Wyobraźcie sobie łąkę pełną kwiatów. Widzicie ją? Większość z nich rozkwita powoli, magazynując promienie słoneczne i krople wody. Mozolnie pną się do góry, by kiedyś zachwycić tych, którzy wręcz kochają podziwiać kwiaty. Na tej łące jest jeden kwiat, który rozwinął się błyskawicznie szybko i zachwycał wszystkich już wtedy, kiedy inne ledwo odrosły od ziemi. W piłce nożnej jest podobnie, czasem rodzą się talenty, które nie potrzebują czasu, po prostu są. Taki był Marco van Basten.
Kiedy byłem małym chłopcem, około dziesięcioletnim, wspólnie z rówieśnikami często spotykaliśmy się, by pograć w piłkę i nadawaliśmy sobie boiskowe pseudonimy. Wówczas Diego Maradona nie był już tak wielką postacią, ze względu na aferę kokainową, ale zawsze znalazł się ktoś, kto chciał być „boskim Diego”. Inni podawali się za Baggio, Papina, zdarzał się też Koeman, ale zazwyczaj kilka osób musiało stoczyć bój o Marco van Bastena. Najczęściej było tak, że o to, kto będzie nazywany jego nazwiskiem, trzeba było stoczyć pojedynek na żonglerki. Czym sobie na to zapracował Marco? Opowiadać można godzinami.
Marco van Basten (fot. Skysports.com)
Zacząć należy od tego, że Marco, albo raczej Marcel, van Basten, przyszedł na świat 31 października 1964 roku w Utrechcie. Tam rozpoczynał swoją piłkarską karierę w lokalnych EDO i UVV. Już jako junior pokazywał swój ogromny potencjał. Strzelanie kilku goli w jednym meczu było dla niego chlebem powszednim. Zdarzało się też, że trafiał nie kilka, ale kilkanaście razy. Był jak kwiat, który zakwitł kilka miesięcy wcześniej, niż się tego spodziewano, spychając inne kwiaty głęboko w cień. Nic dziwnego, że w 1981 roku zakochał się w nim Ajax Amsterdam. Marco dość szybko, bo już rok później, zadebiutował w pierwszej drużynie, zmieniając w meczu z NEC Nijmegen samego Johana Cruyffa. Na dodatek nieopierzony młodzian strzelił gola, co pozwoliło mediom ogłosić wszem i wobec narodziny nowej gwiazdy. Cruyff po tym sezonie odszedł do Feyenoordu, więc Marco był szczególnie obserwowany przez dziennikarzy, a kibice oczekiwali od niego więcej niż od innych.
W drugim sezonie młody napastnik wypracował sobie miejsce w podstawowym składzie, strzelając dziewięć goli w 21 meczach. Przez cały sezon czuł oddech WIma Kiefta, który uchodził za równie utalentowanego snajpera co Marco. Rok później był już niekwestionowaną gwiazdą Ajaksu i całej ligi holenderskiej. 28 bramek w 26 występach musi budzić podziw, ale w sezonie 1983/1984 miało miejsce jeszcze jedno ważne dla piłkarza wydarzenie. Marco van Basten w spotkaniu z Feyenoordem Rotterdam przyćmił swojego mistrza, Johana Cruyffa. Za sprawą 19-letniego snajpera, który popisał się hat-trickiem, zespół „boskiego Johana” doznał frustrującej klęski 2:8. W tym samym sezonie Marco popisał się też innym niecodziennym wyczynem, strzelił pięć goli w meczu z Dordrechtem. Co będzie się działo za pięć lat? Takie pytania zadawali sobie eksperci.
