Wczoraj, na równe sto dni przed pierwszym meczem Euro 2012, wszystkie ekipy, które w czerwcu pojawią się na boiskach Polski i Ukrainy, rozegrały mecze towarzyskie. Jak to na studniówkach nie zabrakło oczywiście emocji, niespodzianek i wielkich widowisk. Jednym z ważniejszych wydarzeń było oficjalne otwarcie Stadionu Narodowego w Warszawie, które uświetniło, bezbramkowe niestety, spotkanie Polska – Portugalia.
Hity na czasie
Najciekawiej było w Bremie i w Londynie, gdzie gospodarze podejmowali odpowiednio Francję i Holandię. W obydwu spotkaniach wygrali goście, co zwłaszcza w tym pierwszym przypadku można uznać za niespodziankę. Niemcy od jakiegoś czasu grają wyśmienicie, ale w nowy rok nie weszli najlepiej. Poprzedni zakończyli rozbiciem Holandii 3:0, co najlepiej obrazuje, jak wielka siła drzemie w drużynie naszych zachodnich sąsiadów. Tym razem jednak brązowi medaliści ostatnich mistrzostw świata musieli uznać wyższość Francuzów, których nikt ostatnio nie traktował poważnie, i polegli 1:2. „Trójkolorowi” od dłuższego czasu prezentują się solidnie, ale nie zachwycają i z pewnością nie należą do ścisłego grona faworytów Euro. Taka opinia może być jednak krzywdząca – podopieczni Laurenta Blanca, dobrego znajomego Piotra Świerczewskiego, nie zwykli ostatnio przegrywać. Z dziesięciu rozegranych ostatnio spotkań wygrali sześć, a cztery zremisowali i trzeba przyznać, że jest to wynik naprawdę dobry, zasługujący na szacunek. Warto zaznaczyć, że swoje pierwsze trafienie w trzecim meczu w drużynie narodowej zaliczył Olivier Giroud z HSC Montpellier. Napastnik jest liderem i rewelacją tego sezonu Ligue 1 i dzielnie przewodzi klasyfikacji ligowych strzelców. Teraz wysoką dyspozycję potwierdził także w spotkaniu międzynarodowym i jeśli utrzyma ją do czerwca, to kto wie, czy nie pojawi się w wyjściowej jedenastce „Les Bleus” na spotkanie z Anglią, którym Francuzi zainaugurują mistrzostwa.
Andriej Arszawin (fot. skysports.com)
Mecz był wyrównany, obydwie ekipy zaprezentowały kawał dobrego futbolu i trzeba przyznać, że gdyby nie słaba skuteczność zawodników, to zgromadzeni na Weserstadion kibice ujrzeliby dwa razy tyle goli. Zawiódł zwłaszcza Miroslav Klose, który sam mógł ustrzelić hat-tricka, jednak w najważniejszych momentach zabrakło mu zimnej krwi. Jednak honory należy oddać też bramkarzowi gości, Hugo Llorisowi, który bronił wręcz perfekcyjnie. Nie popisał się za to jego vis-a-vis w zespole gospodarzy, Tim Wise, który tym razem nie dał bremeńskiej publiczności powodów do radości.
Na Wembley Anglicy podejmowali wicemistrzów świata Holendrów i ulegli im 2:3. Wszystkie bramki padły w drugiej połowie, z czego aż trzy w ostatnich pięciu minutach. Na uwagę zasługuje zwłaszcza dobra gra Arjena Robbena i Klaasa-Jana Huntelaara. Ten pierwszy strzelił dwie rzadkiej urody bramki, a drugi, mimo że przebywał na boisku niecałe 20 minut, udowodnił, jak bardzo zależy mu na grze w kadrze i do jakich poświęceń jest gotów. Niech za cały komentarz posłuży to, że zdobywając gola na 2:0, gryzł trawę (dosłownie!), złamał nos i stracił ząb.
Po tym zdarzeniu napastnik Schalke musiał opuścić boisko i jak na razie nie wiadomo nic na temat stanu jego zdrowia.
W roli kapitana reprezentacji Anglii zadebiutował w tym spotkaniu Scott Parker. Pomocnik Tottenhamu został niespodziewanie nominowany do tej roli dopiero w dniu meczu i trzeba przyznać, że wywiązał się z niej nie najgorzej. Nie wiadomo jednak, czy to już koniec poszukiwania nowego lidera i Parker będzie także kapitanował Anglikom na Euro, czy jest to jedynie chwilowe rozwiązanie. Od wszelkich komentarzy powstrzymuje się sam zawodnik, a także nowy selekcjoner synów Albionu, Stuart Pearce.
