Jakie jest najgorsze uczucie towarzyszące zawodnikowi piłki nożnej? Bez wątpienia uczucie porażki. Potęgowane jest szczególnie wtedy, kiedy wiesz, że wygrywasz i minuty, a nawet sekundy, dzielą cię od upragnionego zwycięstwa, a rywalowi udaje się odwrócić losy pojedynku. Takich meczów historia futbolu pamięta bardzo wiele – za to futbol kochamy, za nieprzewidywalność i niesamowite zwroty akcji.
Szaleńcza pogoń Niemców i awans do finału Mundial w Hiszpanii z 1982 roku kojarzy się nam, Polakom, z bardzo miłymi wydarzeniami. Na hiszpańskich boiskach sięgnęliśmy po brązowy medal, pokonując w meczu o trzecie miejsce Francuzów. Ale pojedynek, który na zawsze przeszedł do historii piłki nożnej, odbył się kilka dni wcześniej, również z udziałem „Trójkolorowych”. Ci walczyli o wejście do wielkiego finału z RFN.
Był 8 lipca 1982 roku. Wtedy to na stadionie w Sewilli doszło do – według stacji Eurosport – najlepszego meczu piłkarskiego w historii. Francuzi prowadzeni do boju przez Michela Platiniego tylko na początku meczu oddali pole swojemu rywalowi. W 17. minucie Littbarski dał prowadzenie RFN. Kiedy wydawało się, że nasi zachodni sąsiedzi ruszą do kolejnych ataków, 10 minut po bramce Littbarskiego arbiter podyktował rzut karny dla Francuzów. „Jedenastkę” pewnie na bramkę zamienił Michel Platini. Zdobyta przez obecnego przewodniczącego UEFA bramka sprawiła, że to „Trójkolorowi” przejęli kontrolę nad boiskowymi wydarzeniami.
To, co stało się w drugiej odsłonie meczu, i niestety nie chodzi tu o piękno futbolu, zapadło głęboko w pamięci wszystkich fanów piłki nożnej. Atakujący Francuzi ruszyli z kolejnym atakiem. Prostopadłą piłkę w 60. minucie dostał wprowadzony kilka minut wcześniej Battiston. Kiedy próbował dobiec do zagranej futbolówki, został znokautowany przez bramkarza RFN, Schumachera. Battiston stracił przytomność. Wybito mu także dwa zęby. Widok leżącego na boisku francuskiego piłkarza przeraża po dzień dzisiejszy. Golkiper RFN za brutalne wejście nie otrzymał nawet żółtej kartki, ba!, arbiter nie podyktował choćby faulu dla reprezentacji Francji. Schumacher w tym samym momencie został „rzeźnikiem z Sewilli”. Battistona zniesiono z murawy na noszach trzymanego za rękę przez Michela Platiniego.
Czym kierował się Schumacher? Powtórki telewizyjne jasno pokazują, że bramkarza w ogóle nie interesowała piłka – chciał po prostu zrobić krzywdę rywalowi. To udało mu się w stu procentach, ale z równowagi Francuzów nie wyprowadził. Ci zaczęli grać jeszcze lepiej, jakby chcieli pokonać brutalnego rywala specjalnie dla Battistona. Najbliżej rozstrzygnięcia byli w 89. minucie spotkania, kiedy to uderzenie z 25 metrów wylądowało na poprzeczce bramki RFN. Francuzi próbowali jeszcze dobijać, ale bezskutecznie. Arbiter chwilę później zaprosił wszystkich na krótką przerwę. Potrzebna była dogrywka.
Skupienie, jakie malowało się w trakcie tej przerwy na twarzach „Trójkolorowych”, znamionowało, że to oni nadal będą drużyną dominującą. Tak też się stało. Już w 3. minucie dogrywki Tresor zdobył pierwszego gola. Pięć minut później wydawało się, że jest po meczu. Na 3:1 dla Francuzów podwyższył Giresse. Wtedy też zaczął się ich dramat. Platiniego i spółkę zgubiła pewność siebie. Dwubramkowe prowadzenie na 22 minuty przed końcem nie podziałało na nich najlepiej. Do przodu ruszyli rywale, którzy już po czterech minutach zdobyli kontaktowego gola. Rummenigge nie celebrował jednak tego trafienia, wiedział, że potrzebna jest jeszcze jedna bramka. Cofnięci do obrony Francuzi nie byli niestety w stanie powstrzymać szalejącego Niemca. Rummenigge rozpoczął kolejny atak RFN, który zakończył się dośrodkowaniem z lewej strony boiska i strzałem przewrotką Fischera. Niespodziewanie to on stał się bohaterem Niemiec. Do wyłonienia finalisty potrzebne były rzuty karne.