Kolejne lata w Holandii to jeden wielki koncert strzelecki van Bastena. Strzelał gole na zawołanie, wydawało się, że dla niego wyjście na pozycję i oszukanie bramkarza jest równie łatwe jak posmarowanie bułki masłem. Trafiał głową, lewą, prawą nogą, po strzałach z dystansu, po minięciu rywala dryblingiem, lobem, szczurem, strzelał chyba na wszystkie możliwe sposoby. W sezonie 1985/1986 Marco strzelił aż 37 bramek w 26 meczach! Jego dorobek powala na kolana, ale przecież statystyki to nie wszystko. Żeby docenić jego kunszt, trzeba zobaczyć styl, w jakim zdobywał bramki. W tym okresie geniusz z Utrechtu dopracował do perfekcji strzał przewrotką, a jedno z jego uderzeń na stałe trafiło do rankingów najpiękniejszych bramek w historii futbolu. Jak się później okaże, nie było to ostatnie trafienie Holendra, które zasłużyło na takie miano. W kolejnym sezonie zdobył 31 bramek w 27 meczach oraz poprowadził swój zespół do triumfu w Pucharze UEFA, po czym stał się bohaterem jednego z najgłośniejszych transferów w latach 80. Maszynka do strzelania bramek powędrowała z Ajaksu do Milanu, by tam czarować swoją nadzwyczajną skutecznością. Nie było opcji, by czterokrotny król strzelców Eredivisie, trzykrotny mistrz kraju i zdobywca Pucharu Holandii oraz zdobywca Złotego Buta zawiódł w lidze włoskiej. W końcu zdobył aż 128 goli w 133 meczach w lidze holenderskiej! Niestety w tym momencie coś się nagle zacięło.
Marco van Basten, jedna z największych legend Milanu (fot. Acmilan.com)
Kiedy Marco van Basten przechodził do Milanu, miał już za sobą kilka występów w reprezentacji kraju, ale raczej nie decydował o jej obliczu. Pierwszy sezon w Milanie nie wyszedł mu najlepiej i zaczęto podejrzewać, że jest to piłkarz, który może błyszczeć tylko na swoim podwórku, a nie w najtrudniejszej lidze świata, za jaką uchodziła wówczas Serie A. Powodem takiego stanu rzeczy była kontuzja kostki, która prześladowała holenderskiego asa niemal przez cały sezon i pozwoliła mu wystąpić tylko w 11 spotkaniach. Wyglądało na to, że Marco przegapi też mistrzostwa Europy, w których Holandia zebrała całkiem solidną ekipę z Ruudem Gullitem czy Frankiem Rijkaardem na czele. Ostatecznie Rinus Michels zabrał go na turniej, ale w pierwszym spotkaniu z ZSRR nie umieścił w wyjściowym składzie. Van Basten wszedł w 59. minucie za Vanenburga i miejsca w składzie już nie oddał. Holandia przegrywała wówczas 0:1, a nasz bohater o mały włos nie doprowadził do wyrównania, skończyło się jednak na trafieniu w poprzeczkę po strzale głową. Co by było, gdyby grał od początku? Nie wiadomo. W meczu z Anglią wyszedł na boisko już od pierwszego gwizdka sędziego i wygrał to spotkanie niemal w pojedynkę, strzelając trzy gole. Warto też wspomnieć, że zwycięstwo w trzecim meczu fazy grupowej nad Irlandią zapewnił wspomniany wcześniej Wim Kieft. W kolejnej fazie czekali żądni sukcesu po przegranym finale mistrzostw świata piłkarze RFN. Byli gospodarzami turnieju, więc stawiano ich w roli faworytów. I rzeczywiście, rzut karny Matthaeusa wyprowadził ich na prowadzenie, ale kwadrans później w taki sam sposób gola zdobył Rijkaard. Na dwie minuty przed końcem Marco van Basten zemścił się za przegrany finał mistrzostw świata w 1974 roku i pakując piłkę do siatki ofiarnym wślizgiem, wyrzucił niemiecką maszynę za burtę. W finale naprzeciwko drużyny „Oranje” stanęła ekipa Związku Radzieckiego, która wcześniej poskromiła pomarańczową maszynę. Tym razem było jednak zupełnie inaczej, rywala napoczął Gullit, a dobił van Basten, który wspaniałym lobem z narożnika pola karnego nie tylko dał Holendrom złoto mistrzów Europy, ale też wpisał się na stałe do historii futbolu. Bramka-marzenie. To był moment, który przekonał wszystkich, że van Basten jest wielki. Ale czy to było apogeum jego możliwości? Zdecydowanie nie.
