Wyobraźcie sobie łąkę pełną kwiatów. Widzicie ją? Większość z nich rozkwita powoli, magazynując promienie słoneczne i krople wody. Mozolnie pną się do góry, by kiedyś zachwycić tych, którzy wręcz kochają podziwiać kwiaty. Na tej łące jest jeden kwiat, który rozwinął się błyskawicznie szybko i zachwycał wszystkich już wtedy, kiedy inne ledwo odrosły od ziemi. W piłce nożnej jest podobnie, czasem rodzą się talenty, które nie potrzebują czasu, po prostu są. Taki był Marco van Basten.
Kiedy byłem małym chłopcem, około dziesięcioletnim, wspólnie z rówieśnikami często spotykaliśmy się, by pograć w piłkę i nadawaliśmy sobie boiskowe pseudonimy. Wówczas Diego Maradona nie był już tak wielką postacią, ze względu na aferę kokainową, ale zawsze znalazł się ktoś, kto chciał być „boskim Diego”. Inni podawali się za Baggio, Papina, zdarzał się też Koeman, ale zazwyczaj kilka osób musiało stoczyć bój o Marco van Bastena. Najczęściej było tak, że o to, kto będzie nazywany jego nazwiskiem, trzeba było stoczyć pojedynek na żonglerki. Czym sobie na to zapracował Marco? Opowiadać można godzinami.

Zacząć należy od tego, że Marco, albo raczej Marcel, van Basten, przyszedł na świat 31 października 1964 roku w Utrechcie. Tam rozpoczynał swoją piłkarską karierę w lokalnych EDO i UVV. Już jako junior pokazywał swój ogromny potencjał. Strzelanie kilku goli w jednym meczu było dla niego chlebem powszednim. Zdarzało się też, że trafiał nie kilka, ale kilkanaście razy. Był jak kwiat, który zakwitł kilka miesięcy wcześniej, niż się tego spodziewano, spychając inne kwiaty głęboko w cień. Nic dziwnego, że w 1981 roku zakochał się w nim Ajax Amsterdam. Marco dość szybko, bo już rok później, zadebiutował w pierwszej drużynie, zmieniając w meczu z NEC Nijmegen samego Johana Cruyffa. Na dodatek nieopierzony młodzian strzelił gola, co pozwoliło mediom ogłosić wszem i wobec narodziny nowej gwiazdy. Cruyff po tym sezonie odszedł do Feyenoordu, więc Marco był szczególnie obserwowany przez dziennikarzy, a kibice oczekiwali od niego więcej niż od innych.
W drugim sezonie młody napastnik wypracował sobie miejsce w podstawowym składzie, strzelając dziewięć goli w 21 meczach. Przez cały sezon czuł oddech WIma Kiefta, który uchodził za równie utalentowanego snajpera co Marco. Rok później był już niekwestionowaną gwiazdą Ajaksu i całej ligi holenderskiej. 28 bramek w 26 występach musi budzić podziw, ale w sezonie 1983/1984 miało miejsce jeszcze jedno ważne dla piłkarza wydarzenie. Marco van Basten w spotkaniu z Feyenoordem Rotterdam przyćmił swojego mistrza, Johana Cruyffa. Za sprawą 19-letniego snajpera, który popisał się hat-trickiem, zespół „boskiego Johana” doznał frustrującej klęski 2:8. W tym samym sezonie Marco popisał się też innym niecodziennym wyczynem, strzelił pięć goli w meczu z Dordrechtem. Co będzie się działo za pięć lat? Takie pytania zadawali sobie eksperci.