Podłamani obrotem sprawy Francuzi zdołali jednak znaleźć się w bardzo uprzywilejowanej sytuacji. W trzeciej serii „jedenastek” pomylił się Stielike. Wygwizdywany i wyszydzany na stadionie Schumacher zdołał jednak obronić kolejnego karnego i znowu wszystko zaczęło się od początku. Dopiero ósma seria przyniosła ze sobą rozstrzygnięcie. Przestrzelił Maxime Bossis, a do finału Niemców wprowadził Hrubesch. „Trójkolorowi” zalali się łzami, wszyscy Francuzi nie mogli pogodzić się z tym, co się stało. Zwycięstwo mieli na wyciągnięcie ręki. Rywal pokazał jednak, że gra się do końca, i dwukrotnie wyszedł z olbrzymich opresji. Jeśli chodzi o Battistona, to szpital opuścił dopiero po kilku tygodniach. Nie wiadomo jednak, czy ból jego kolegów z drużyny nie był większy od jego.
Z nieba do piekła Finał Ligi Mistrzów z 1999 roku budzi największe koszmary wśród zawodników Bayernu Monachium. „Bawarczycy” byli o krok od upragnionego trofeum. Zabrakło kilku minut, kilku udanych kopnięć futbolówki z okolicy własnego pola karnego. Nie udało się. Te kilka minut, które miały przynieść glorię i chwałę niemieckiemu futbolowi, okazały się jednymi z najczarniejszych chwil w historii najbardziej utytułowanego klubu zza naszej zachodniej granicy.
Kto wie, czy do historycznego wyczynu nie pchnął „Czerwonych Diabłów” legendarny sir Matt Busby. To on jako jedyny trener zdobył wcześniej z Manchesterem United tytuł najlepszej klubowej drużyny Europy – w 1968 roku. 26 lat później niestety odszedł z tego świata, a finał Ligi Mistrzów z 1999 roku rozegrano 26 maja. Gdyby Matt Busby wtedy żył, obchodziłby swoje 90. urodziny.
Manchester w finale na Camp Nou musiał sobie radzić bez Roya Keane’a i Paula Scholesa. Obydwaj odsiadywali zawieszenie za kartki. Brak tego pierwszego spowodował, że opaskę kapitańską otrzymał Peter Schmeichel, który zapowiedział wcześniej, że po rozegranym finale zamierza odejść z klubu z Old Trafford. Duńczyk już w 6. minucie musiał wyjmować piłkę z siatki. Przed polem karnym United sfaulowany został Carsten Jancker, a rzut wolny na bramkę zamienił Mario Basler. Pomimo fatalnego początku Manchester przejął inicjatywę i zaczął rządzić i dzielić na boisku. Niestety, nie odzwierciedlały tego sytuacje bramkowe, których ciągle Anglikom brakowało. Brakowało im także wspomnianych Keane’a i Scholesa. Ich absencja była aż nadto widoczna. Harować za trzech próbował David Beckham, jednak próżno było szukać pomocy wśród kolegów z zespołu. Dopiero Andy Cole zdecydował się na indywidualną akcję, w której wdał się w drybling z trzema obrońcami Bayernu, ale dobrze zorganizowana linia defensywna Niemców nie dopuściła do straty gola.
Ofensywnie usposobiony Manchester z biegiem czasu zaczął zapominać o defensywie, co próbowali wykorzystywać rywale. Raz po raz ruszali z coraz to groźniejszymi kontrami, ale najczęściej kończyły się one na podaniu do Carstena Janckera, którego obrońcy „Czerwonych Diabłów” co chwila łapali na spalone. Anglicy zorientowali się, że nie warto tak ryzykować i przeszli do spokojnych ataków. To zaowocowało wieloma sytuacjami z obu stron, ale żadna próba Cole’a, Deislera, Giggsa czy Janckera nie przyniosła zmiany rezultatu.