Po wspaniałym turnieju van Basten wrócił do Włoch i przy wsparciu Ruuda Gullita i Franka Rijkaarda zafundował temu klubowi najwspanialszą erę w historii. W sezonach 1988/1989 i 1989/1990 Milan nie wygrywał ligi, ale sięgał po Puchar Mistrzów. Marco był głównym architektem tych sukcesów, strzelając łącznie w lidze i pucharach 55 goli. Sięgnął w tym czasie po tytuł króla strzelców, Puchar Interkontynentalny, Superpuchar Europy, dosłownie wszystko, czego piłkarska dusza sobie zażyczy. Wydawało się, że na arenie klubowej osiągnął wszystko, ale jemu wciąż było mało, chciał strzelać jeszcze częściej i wygrać jeszcze więcej. Za swoje boiskowe dokonania został nagrodzony Złotą Piłką za rok 1988 i 1989, zabrakło mu tylko sukcesu na mistrzostwach świata, na których Holandia zagrała wyjątkowo mizernie i już w 1/8 finału odpadła po meczu z ekipą późniejszych mistrzów świata – RFN.
Po mistrzostwach świata przyszedł kolejny słabszy sezon, lecz następny był być może najlepszy w karierze bramkostrzelnego Holendra. Kto wie, czy nie był też najgorszy, ale o tym za chwilę. Milan po trzyletniej przerwie odzyskał tytuł mistrza Włoch, a Marco zdobył 25 bramek, bezsprzecznie zwyciężając w wyścigu po koronę króla strzelców. W pierwszej połowie kolejnego sezonu jego skuteczność nie malała, a apogeum tej szalonej ery był mecz Ligi Mistrzów z Göteborgiem, w którym nasz bohater strzelił cztery gole, w tym jednego po wspaniałej przewrotce. Sukcesu nie przyniosły tylko mistrzostwa Europy w 1992 roku, które były chyba najdziwniejsze z wszystkich, jakie były do tej pory rozgrywane. Wygrali je Duńczycy, którzy mieli na turniej nie jechać, a Holandia po niezwykle emocjonującym półfinale odpadła po rzutach karnych z późniejszym triumfatorem. Co ciekawe, w serii „jedenastek” pomylił się właśnie van Basten. To nie przeszkodziło jednak supersnajperowi w sięgnięciu po trzecią Złotą Piłkę. Jeśli zsumujemy te nagrody, to zobaczymy, że nasz bohater dorównał dokonaniami takim asom jak Johan Cruyff czy Michel Platini.
Marco van Basten (fot. Thelionspitch.com)
Miał 28 lat, kiedy wchodził w sezon 1992/1993 i wciąż był niezawodną maszynką do strzelania bramek. Nazywano go już wtedy „Marco Unico”, nawiązując do jego unikalnego sposobu zdobywania bramek, choć prawda jest taka, że strzelał masę takich, o których kibice na drugi dzień zapominali. Jednak w połowie sezonu stało się coś, co nie tyle zahamowało, ale dramatycznie zatrzymało jego karierę. Van Bastenowi w meczu z Anconą odnowiła się kontuzja kostki. Był wówczas na prostej drodze do kolejnego tytułu króla strzelców, a Milan grał jak z nut i pewnie zmierzał po tytuł mistrzowski i jak później się okazało, do przegranego finału Ligi Mistrzów. Holender nawet wrócił na najważniejszy mecz sezonu z Olympique Marsylia, ale był wówczas cieniem samego siebie. Wówczas jeszcze nie wiedział, że era sukcesów się skończyła i rozpoczął się czas horroru związanego z walką o kolejne kopnięcie piłki. Jak później się okazało – przegraną.
