Pewnie niewielu z Was pamięta czasy, kiedy to Olympique Marsylia rozdawał karty nie tylko na własnym podwórku, ale też i w Europie. Ja też ich nie pamiętam. Ledwo co pojawiłem się wtedy na świecie. A jest o czym wspomnieć. Ponad 25 lat temu do klubu z Lazurowego Wybrzeża przybył pewien człowiek, który sprawił, że OM stał się potęgą. Potęgą, której bali się wszyscy. Nikt wtedy jednak nie przypuszczał, że ta sama osoba, która zaprowadziła marsylczyków na szczyt, upokorzy ich i zepchnie w przepaść. Na samo dno…
Bernard Tapie – bo o nim mowa, jest twórcą największego sukcesu Olympiqe Marsylia i zarazem największego skandalu w historii klubu. Stworzył niepokonany we Francji zespół, który przez lata wygrywał niemalże wszystko. Celem jednak był podbój Starego Kontynentu. Misja ta zakończyła się powodzeniem i OM jako pierwszy (i na razie ostatni) francuski klub zdobyła Puchar Mistrzów. Piękny sen „Les Phoceens” trwał jednak tylko pięć lat, zanim zamienił się w koszmar. Ale po kolei.
Kwiecień, rok 1986. Do klubu przybywa nowy prezes – Bernard Tapie. Francuski biznesmen, polityk, a nawet aktor. Jego zadaniem było odbudowanie potęgi Olympique, który przeżywał lata posuchy. Mówiono o nim playboy, mówiono, że showman, ale jedno trzeba było mu przyznać – miał zmysł organizacji. Na marketingu i odpowiednim wydawaniu pieniędzy znał się jak mało kto. Jednocześnie uszczuplając klubową kasę i kontraktując nowych piłkarzy, uzupełniał ją od nowa, podsycając medialne spory i zwiększając popularność klubu. Z początku sceptycznie nastawieni kibice zauważyli, że ten mechanizm naprawdę działa i ma szanse powodzenia.
Tapie wziął sobie poważnie do serca powierzoną mu misję i od razu zabrał się do roboty. Jean-Pierre Papin, Abedi Pele, Didier Deschamps, Basile Boli, Marcel Desailly, Rudi Voller, Chris Waddle, Eric Cantona. To tylko niektóre nazwiska, które pojawiły się na Stade Velodrome za sprawą Francuza. Efekty przyszły dużo szybciej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać.
Sezon 1988/1989. Olympique Marsylia robi pierwszy krok w drodze na szczyt, zdobywając dublet. W Ligue 1 przegrał zaledwie pięć spotkań, a w finale Pucharu Francji okazał się lepszy od AS Monaco. Kibice i zarząd byli wniebowzięci. A po takich wzmocnieniach oczekiwali dalszych sukcesów, nie tylko na krajowym podwórku, ale i w Europie.
Puchar Europy Mistrzów Klubowych – pod taka nazwą wtedy rozgrywane były najbardziej prestiżowe mecze w europejskiej piłce. Marsylczycy pewni siebie, po licznych wzmocnieniach, stają naprzeciw wielkiemu wyzwaniu. Francuzom nie udało się jednak zwyciężyć w tych rozgrywkach. Wygrywając po drodze z takimi zespołami, jak: Brondby IF, AEK Ateny czy CSKA Sofia, zatrzymali się na półfinale i na zespole Benfiki Lizbona, z którym przegrali w kontrowersyjnych okolicznościach. Półfinał najważniejszych klubowych rozgrywek piłkarskich, ile drużyn marzy o takim osiągnięciu – dla OM była to jednak porażka. Drugie z rzędu mistrzostwo Francji cieszyło trochę mniej i było raczej nagrodą pocieszenia.
Na początku następnego sezonu klub zapowiedział kolejny sukces w Ligue 1 i próbę zdobycia Pucharu Mistrzów. Z pierwszym zadaniem nie było problemu. Olympique znów nie miał sobie równych w lidze i pewnie wygrał rozgrywki. Za to Puchar Mistrzów dostarczył znacznie więcej emocji niż w zeszłym roku. Marsylczycy dotarli aż do finału, w którym mieli się zmierzyć z Crveną Zvezdą Belgrad. Po 120 minutach gry mecz był nierozstrzygnięty, a na tablicy wyników widniało 0:0. O wszystkim miały decydować karne. W konkursie „jedenastek” lepsi okazali się zawodnicy z Belgradu, wygrywając 5:3. Kolejny raz Marsylia musiała obejść się smakiem.