W drugiej części gry lepiej prezentowała się drużyna niemiecka, która miała kilka bardzo dobrych okazji do podwyższenia wyniku. Bramki zdobyć mogli również podopieczni sir Aleksa Fergusona, ale niewiele wskazywało na to, aby Bayern miał ten pojedynek przegrać. Wszystko zmieniło się w ostatnich kilkunastu minutach spotkania. Najpierw na murawie zameldował się Teddy Sheringham, który wprowadził sporo ożywienia w akcjach ofensywnych, a dziewięć minut przed końcem Ole Gunnar Solskjaer zmienił Andy’ego Cole’a. „Bawarczycy” jeszcze nie zdawali sobie sprawy, co stanie się kilka minut później.
Lennart Johansson, ówczesny szef UEFA, w 91. minucie nagle zerwał się ze swojego miejsca i pobiegł obok płyty boiska, aby móc zaprezentować puchar Ligi Mistrzów już ozdobiony wstęgami w barwach Bayernu Monachium. Kiedy po końcowym gwizdku wyszedł z tuneli, wydobył z siebie tylko ciche „nie mogę w to uwierzyć”. Tuż po jego zniknięciu w kuluarach Teddy Sheringham doprowadził do wyrównania. Na twarzach graczy Bayernu zauważalne było olbrzymie zdenerwowanie. Sekundy dzieliły ich od trofeum, na które wszyscy czekali. Wtedy jeszcze nie zdawali sobie sprawy, że nie będzie im dane walczyć o nie w dogrywce. W 3. minucie doliczonego czasu gry bramkę, dającą historyczny triumf Manchesterowi, zdobył Ole Gunnar Solskjear. Wiwatować mógł sir Alex Ferguson, to jego fantastyczne zmiany sprawiły, że puchar pojedzie na Old Trafford. „Wygrani płaczą, a przegrani tańczą”, Johhanson nie wiedział, co dzieje się na katalońskim Camp Nou. Gdy schodził z trybun, miał wręczać trofeum Bayernowi. W kilka chwil wszystko się zmieniło.
W pamięć wszystkich kibiców na świecie zapadł moment wręczenia medali dla finalisty, Bayernu Monachium. Lothar Matthaus, legenda „Bawarczyków”, zdjął medal ze swojej szyi szybciej, niż ten nawet na niej zawisł. Po przegranym finale odszedł z Bayernu i swoją karierę kontynuował w Stanach Zjednoczonych. Nie uczestniczył w wygranym trofeum Ligi Mistrzów dwa lata później. „Nie wygrała najlepsza drużyna, ale najszczęśliwsza”, skomentował już na chłodno wydarzenia z 1999 roku.
„10 sekund, które zmieniły ligę” Hiszpański program telewizyjny „Cuatro” to, co stało się w ostatnich minutach meczów Realu Madryt z Realem Saragossa i Barcelony z Espanyolem, nazwał właśnie tak – „10 sekund, które zmieniły ligę”. Właśnie w tak krótkim odstępie czasu o 180 stopni zmieniły się losy hiszpańskiej Primera Division w niesamowitym sezonie 2006/2007.
Przed 37. kolejką ligową w Hiszpanii w tabeli prowadził Real Madryt, mając 62 punkty… tyle samo co Barcelona. „Królewscy” byli jednak liderami ze względu na lepszy bilans bezpośrednich starć z „Dumą Katalonii”. W pierwszym meczu na Bernabeu wygrali 2:0, a na Camp Nou zremisowali 3:3. Właśnie po remisie w Katalonii rozpoczął się marsz Realu Madryt po upragnione mistrzostwo Hiszpanii. „Przed nami dwanaście finałów”, komentował sprawę ówczesny trener „Los Blancos” Fabio Capello. Z tych dwunastu finałów Real wygrał jedenaście i sięgnął po tytuł.