Van Basten się nie poddawał. Trafił pod nóż, ale chirurdzy, mimo wielu prób, nie potrafili znaleźć sposobu na wyleczenie jego kostki. Miał taki charakter, że jeśli raz przegrał, szukał innej drogi, by osiągnąć cel, jeździł więc do Stanów Zjednoczonych i poddawał się kolejnym operacjom. Taką samą niezłomnością wykazywał się, kiedy podejmował rywalizację z przeciwnikiem na boisku, choć tam szło mu zdecydowanie łatwiej. W końcu, wyczerpany emocjonalnie i fizycznie, zdecydował się zakończyć swoją piłkarską karierę. Miało to miejsce 18 sierpnia 1995 roku, podczas turnieju o Puchar Silvio Berlusconiego. Mógł osiągnąć jeszcze wiele, bo przecież wielcy napastnicy potrafią utrzymywać swoją skuteczność nawet do 35 lat. Niestety ówczesne trudy ligi włoskiej uniemożliwiły to van Bastenowi. We Włoszech nie przebierano w środkach, by zatrzymać przeciwnika. Grali tam najlepsi piłkarze świata, więc często jedynym sposobem była brutalna gra. Marco często otrzymywał specjalnego opiekuna, którego celem było osłabienie ścięgna Achillesa czy atak na wspomnianą kostkę. Sam piłkarz po zakończeniu kariery zaproponował zmianę w regulaminie, która przewidywała, że zawodnik dopuszczający się przewinienia po raz szósty musiał zostać zmieniony, co pozwoliłoby na ograniczenie liczby fauli w jednym spotkaniu. Dla napastników byłoby to zbawieniem, dla FIFA okazało się niepotrzebnym pomysłem sfrustrowanego kopacza. W jednym z wywiadów mówił także, że rozważał cofnięcie się w przyszłości na środek pomocy i wspieranie napastników z drugiej linii. Ciekawe, jak by poradził sobie w tej roli.
Podsumowując jego dokonania, doliczymy się, że podczas swojej kariery strzelił 302 gole w 434 meczach (w tym 58 meczów i 24 gole w reprezentacji). Potrzebował na to zaledwie dziesięciu lat, podczas których nie omijały go kontuzje. Potem jeszcze próbował swoich sił jako trener, choć długo bronił się przed tą rolą. Przekonał go kolega z boiska, John van’t Ship, ale jako szkoleniowiec nie osiągnął nawet jednej dziesiątej tego, czego dokonał jako piłkarz.
Jaki był van Basten? Z całą pewnością był wyjątkowy czy, jak mówili włoscy kibice, unikalny. Na pewno nie potrafił być jednym z wielu, musiał być najlepszy. Jego charakter nie pozwalał mu na żaden kompromis. A kiedy już był najlepszy w tym, co robił, szukał sobie nowego celu, do którego mógł dążyć, by być najlepszym. Bycie na topie go motywowało, jednak kiedy już się na nim znalazł, zawsze uważał, że może być jeszcze wyżej, więc łapał wiatr w żagle i z jego pomocą usiłował się wspiąć tam, gdzie nie było jeszcze nikogo. Kiedy już złapał wiatr i wznosił się jeszcze wyżej, musiał pogodzić się z tym, że jego organizm już mu na taki lot nie pozwoli. Kto wie, gdyby nie nieszczęsna kostka, być może byłby dziś na równi z Maradoną i Pele. Bliżej mu jednak do George’a Besta, który pewnie był najlepszym piłkarzem, jaki biegał po boiskach, ale zdecydowanie przedwcześnie zakończył swoją karierę.
Genialny zawodnik, bardzo wyrazista postać. Bez
wątpienia jedna z ikon światowej piłki. Naprawdę
ciekawy tekst!
