Już w sobotę w Brazylii rozpocznie się tegoroczny Puchar Konfederacji. Zagra w nim osiem reprezentacji. Ich przedstawienie rozpoczniemy od dwóch krajów wysuniętych najbardziej na wschód, czyli Japonii i Tahiti.
Puchar Konfederacji ma to do siebie, że nie gra w nim osiem najlepszych zespołów na świecie, ale ośmiu przedstawicieli różnych kontynentów. Dlatego tym razem będziemy mogli oglądać w akcji piłkarzy Tahiti. Dla nich już sama możliwość gry i sprawdzenia się na tle Hiszpanów, Urugwajczyków i Nigeryjczyków (bo, z całym szacunkiem, zakładamy, że Tahitańczycy dalej nie przejdą) jest życiowym sukcesem i największą przygodą życia.

Siłę tej reprezentacji najlepiej zobrazować w taki sposób: żeby piłkarze Tahiti mieli szansę zwyciężyć w Pucharze Konfederacji, musieliby walczyć z przeciwnikami pokroju Andory, Malty, Liechtensteinu czy Luksemburga. Prawdopodobnie z Brazylii do domu wrócą z bagażem kilkunastu bramek, ale i tak będzie to dla ich futbolu niesamowite święto.
Jak to się w ogóle stało, że Tahiti awansowało na Puchar Konfederacji? W dniach 1-10 czerwca zeszłego roku na Wyspach Salomona rozegrany został Puchar Narodów Oceanii. Tahiti już w pierwszym meczu pokazało, że będzie mocne, rozbijając Samoa 10:1. W drugim spotkaniu grupy A było trudniej, ale po emocjonującej końcówce udało się pokonać Nową Kaledonię 4:3. W ostatnim starciu grupowym zwycięstwo 4:1 nad Vanatu pozwoliło z pierwszego miejsca awansować do półfinału. Tam czekali gospodarze imprezy, ale nawet atut własnego boiska im nie pomógł, bo to Tahiti po golu Jonathana Tehau w 15. minucie wygrało 1:0. W drugim półfinale sensacja, faworyzowana Nowa Zelandia przegrała 0:2 z Nową Kaledonią i odpadła z rozgrywek. W finale doszło więc do powtórki z drugiej kolejki w grupie A. I tym razem zwycięzca był ten sam, choć bramka padła tylko jedna. Strzelił ją już w 10. minucie Steevy Chong Hue, zapewniając swojej ojczyźnie pierwszy w historii tytuł mistrza Oceanii.
Kadra, którą dysponuje Eddy Etaeta, na kolana nie powala, no chyba że ktoś chce się niemiło pośmiać. W zdecydowanej większości są to półprofesjonaliści trenujący wieczorami po pracy. Właściwie tylko jeden gracz ma obecnie podpisany w pełni zawodowy kontrakt. Jest nim Marama Varihua, w ostatnim sezonie wypożyczony z Nancy do greckiego Panthrakikosu. Ten 33-letni napastnik lub ofensywny pomocnik najlepsze lata ma już za sobą. Jest on może znany wnikliwie śledzącym francuską Ligue 1, bo w tamtejszych klubach występował aż do wspomnianego przed chwilą wypożyczenia nieprzerwanie od 1998 roku. Wychowanek akademii Nantes, z którego to klubu odszedł w 2004 roku do Nicei. Po trzech latach na kolejne trzy zakotwiczył w Lorient, a od 2010 roku broni barw Nancy, choć chyba lepiej pasuje stwierdzenie, że jest oficjalnie zawodnikiem tej drużyny, bo dwa poprzednie sezony spędził na wypożyczeniach. Resztę kadry stanowią piłkarze klubów dwóch ostatnich mistrzów Tahiti, czyli AS Tefana i AS Dragon. Trener może też wystawić naraz czterech piłkarzy z jednej rodziny! Wszyscy na nazwisko mają Tehau. Lorenzo i Alvin to bliźniaki, mają jeszcze brata Jonathana i kuzyna Teaonui. I wcale nie jest tak, że to tylko ciekawostka folklorystyczna, bo wszyscy czterej naprawdę są pewnymi punktami zespołu. Zdarzył się nawet taki mecz (wspomniane 10:1 z Samoa), kiedy wszyscy wpisali się na listę strzelców!