Do najważniejszego starcia tamtego sezonu, a w zasadzie najważniejszych starć, doszło właśnie w przedostatniej kolejce. Komentatorzy byli zgodni: to ona zdecyduje o mistrzostwie. Real Madryt wyjechał do Saragossy, aby zmierzyć się tam ze swoim imiennikiem. Barcelona zaś podejmowała u siebie Espanyol. Obydwa pojedynki rozpoczęły się bardzo podobnie. Walczące o tytuł Real i Barcelona próbowały dominować i dyktować warunki swoich meczów, ale oba po półgodzinnej grze przegrywały 0:1. Pierwszy cios otrzymał klub z Katalonii, któremu bramkę wpakował Raul Tamudo. Dwie minuty po tym wydarzeniu w Saragossie podyktowano rzut karny dla gospodarzy. Casillasa pokonał Diego Milito i w ligowej tabeli został zachowany status quo.
Podopieczni wówczas jeszcze Franka Rijkaarda zdołali jednak doprowadzić do wyrównania przed przerwą. Lionel Messi po raz kolejny nawiązał do innej argentyńskiej gwiazdy, Diego Armando Maradony. Wychowanek Barcelony w 43. minucie wyskoczył do wrzucanej w pole karne piłki i ręką skierował ją do siatki. Na nic zdały się protesty Espanyolu. Gol został zaliczony i na przerwę Katalończycy udawali się jako liderzy Primera Division, z punktem przewagi nad Realem Madryt.
Po jedenastu minutach drugiej połowy przewaga Barcelony wzrosła o kolejny punkt. Drugiego gola na Camp Nou zdobył bowiem Lionel Messi, ale na La Romareda do wyrównania doprowadził Ruud van Nistelrooy. Obydwie ekipy nasłuchiwały wieści z drugiego stadionu. Jedynie Real Madryt zależał od siebie, ale tylko remisował i nie prezentował się z najlepszej strony. Około godziny 22:15 wybuchnęły radością zarówno Camp Nou, jak i La Romareda. W Saragossie prowadzenie gospodarzom znowu dał Diego Milito. Wieść ta została bardzo szybko dostarczona do Barcelony, gdzie kibice świętowali nie tylko prowadzenie swoich pupili, ale także wynik z Saragossy.
Nadeszła 89. minuta. Kibice „Barcy” świętują, śpiewają i z wyczekiwaniem czekają na końcowy rezultat. Wiedzą, że Real przegrywa, wiedzą, że Real musi zdobyć dwie bramki, aby przegonić „Dumę Katalonii” w ligowej tabeli. Wtedy jednak dzieje się rzecz niesamowita – do wyrównania doprowadza Raul Tamudo. Cules są święcie przekonani, że nad odwiecznym rywalem z Madrytu pozostał jeden punkt przewagi. Ich nadzieje o liderowaniu przed ostatnią kolejką La Liga rozwiane zostają chwilę później, kiedy dowiadują się, że Ruud van Nistelrooy wyrównał wynik pojedynku w Saragossie na dziesięć sekund przed trafieniem Raula Tamudo… Arbitrzy kończą oba mecze, kończy się, jak twierdzą eksperci, najwspanialszy weekend w lidze hiszpańskiej. 10 sekund – tyle wystarczyło, aby Barcelona straciła szanse na mistrzostwo. Do rozegrania została oczywiście ostatnia kolejka i Katalończycy mieli jeszcze matematyczne szanse na tytuł, ale Real ostatecznie wygrał 3:1 z Mallorcą i to on cieszył się z 30. w historii mistrzostwa kraju.
Jakie jest najgorsze uczucie towarzyszące zawodnikowi piłki nożnej? Bez wątpienia uczucie porażki. Potęgowane jest szczególnie wtedy, kiedy wiesz, że wygrywasz i minuty, a nawet sekundy, dzielą cię od upragnionego zwycięstwa, a rywalowi udaje się odwrócić losy pojedynku. Takich meczów historia futbolu pamięta bardzo wiele – za to futbol kochamy, za nieprzewidywalność i niesamowite zwroty akcji.