~
~Marceli
Oj bylo goraco teraz tylko ole! narzeka ze go pupa
boli :)
wszystkiego dobrego w Nowym Roku dla wszystkich
kibicow Chelsea
~M
~Juan Mata
marceli doje***eś :d
~
~bazooka
Gościu znajdź sobie inna strone do pisania takich
wypocin. Widze ze jeszcze zadna laska porzadnie ci
nie obciagneła i lecisz na ręcznym. No ale jak to
mówią „NAJLEPSZA BABA TO WŁASNA GRABA”. POZDRAWIAM
BĘKARCIE Z LICEUM.
Dodaj komentarz
Wyobraźcie sobie łąkę pełną kwiatów. Widzicie ją? Większość z nich rozkwita powoli, magazynując promienie słoneczne i krople wody. Mozolnie pną się do góry, by kiedyś zachwycić tych, którzy wręcz kochają podziwiać kwiaty. Na tej łące jest jeden kwiat, który rozwinął się błyskawicznie szybko i zachwycał wszystkich już wtedy, kiedy inne ledwo odrosły od ziemi. W piłce nożnej jest podobnie, czasem rodzą się talenty, które nie potrzebują czasu, po prostu są. Taki był Marco van Basten.
Kiedy byłem małym chłopcem, około dziesięcioletnim, wspólnie z rówieśnikami często spotykaliśmy się, by pograć w piłkę i nadawaliśmy sobie boiskowe pseudonimy. Wówczas Diego Maradona nie był już tak wielką postacią, ze względu na aferę kokainową, ale zawsze znalazł się ktoś, kto chciał być „boskim Diego”. Inni podawali się za Baggio, Papina, zdarzał się też Koeman, ale zazwyczaj kilka osób musiało stoczyć bój o Marco van Bastena. Najczęściej było tak, że o to, kto będzie nazywany jego nazwiskiem, trzeba było stoczyć pojedynek na żonglerki. Czym sobie na to zapracował Marco? Opowiadać można godzinami.
Marco van Basten (fot. Skysports.com)
Zacząć należy od tego, że Marco, albo raczej Marcel, van Basten, przyszedł na świat 31 października 1964 roku w Utrechcie. Tam rozpoczynał swoją piłkarską karierę w lokalnych EDO i UVV. Już jako junior pokazywał swój ogromny potencjał. Strzelanie kilku goli w jednym meczu było dla niego chlebem powszednim. Zdarzało się też, że trafiał nie kilka, ale kilkanaście razy. Był jak kwiat, który zakwitł kilka miesięcy wcześniej, niż się tego spodziewano, spychając inne kwiaty głęboko w cień. Nic dziwnego, że w 1981 roku zakochał się w nim Ajax Amsterdam. Marco dość szybko, bo już rok później, zadebiutował w pierwszej drużynie, zmieniając w meczu z NEC Nijmegen samego Johana Cruyffa. Na dodatek nieopierzony młodzian strzelił gola, co pozwoliło mediom ogłosić wszem i wobec narodziny nowej gwiazdy. Cruyff po tym sezonie odszedł do Feyenoordu, więc Marco był szczególnie obserwowany przez dziennikarzy, a kibice oczekiwali od niego więcej niż od innych.
W drugim sezonie młody napastnik wypracował sobie miejsce w podstawowym składzie, strzelając dziewięć goli w 21 meczach. Przez cały sezon czuł oddech WIma Kiefta, który uchodził za równie utalentowanego snajpera co Marco. Rok później był już niekwestionowaną gwiazdą Ajaksu i całej ligi holenderskiej. 28 bramek w 26 występach musi budzić podziw, ale w sezonie 1983/1984 miało miejsce jeszcze jedno ważne dla piłkarza wydarzenie. Marco van Basten w spotkaniu z Feyenoordem Rotterdam przyćmił swojego mistrza, Johana Cruyffa. Za sprawą 19-letniego snajpera, który popisał się hat-trickiem, zespół „boskiego Johana” doznał frustrującej klęski 2:8. W tym samym sezonie Marco popisał się też innym niecodziennym wyczynem, strzelił pięć goli w meczu z Dordrechtem. Co będzie się działo za pięć lat? Takie pytania zadawali sobie eksperci.
