Są piłkarze, którzy zdobyli sławę nieproporcjonalną do ich umiejętności, są zdobywcy Złotych Piłek, którzy na nagrody nie zasługiwali, i ludzie, którzy niesłusznie wyróżnień zostali pozbawieni. Los często bywa okrutny. Gdyby każdy dostawał to, do czego predysponują go jego umiejętności i talent, bohater tego tekstu byłby takim symbolem futbolu jak Pele czy Maradona.
Gdybyście kiedyś wybrali się na wyspę Guernsey, przy odrobienie szczęścia mielibyście okazję zobaczyć samolot Flybe, na którego kabinie wymalowano imponujących rozmiarów podobiznę piłkarza w pasiastej koszulce i czarnych spodenkach. To Matt Le Tissier.

Le Tissier od zawsze marzył o karierze piłkarza. Po latach pytany o to, czy nie jest rozczarowany swoją karierą, zawsze odpowiadał, że miał w życiu dwa cele. Grać w najwyższej klasie rozgrywek i założyć koszulkę reprezentacji Anglii. Oba zrealizował, więc nie ma powodów do niezadowolenia. Matthew swoją futbolową edukację rozpoczął w wieku lat dziesięciu. Przez siedem lat szlifował umiejętności w lokalnych klubikach. Dopiero w roku 1986 zdecydował się na opuszczenie wyspy. Pojechał do Oksfordu, by szukać zatrudnienia w tamtejszym klubie, który chwilę wcześniej wywalczył awans do First Division. Włodarze drużyny z uniwersyteckiego miasta nie zdecydowali się jednak na zatrudnienie go, bo po prostu nie dostrzegali w nim wielkich umiejętności. Le Tissier nie załamał się pierwszymi niepowodzeniami, pojechał do Southampton i tam dostał pracę. Wtedy jeszcze nikt nie przypuszczał, że zatrudnienie młokosa będzie najlepszą decyzją w dziejach klubu.
Talent Le Tissiera był tak oczywisty, że już po kilku miesiącach zaczął on w miarę regularnie grywać w pierwszym składzie „Świętych”. W debiutanckim sezonie 1986/1987 wystąpił w 31 meczach, strzelając dziesięć goli. Później przyszedł sezon nieco gorszy – 22 mecze i zero bramek. Mimo załamania formy nikt nie przestał wierzyć w chłopaka z Guernsey. On sam szybko wynagrodził pracodawcy słabe spotkania – w kolejnej kampanii w 36 starciach trafił do siatki jedenaście razy. W następnym sezonie goli było już 24…
Zatrzymajmy się na chwilę i ustalmy fakty. Matt Le Tissier nie był napastnikiem. Był ofensywnym pomocnikiem ze statystykami strzeleckimi, jakich nie powstydziliby się napastnicy czołowych ekip globu. Anglik nie nadawał się na napastnika, bo był, co tu dużo mówić, powolny. – Naprawdę jestem szczęśliwy, że za moich czasów nikt nie mierzył piłkarzom przebiegniętego dystansu. Zobaczylibyście naprawdę ciekawe rezultaty – mówił po latach. Le Tiss był piłkarzem stacjonarnym. Biegał wtedy, kiedy musiał. Gdy nie musiał, wolał stać. Ta cecha spowodowała, że przypięto mu łatkę lenia, co mocno wpłynęło na jego karierę. Ale on nie był leniem, ciężko pracował na treningach, starał się na boisku. To, że mało biegał, było rzeczą drugo-, trzecio- albo i piętnastorzędną. Przez cała lata styl Matta był urzeczywistnieniem angielskich marzeń o eleganckim futbolu. „Le God”, jak nazywali go kibice Southampton, miał w sobie coś z Zidane’a. Obaj zawsze byli oszczędni. Jeśli mogli coś zrobić za pomocą jednego kopnięcia – robili to. Nie interesowały ich misterne zwody. Hiszpanie o piłkarzach, którzy na murawie prezentują taką wrodzoną elegancję jak Anglik, mawiają, że powinni oni grać we frakach.