Szaleńcza pogoń Niemców i awans do finału Mundial w Hiszpanii z 1982 roku kojarzy się nam, Polakom, z bardzo miłymi wydarzeniami. Na hiszpańskich boiskach sięgnęliśmy po brązowy medal, pokonując w meczu o trzecie miejsce Francuzów. Ale pojedynek, który na zawsze przeszedł do historii piłki nożnej, odbył się kilka dni wcześniej, również z udziałem „Trójkolorowych”. Ci walczyli o wejście do wielkiego finału z RFN.
Był 8 lipca 1982 roku. Wtedy to na stadionie w Sewilli doszło do – według stacji Eurosport – najlepszego meczu piłkarskiego w historii. Francuzi prowadzeni do boju przez Michela Platiniego tylko na początku meczu oddali pole swojemu rywalowi. W 17. minucie Littbarski dał prowadzenie RFN. Kiedy wydawało się, że nasi zachodni sąsiedzi ruszą do kolejnych ataków, 10 minut po bramce Littbarskiego arbiter podyktował rzut karny dla Francuzów. „Jedenastkę” pewnie na bramkę zamienił Michel Platini. Zdobyta przez obecnego przewodniczącego UEFA bramka sprawiła, że to „Trójkolorowi” przejęli kontrolę nad boiskowymi wydarzeniami.
To, co stało się w drugiej odsłonie meczu, i niestety nie chodzi tu o piękno futbolu, zapadło głęboko w pamięci wszystkich fanów piłki nożnej. Atakujący Francuzi ruszyli z kolejnym atakiem. Prostopadłą piłkę w 60. minucie dostał wprowadzony kilka minut wcześniej Battiston. Kiedy próbował dobiec do zagranej futbolówki, został znokautowany przez bramkarza RFN, Schumachera. Battiston stracił przytomność. Wybito mu także dwa zęby. Widok leżącego na boisku francuskiego piłkarza przeraża po dzień dzisiejszy. Golkiper RFN za brutalne wejście nie otrzymał nawet żółtej kartki, ba!, arbiter nie podyktował choćby faulu dla reprezentacji Francji. Schumacher w tym samym momencie został „rzeźnikiem z Sewilli”. Battistona zniesiono z murawy na noszach trzymanego za rękę przez Michela Platiniego.
Czym kierował się Schumacher? Powtórki telewizyjne jasno pokazują, że bramkarza w ogóle nie interesowała piłka – chciał po prostu zrobić krzywdę rywalowi. To udało mu się w stu procentach, ale z równowagi Francuzów nie wyprowadził. Ci zaczęli grać jeszcze lepiej, jakby chcieli pokonać brutalnego rywala specjalnie dla Battistona. Najbliżej rozstrzygnięcia byli w 89. minucie spotkania, kiedy to uderzenie z 25 metrów wylądowało na poprzeczce bramki RFN. Francuzi próbowali jeszcze dobijać, ale bezskutecznie. Arbiter chwilę później zaprosił wszystkich na krótką przerwę. Potrzebna była dogrywka.
Skupienie, jakie malowało się w trakcie tej przerwy na twarzach „Trójkolorowych”, znamionowało, że to oni nadal będą drużyną dominującą. Tak też się stało. Już w 3. minucie dogrywki Tresor zdobył pierwszego gola. Pięć minut później wydawało się, że jest po meczu. Na 3:1 dla Francuzów podwyższył Giresse. Wtedy też zaczął się ich dramat. Platiniego i spółkę zgubiła pewność siebie. Dwubramkowe prowadzenie na 22 minuty przed końcem nie podziałało na nich najlepiej. Do przodu ruszyli rywale, którzy już po czterech minutach zdobyli kontaktowego gola. Rummenigge nie celebrował jednak tego trafienia, wiedział, że potrzebna jest jeszcze jedna bramka. Cofnięci do obrony Francuzi nie byli niestety w stanie powstrzymać szalejącego Niemca. Rummenigge rozpoczął kolejny atak RFN, który zakończył się dośrodkowaniem z lewej strony boiska i strzałem przewrotką Fischera. Niespodziewanie to on stał się bohaterem Niemiec. Do wyłonienia finalisty potrzebne były rzuty karne.