Kolejne lata w Holandii to jeden wielki koncert strzelecki van Bastena. Strzelał gole na zawołanie, wydawało się, że dla niego wyjście na pozycję i oszukanie bramkarza jest równie łatwe jak posmarowanie bułki masłem. Trafiał głową, lewą, prawą nogą, po strzałach z dystansu, po minięciu rywala dryblingiem, lobem, szczurem, strzelał chyba na wszystkie możliwe sposoby. W sezonie 1985/1986 Marco strzelił aż 37 bramek w 26 meczach! Jego dorobek powala na kolana, ale przecież statystyki to nie wszystko. Żeby docenić jego kunszt, trzeba zobaczyć styl, w jakim zdobywał bramki. W tym okresie geniusz z Utrechtu dopracował do perfekcji strzał przewrotką, a jedno z jego uderzeń na stałe trafiło do rankingów najpiękniejszych bramek w historii futbolu. Jak się później okaże, nie było to ostatnie trafienie Holendra, które zasłużyło na takie miano. W kolejnym sezonie zdobył 31 bramek w 27 meczach oraz poprowadził swój zespół do triumfu w Pucharze UEFA, po czym stał się bohaterem jednego z najgłośniejszych transferów w latach 80. Maszynka do strzelania bramek powędrowała z Ajaksu do Milanu, by tam czarować swoją nadzwyczajną skutecznością. Nie było opcji, by czterokrotny król strzelców Eredivisie, trzykrotny mistrz kraju i zdobywca Pucharu Holandii oraz zdobywca Złotego Buta zawiódł w lidze włoskiej. W końcu zdobył aż 128 goli w 133 meczach w lidze holenderskiej! Niestety w tym momencie coś się nagle zacięło.
Marco van Basten, jedna z największych legend Milanu (fot. Acmilan.com)
Kiedy Marco van Basten przechodził do Milanu, miał już za sobą kilka występów w reprezentacji kraju, ale raczej nie decydował o jej obliczu. Pierwszy sezon w Milanie nie wyszedł mu najlepiej i zaczęto podejrzewać, że jest to piłkarz, który może błyszczeć tylko na swoim podwórku, a nie w najtrudniejszej lidze świata, za jaką uchodziła wówczas Serie A. Powodem takiego stanu rzeczy była kontuzja kostki, która prześladowała holenderskiego asa niemal przez cały sezon i pozwoliła mu wystąpić tylko w 11 spotkaniach. Wyglądało na to, że Marco przegapi też mistrzostwa Europy, w których Holandia zebrała całkiem solidną ekipę z Ruudem Gullitem czy Frankiem Rijkaardem na czele. Ostatecznie Rinus Michels zabrał go na turniej, ale w pierwszym spotkaniu z ZSRR nie umieścił w wyjściowym składzie. Van Basten wszedł w 59. minucie za Vanenburga i miejsca w składzie już nie oddał. Holandia przegrywała wówczas 0:1, a nasz bohater o mały włos nie doprowadził do wyrównania, skończyło się jednak na trafieniu w poprzeczkę po strzale głową. Co by było, gdyby grał od początku? Nie wiadomo. W meczu z Anglią wyszedł na boisko już od pierwszego gwizdka sędziego i wygrał to spotkanie niemal w pojedynkę, strzelając trzy gole. Warto też wspomnieć, że zwycięstwo w trzecim meczu fazy grupowej nad Irlandią zapewnił wspomniany wcześniej Wim Kieft. W kolejnej fazie czekali żądni sukcesu po przegranym finale mistrzostw świata piłkarze RFN. Byli gospodarzami turnieju, więc stawiano ich w roli faworytów. I rzeczywiście, rzut karny Matthaeusa wyprowadził ich na prowadzenie, ale kwadrans później w taki sam sposób gola zdobył Rijkaard. Na dwie minuty przed końcem Marco van Basten zemścił się za przegrany finał mistrzostw świata w 1974 roku i pakując piłkę do siatki ofiarnym wślizgiem, wyrzucił niemiecką maszynę za burtę. W finale naprzeciwko drużyny „Oranje” stanęła ekipa Związku Radzieckiego, która wcześniej poskromiła pomarańczową maszynę. Tym razem było jednak zupełnie inaczej, rywala napoczął Gullit, a dobił van Basten, który wspaniałym lobem z narożnika pola karnego nie tylko dał Holendrom złoto mistrzów Europy, ale też wpisał się na stałe do historii futbolu. Bramka-marzenie. To był moment, który przekonał wszystkich, że van Basten jest wielki. Ale czy to było apogeum jego możliwości? Zdecydowanie nie.
