie spędził resztę życia. Ktoś z was w komentarzu może zapytać: no dobra, a gdzie w tym tekście wymieniono jego sukcesy? Ja wam odpowiem, ile ich było – zero. To był piłkarz, który nie świętował żadnego triumfu klubowego. Nie było takiej opcji, w pojedynkę nie mógł tego uczynić. Odniósł jednak osobisty sukces – był przecież wystarczająco bogaty i wreszcie miał porządne auto.
Śmiało można powiedzieć, że Johnny Haynes był po prostu najlepszym piłkarzem w historii Fulham. Ze świecą można było szukać takiego wspierającego napastnika jak on. Jego nonszalancki charakterek i połamanie nóg po wypadku nie pozwoliły mu jednak cieszyć się z wygrania mundialu wraz z reprezentacją. W 71. urodziny Haynes podróżował samochodem po stolicy Szkocji. Nagle nastąpił wylew krwi do mózgu. Auto zmieniło kierunek, jadąc w stronę ludzi na chodniku, jednak na szczęście skończyło się tylko na tym, że uderzyło w budynek. Reanimacja lekarzy zaczęła się błyskawicznie. Po 30 godzinach Haynes się jednak nie wybudził, wszystkie organy przestały pracować i dzień po wypadku stwierdzono zgon. No i co żeś odpieprzył, Johnny?
Umarł król, niech żyje król! Na jego cześć kibice postanowili już po miesiącu nazwać jedną z trybun jego imieniem i nazwiskiem, a w trzecią rocznicę jego śmierci postanowiono odsłonić pomnik, który dumnie stoi z rękami opartymi na biodrach. To już jednak nie jest żaden oskarżycielski przekaz płynący z wyrzeźbionej figury. Jego poświęcenie, umiejętności, gracja i czar, zarówno w czasie profesjonalnej kariery, jak i po zawieszeniu butów na kołku, są przykładem dla wielu obecnych piłkarzy. Jego geniusz został pięknie doceniony. Tylko nieuzasadniona zarozumiałość jest uzasadniona. Niektórzy za jego życia coś o tym wiedzieli.