Podłamani obrotem sprawy Francuzi zdołali jednak znaleźć się w bardzo uprzywilejowanej sytuacji. W trzeciej serii „jedenastek” pomylił się Stielike. Wygwizdywany i wyszydzany na stadionie Schumacher zdołał jednak obronić kolejnego karnego i znowu wszystko zaczęło się od początku. Dopiero ósma seria przyniosła ze sobą rozstrzygnięcie. Przestrzelił Maxime Bossis, a do finału Niemców wprowadził Hrubesch. „Trójkolorowi” zalali się łzami, wszyscy Francuzi nie mogli pogodzić się z tym, co się stało. Zwycięstwo mieli na wyciągnięcie ręki. Rywal pokazał jednak, że gra się do końca, i dwukrotnie wyszedł z olbrzymich opresji. Jeśli chodzi o Battistona, to szpital opuścił dopiero po kilku tygodniach. Nie wiadomo jednak, czy ból jego kolegów z drużyny nie był większy od jego.
Z nieba do piekła Finał Ligi Mistrzów z 1999 roku budzi największe koszmary wśród zawodników Bayernu Monachium. „Bawarczycy” byli o krok od upragnionego trofeum. Zabrakło kilku minut, kilku udanych kopnięć futbolówki z okolicy własnego pola karnego. Nie udało się. Te kilka minut, które miały przynieść glorię i chwałę niemieckiemu futbolowi, okazały się jednymi z najczarniejszych chwil w historii najbardziej utytułowanego klubu zza naszej zachodniej granicy.
Kto wie, czy do historycznego wyczynu nie pchnął „Czerwonych Diabłów” legendarny sir Matt Busby. To on jako jedyny trener zdobył wcześniej z Manchesterem United tytuł najlepszej klubowej drużyny Europy – w 1968 roku. 26 lat później niestety odszedł z tego świata, a finał Ligi Mistrzów z 1999 roku rozegrano 26 maja. Gdyby Matt Busby wtedy żył, obchodziłby swoje 90. urodziny.
Manchester w finale na Camp Nou musiał sobie radzić bez Roya Keane’a i Paula Scholesa. Obydwaj odsiadywali zawieszenie za kartki. Brak tego pierwszego spowodował, że opaskę kapitańską otrzymał Peter Schmeichel, który zapowiedział wcześniej, że po rozegranym finale zamierza odejść z klubu z Old Trafford. Duńczyk już w 6. minucie musiał wyjmować piłkę z siatki. Przed polem karnym United sfaulowany został Carsten Jancker, a rzut wolny na bramkę zamienił Mario Basler. Pomimo fatalnego początku Manchester przejął inicjatywę i zaczął rządzić i dzielić na boisku. Niestety, nie odzwierciedlały tego sytuacje bramkowe, których ciągle Anglikom brakowało. Brakowało im także wspomnianych Keane’a i Scholesa. Ich absencja była aż nadto widoczna. Harować za trzech próbował David Beckham, jednak próżno było szukać pomocy wśród kolegów z zespołu. Dopiero Andy Cole zdecydował się na indywidualną akcję, w której wdał się w drybling z trzema obrońcami Bayernu, ale dobrze zorganizowana linia defensywna Niemców nie dopuściła do straty gola.
Ofensywnie usposobiony Manchester z biegiem czasu zaczął zapominać o defensywie, co próbowali wykorzystywać rywale. Raz po raz ruszali z coraz to groźniejszymi kontrami, ale najczęściej kończyły się one na podaniu do Carstena Janckera, którego obrońcy „Czerwonych Diabłów” co chwila łapali na spalone. Anglicy zorientowali się, że nie warto tak ryzykować i przeszli do spokojnych ataków. To zaowocowało wieloma sytuacjami z obu stron, ale żadna próba Cole’a, Deislera, Giggsa czy Janckera nie przyniosła zmiany rezultatu.
W drugiej części gry lepiej prezentowała się drużyna niemiecka, która miała kilka bardzo dobrych okazji do podwyższenia wyniku. Bramki zdobyć mogli również podopieczni sir Aleksa Fergusona, ale niewiele wskazywało na to, aby Bayern miał ten pojedynek przegrać. Wszystko zmieniło się w ostatnich kilkunastu minutach spotkania. Najpierw na murawie zameldował się Teddy Sheringham, który wprowadził sporo ożywienia w akcjach ofensywnych, a dziewięć minut przed końcem Ole Gunnar Solskjaer zmienił Andy’ego Cole’a. „Bawarczycy” jeszcze nie zdawali sobie sprawy, co stanie się kilka minut później.