Po wspaniałym turnieju van Basten wrócił do Włoch i przy wsparciu Ruuda Gullita i Franka Rijkaarda zafundował temu klubowi najwspanialszą erę w historii. W sezonach 1988/1989 i 1989/1990 Milan nie wygrywał ligi, ale sięgał po Puchar Mistrzów. Marco był głównym architektem tych sukcesów, strzelając łącznie w lidze i pucharach 55 goli. Sięgnął w tym czasie po tytuł króla strzelców, Puchar Interkontynentalny, Superpuchar Europy, dosłownie wszystko, czego piłkarska dusza sobie zażyczy. Wydawało się, że na arenie klubowej osiągnął wszystko, ale jemu wciąż było mało, chciał strzelać jeszcze częściej i wygrać jeszcze więcej. Za swoje boiskowe dokonania został nagrodzony Złotą Piłką za rok 1988 i 1989, zabrakło mu tylko sukcesu na mistrzostwach świata, na których Holandia zagrała wyjątkowo mizernie i już w 1/8 finału odpadła po meczu z ekipą późniejszych mistrzów świata – RFN.
Po mistrzostwach świata przyszedł kolejny słabszy sezon, lecz następny był być może najlepszy w karierze bramkostrzelnego Holendra. Kto wie, czy nie był też najgorszy, ale o tym za chwilę. Milan po trzyletniej przerwie odzyskał tytuł mistrza Włoch, a Marco zdobył 25 bramek, bezsprzecznie zwyciężając w wyścigu po koronę króla strzelców. W pierwszej połowie kolejnego sezonu jego skuteczność nie malała, a apogeum tej szalonej ery był mecz Ligi Mistrzów z Göteborgiem, w którym nasz bohater strzelił cztery gole, w tym jednego po wspaniałej przewrotce. Sukcesu nie przyniosły tylko mistrzostwa Europy w 1992 roku, które były chyba najdziwniejsze z wszystkich, jakie były do tej pory rozgrywane. Wygrali je Duńczycy, którzy mieli na turniej nie jechać, a Holandia po niezwykle emocjonującym półfinale odpadła po rzutach karnych z późniejszym triumfatorem. Co ciekawe, w serii „jedenastek” pomylił się właśnie van Basten. To nie przeszkodziło jednak supersnajperowi w sięgnięciu po trzecią Złotą Piłkę. Jeśli zsumujemy te nagrody, to zobaczymy, że nasz bohater dorównał dokonaniami takim asom jak Johan Cruyff czy Michel Platini.
Marco van Basten (fot. Thelionspitch.com)
Miał 28 lat, kiedy wchodził w sezon 1992/1993 i wciąż był niezawodną maszynką do strzelania bramek. Nazywano go już wtedy „Marco Unico”, nawiązując do jego unikalnego sposobu zdobywania bramek, choć prawda jest taka, że strzelał masę takich, o których kibice na drugi dzień zapominali. Jednak w połowie sezonu stało się coś, co nie tyle zahamowało, ale dramatycznie zatrzymało jego karierę. Van Bastenowi w meczu z Anconą odnowiła się kontuzja kostki. Był wówczas na prostej drodze do kolejnego tytułu króla strzelców, a Milan grał jak z nut i pewnie zmierzał po tytuł mistrzowski i jak później się okazało, do przegranego finału Ligi Mistrzów. Holender nawet wrócił na najważniejszy mecz sezonu z Olympique Marsylia, ale był wówczas cieniem samego siebie. Wówczas jeszcze nie wiedział, że era sukcesów się skończyła i rozpoczął się czas horroru związanego z walką o kolejne kopnięcie piłki. Jak później się okazało – przegraną.
