W cyklu „Futbol jest wielki” opisywaliśmy już wspaniałe mecze. Rozpływaliśmy się nad grą poszczególnych drużyn i analizowaliśmy całe turnieje. Dziś czas na wydarzenie o niebo krótsze, bo tylko trzyminutowe.
Drogi czytelniku, wyobraź sobie drużynę, której piłkarze w dniach wolnych od spotkań wypijają ilość alkoholu, która przez lekarzy uważana jest za śmiertelną. Wyobraź sobie sztab szkoleniowy, który owym piłkarzom wynajmuje prostytutki. Wyobraź sobie medyków, którzy leczą jedynie okładami i speców do rozpracowywania rywali, którzy obserwacji dokonują, włamując się do ośrodków treningowych.
Wyobraziłeś sobie? Dobrze.

Teraz wyobraź sobie piłkarza o nogach krzywych jak gałęzie wyjątkowo starganego wiatrami drzewa, gracza, któremu warunki fizyczne powinny uniemożliwiać grę w piłkę, którego nieleczone kolana zdają się tykającą bombą. Analfabetę, alkoholika i sodomitę, który o dyscyplinie nie słyszał nigdy, a nawet jeśliby słyszał, toby szybko zapomniał.
Wyobraź sobie, drogi czytelniku, także drugiego zawodnika. Dzieciaka ledwo siedemnastoletniego, który ledwie od roku bawi się w prawdziwe granie w piłkę. Futbolistę, którego zbadany przez lekarzy poziom rozwoju emocjonalnego kazał raczej zostawić go w domu niż wystawiać w pierwszym składzie. Człowieka, który mówi gwarą właściwą rolnikom z zapadłej prowincji. Kogoś niemal niepiśmiennego. Kogoś, kto rywali boi się tak bardzo, że nie śpi po nocach.
Na koniec wyobraź sobie trzeciego gracza. Najstarszego, najbardziej doświadczonego. Według wspomnianych już lekarzy człowieka nieprzeciętnie inteligentnego i dojrzałego. Lidera pełną gębą. Gracza mającego lekkie problemy z alkoholem, ale stroniącego od domów publicznych – wszystko przez żonę zazdrosną do szaleństwa. Wynalazcę techniki kopania futbolówki, jaką dziś z lepszym lub gorszym skutkiem naśladuje Cristiano Ronaldo.
O kim mowa? Pewnie się, drogi czytelniku, domyśliłeś.
Tą drużyną jest Brazylia, tymi piłkarzami kolejno Garrincha, Pele oraz Didi.
Jest rok 1958 i nasi bohaterowie są w Szwecji, w Goeteborgu przygotowują się do meczu ze Związkiem Radzieckim. To będzie ich ostatnie spotkanie w grupie, a jeśli przegrają, ostatnie na tym mundialu. Wcześniej gładko pokonali Austrię i bezbramkowo zremisowali z Anglią. Mecz z ZSRR miał być najtrudniejszym sprawdzianem dla chłopaków Vicente Feoli. Z dwóch powodów. Pierwszym była siła fizyczna i bezkompromisowość przybyszów z Moskwy, drugim był Lew Jaszyn. To jego Pele bał się tak bardzo, że musiał go pocieszać Nilton Santos. Legendarny defensor zapewnił późniejszego króla futbolu, że golkiper Związku Radzieckiego jest tylko człowiekiem i że można go pokonać. Osoba Jaszyna nie była jedynym zmartwieniem czarnoskórego snajpera. Nadchodzący mecz miał być jego debiutem na mistrzostwach – dwa poprzednie spotkania przegapił z powodu kontuzji. Pierwszy raz zagrać miał też Mane Garrincha, który w starciach z Anglią i Austrią udziału nie wziął na skutek decyzji trenera. Feola obawiał się po części rzeźnickich zapędów defensorów rywali, po części zaś błazeńskich zapędów swojego podopiecznego.