Lennart Johansson, ówczesny szef UEFA, w 91. minucie nagle zerwał się ze swojego miejsca i pobiegł obok płyty boiska, aby móc zaprezentować puchar Ligi Mistrzów już ozdobiony wstęgami w barwach Bayernu Monachium. Kiedy po końcowym gwizdku wyszedł z tuneli, wydobył z siebie tylko ciche „nie mogę w to uwierzyć”. Tuż po jego zniknięciu w kuluarach Teddy Sheringham doprowadził do wyrównania. Na twarzach graczy Bayernu zauważalne było olbrzymie zdenerwowanie. Sekundy dzieliły ich od trofeum, na które wszyscy czekali. Wtedy jeszcze nie zdawali sobie sprawy, że nie będzie im dane walczyć o nie w dogrywce. W 3. minucie doliczonego czasu gry bramkę, dającą historyczny triumf Manchesterowi, zdobył Ole Gunnar Solskjear. Wiwatować mógł sir Alex Ferguson, to jego fantastyczne zmiany sprawiły, że puchar pojedzie na Old Trafford. „Wygrani płaczą, a przegrani tańczą”, Johhanson nie wiedział, co dzieje się na katalońskim Camp Nou. Gdy schodził z trybun, miał wręczać trofeum Bayernowi. W kilka chwil wszystko się zmieniło.
W pamięć wszystkich kibiców na świecie zapadł moment wręczenia medali dla finalisty, Bayernu Monachium. Lothar Matthaus, legenda „Bawarczyków”, zdjął medal ze swojej szyi szybciej, niż ten nawet na niej zawisł. Po przegranym finale odszedł z Bayernu i swoją karierę kontynuował w Stanach Zjednoczonych. Nie uczestniczył w wygranym trofeum Ligi Mistrzów dwa lata później. „Nie wygrała najlepsza drużyna, ale najszczęśliwsza”, skomentował już na chłodno wydarzenia z 1999 roku.
„10 sekund, które zmieniły ligę” Hiszpański program telewizyjny „Cuatro” to, co stało się w ostatnich minutach meczów Realu Madryt z Realem Saragossa i Barcelony z Espanyolem, nazwał właśnie tak – „10 sekund, które zmieniły ligę”. Właśnie w tak krótkim odstępie czasu o 180 stopni zmieniły się losy hiszpańskiej Primera Division w niesamowitym sezonie 2006/2007.
Przed 37. kolejką ligową w Hiszpanii w tabeli prowadził Real Madryt, mając 62 punkty… tyle samo co Barcelona. „Królewscy” byli jednak liderami ze względu na lepszy bilans bezpośrednich starć z „Dumą Katalonii”. W pierwszym meczu na Bernabeu wygrali 2:0, a na Camp Nou zremisowali 3:3. Właśnie po remisie w Katalonii rozpoczął się marsz Realu Madryt po upragnione mistrzostwo Hiszpanii. „Przed nami dwanaście finałów”, komentował sprawę ówczesny trener „Los Blancos” Fabio Capello. Z tych dwunastu finałów Real wygrał jedenaście i sięgnął po tytuł.
Do najważniejszego starcia tamtego sezonu, a w zasadzie najważniejszych starć, doszło właśnie w przedostatniej kolejce. Komentatorzy byli zgodni: to ona zdecyduje o mistrzostwie. Real Madryt wyjechał do Saragossy, aby zmierzyć się tam ze swoim imiennikiem. Barcelona zaś podejmowała u siebie Espanyol. Obydwa pojedynki rozpoczęły się bardzo podobnie. Walczące o tytuł Real i Barcelona próbowały dominować i dyktować warunki swoich meczów, ale oba po półgodzinnej grze przegrywały 0:1. Pierwszy cios otrzymał klub z Katalonii, któremu bramkę wpakował Raul Tamudo. Dwie minuty po tym wydarzeniu w Saragossie podyktowano rzut karny dla gospodarzy. Casillasa pokonał Diego Milito i w ligowej tabeli został zachowany status quo.