Van Basten się nie poddawał. Trafił pod nóż, ale chirurdzy, mimo wielu prób, nie potrafili znaleźć sposobu na wyleczenie jego kostki. Miał taki charakter, że jeśli raz przegrał, szukał innej drogi, by osiągnąć cel, jeździł więc do Stanów Zjednoczonych i poddawał się kolejnym operacjom. Taką samą niezłomnością wykazywał się, kiedy podejmował rywalizację z przeciwnikiem na boisku, choć tam szło mu zdecydowanie łatwiej. W końcu, wyczerpany emocjonalnie i fizycznie, zdecydował się zakończyć swoją piłkarską karierę. Miało to miejsce 18 sierpnia 1995 roku, podczas turnieju o Puchar Silvio Berlusconiego. Mógł osiągnąć jeszcze wiele, bo przecież wielcy napastnicy potrafią utrzymywać swoją skuteczność nawet do 35 lat. Niestety ówczesne trudy ligi włoskiej uniemożliwiły to van Bastenowi. We Włoszech nie przebierano w środkach, by zatrzymać przeciwnika. Grali tam najlepsi piłkarze świata, więc często jedynym sposobem była brutalna gra. Marco często otrzymywał specjalnego opiekuna, którego celem było osłabienie ścięgna Achillesa czy atak na wspomnianą kostkę. Sam piłkarz po zakończeniu kariery zaproponował zmianę w regulaminie, która przewidywała, że zawodnik dopuszczający się przewinienia po raz szósty musiał zostać zmieniony, co pozwoliłoby na ograniczenie liczby fauli w jednym spotkaniu. Dla napastników byłoby to zbawieniem, dla FIFA okazało się niepotrzebnym pomysłem sfrustrowanego kopacza. W jednym z wywiadów mówił także, że rozważał cofnięcie się w przyszłości na środek pomocy i wspieranie napastników z drugiej linii. Ciekawe, jak by poradził sobie w tej roli.
Podsumowując jego dokonania, doliczymy się, że podczas swojej kariery strzelił 302 gole w 434 meczach (w tym 58 meczów i 24 gole w reprezentacji). Potrzebował na to zaledwie dziesięciu lat, podczas których nie omijały go kontuzje. Potem jeszcze próbował swoich sił jako trener, choć długo bronił się przed tą rolą. Przekonał go kolega z boiska, John van’t Ship, ale jako szkoleniowiec nie osiągnął nawet jednej dziesiątej tego, czego dokonał jako piłkarz.
Jaki był van Basten? Z całą pewnością był wyjątkowy czy, jak mówili włoscy kibice, unikalny. Na pewno nie potrafił być jednym z wielu, musiał być najlepszy. Jego charakter nie pozwalał mu na żaden kompromis. A kiedy już był najlepszy w tym, co robił, szukał sobie nowego celu, do którego mógł dążyć, by być najlepszym. Bycie na topie go motywowało, jednak kiedy już się na nim znalazł, zawsze uważał, że może być jeszcze wyżej, więc łapał wiatr w żagle i z jego pomocą usiłował się wspiąć tam, gdzie nie było jeszcze nikogo. Kiedy już złapał wiatr i wznosił się jeszcze wyżej, musiał pogodzić się z tym, że jego organizm już mu na taki lot nie pozwoli. Kto wie, gdyby nie nieszczęsna kostka, być może byłby dziś na równi z Maradoną i Pele. Bliżej mu jednak do George’a Besta, który pewnie był najlepszym piłkarzem, jaki biegał po boiskach, ale zdecydowanie przedwcześnie zakończył swoją karierę.