Podopieczni wówczas jeszcze Franka Rijkaarda zdołali jednak doprowadzić do wyrównania przed przerwą. Lionel Messi po raz kolejny nawiązał do innej argentyńskiej gwiazdy, Diego Armando Maradony. Wychowanek Barcelony w 43. minucie wyskoczył do wrzucanej w pole karne piłki i ręką skierował ją do siatki. Na nic zdały się protesty Espanyolu. Gol został zaliczony i na przerwę Katalończycy udawali się jako liderzy Primera Division, z punktem przewagi nad Realem Madryt.
Po jedenastu minutach drugiej połowy przewaga Barcelony wzrosła o kolejny punkt. Drugiego gola na Camp Nou zdobył bowiem Lionel Messi, ale na La Romareda do wyrównania doprowadził Ruud van Nistelrooy. Obydwie ekipy nasłuchiwały wieści z drugiego stadionu. Jedynie Real Madryt zależał od siebie, ale tylko remisował i nie prezentował się z najlepszej strony. Około godziny 22:15 wybuchnęły radością zarówno Camp Nou, jak i La Romareda. W Saragossie prowadzenie gospodarzom znowu dał Diego Milito. Wieść ta została bardzo szybko dostarczona do Barcelony, gdzie kibice świętowali nie tylko prowadzenie swoich pupili, ale także wynik z Saragossy.
Nadeszła 89. minuta. Kibice „Barcy” świętują, śpiewają i z wyczekiwaniem czekają na końcowy rezultat. Wiedzą, że Real przegrywa, wiedzą, że Real musi zdobyć dwie bramki, aby przegonić „Dumę Katalonii” w ligowej tabeli. Wtedy jednak dzieje się rzecz niesamowita – do wyrównania doprowadza Raul Tamudo. Cules są święcie przekonani, że nad odwiecznym rywalem z Madrytu pozostał jeden punkt przewagi. Ich nadzieje o liderowaniu przed ostatnią kolejką La Liga rozwiane zostają chwilę później, kiedy dowiadują się, że Ruud van Nistelrooy wyrównał wynik pojedynku w Saragossie na dziesięć sekund przed trafieniem Raula Tamudo… Arbitrzy kończą oba mecze, kończy się, jak twierdzą eksperci, najwspanialszy weekend w lidze hiszpańskiej. 10 sekund – tyle wystarczyło, aby Barcelona straciła szanse na mistrzostwo. Do rozegrania została oczywiście ostatnia kolejka i Katalończycy mieli jeszcze matematyczne szanse na tytuł, ale Real ostatecznie wygrał 3:1 z Mallorcą i to on cieszył się z 30. w historii mistrzostwa kraju.
Komentarze3
~
~Jaro
Jeden z najpiękniejszych meczów jakie miałem
okazje oglądać to niewątpliwie finał LM z 1999r.,
podziwiałem wtedy „holenderską” Barcelonę ale to
co zrobił wtedy Manchester… Niestety wydarzenia z
ligi hiszpańskiej z 2007r. też nie są mi obce bo
Barcelona przegrała wtedy praktycznie już wygraną
ligę (ten sezon to początki geniuszu Messiego,
Tamudo od tamtej chwili staje się głównym wrogiem
wśród piłkarzy dla kibiców Blaugrany). Można
powiedzieć Raul Tamudo- najlepszy przyjaciel Realu
Madryt…
S
sh@rak
nieraz śniły mi się koszmary po tamtym meczu,
to… właśnie za to kocham piłkę nożną. A
przegrywać też trzeba umieć, nawet jeżeli od
nieba dzielą nas milimetry. Nawet, jeżeli wszyscy
krzyczą na siebie, trzeba uchylić głowę i z
szacunkiem uznać wyższość rywala. Wedle swojego
własnego piłkarskiego przykazania, czyli szacunku,
na ścianie obok plakatu Barcelony widnieje również
wizerunek Realu… i tak zawsze pozostanie, bo
pamiętajmy, że potężny Real nie byłby potężny
bez Barcy, i na odwrót.
~
~Kiepski
Przecięż to bul faul na czerwoną
kartkę!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!