Wracając jednak do meczu – na pięć minut przed końcem spotkania Holendrzy prowadzili 2:0, aby w 90. minucie to prowadzenie stracić i pozwolić gospodarzom na wyrównanie stanu meczu. Wtedy jednak sprawy w swoje ręce wziął Robben i w doliczonym czasie gry po zamieszaniu w polu karnym technicznym uderzeniem przerzucił piłkę nad bezradnym Joe Hartem. Skrzydłowy Bayernu udowodnił, że wciąż należy do najlepszych piłkarzy naszej planety i gdy tylko jest w dobrej formie niestraszny mu żaden rywal.
Kilka niespodzianek
Po Wenezueli przejechali się Hiszpanie, którzy na La Rosaleda w Maladze rozgromili przyjezdnych5:0. Sam wynik nie jest może niczym niespodziewanym, bo gdyby porównać potencjał tych ekip, to Hiszpanie miażdżą rywali, ale na specjalną uwagę zasługują strzelcy goli, a raczej jeden z nich. Wspaniałe zawody rozegrał bowiem Roberto Soldado, który ustrzelił hat-tricka i chyba na dobre rozwiał marzenia Fernando Torresa o wyjeździe na Euro. Atakujący Valencii jest w tym sezonie w wyśmienitej formie i kibice od dłuższego czasu domagali się od Vincente del Bosque powołania go do reprezentacji, jednak popularny „Sfinks” pozostawał głuchy na te wołania. A gdy już powołanie napastnik „Nietoperzy” dostawał, to tylko po to, aby przyjechać na zgrupowanie i z wysokości ławki rezerwowych obejrzeć biegających po murawie kolegów. Tym razem okazało się jednak, że skorzystanie z usług 26-letniego snajpera będzie konieczne – kontuzja Villi, tragiczna forma Torresa, który nie dostał nawet powołania na to spotkanie, słaba gra Fernando Llorente w pierwszej części spotkania. Tzw. seria niefortunnych zdarzeń zmusiła del Bosque do postawienia na Soldado, a ten nie pozostawił złudzeń, że słusznie jest w tym momencie uznawany za najlepszego snajpera „La Furia Roja”. Wrażenie mogłoby być jeszcze lepsze, gdyby wykorzystał on w 66. minucie rzut karny, ale i bez tego należą mu się tylko pochwały.
Na swoim terenie Szwedom ulegli Chorwaci. Spotkanie zakończyło się wynikiem 1:3, ale wszystkie gole były autorstwa Skandynawów. Na prowadzenie gości wyprowadził Zlatan Ibrahimović, a tuż przed końcem pierwszej połowy piłkę do własnej bramki skierował obrońca, Jonas Olsson. W drugiej połowie Szwedzi zaprezentowali się jednak zdecydowanie lepiej od Chorwatów i dzięki dwóm trafieniom Sebastiana Larssona odnieśli efektownie zwycięstwo. Jeśli mamy szukać czarnego konia tegorocznego turnieju, to największe szanse, według mnie, aby namieszać, mają właśnie Szwedzi. Ich drużyna pełna jest graczy doświadczonych, grających na co dzień w Anglii, Holandii i we Włoszech. Najmłodszy z tej ekipy John Guidetti ma zaledwie 19 lat, a najstarszy Anders Svensson aż 35. Prawdziwa mieszanka rutyny z młodością, która może przynieść zaskakujące rezultaty.
Drugi raz z rzędu przed własną publicznością nie popisali się Włosi, którzy na koniec zeszłego roku przegrali z Urugwajem, a wczoraj musieli uznać wyższość Amerykanów. Zawodnicy z Italii zaprezentowali się, co prawda, o wiele lepiej od Jankesów, ale jak wiadomo, w futbolu wygrywa nie ta ekipa, która gra ładniej, ale ta, która strzeli więcej goli. A że Włochom, pomimo ciągłego naporu, do siatki trafić się nie udało, to skrzętnie wykorzystali to przyjezdni, a konkretnie Clint Dempsey i niespodziewanie zrobiło się 0:1. Jest to o tyle zaskakujące, że to właśnie zawodnicy z Półwyspu Apenińskiego słynęli raczej z solidnej obrony, wyczekania rywala i pogrążenia go w najmniej oczekiwanej chwili. Tym razem polegli od swojej własnej broni i jeśli tak samo rażącą nieskuteczność zaprezentują na boiskach Euro, to trudno oczekiwać od nich jakichkolwiek sukcesów.
A co u naszych rywali?
Z grupy A, w której rywalizować będą Polacy, Grecy, Czesi i Rosjanie, ze zwycięstwa we wczorajszym meczu cieszyli się tylko ci ostatni. Reprezentacja największego kraju na świecie pokonała na wyjeździe innych finalistów turnieju – Duńczyków. Spotkanie zakończyło się wynikiem 0:2 i jego losy zostały rozstrzygnięte już w pierwszej połowie, gdy na listę strzelców wpisali się Roman Szyrokow i Andriej Arszawin. Pochwała należy się zwłaszcza zawodnikowi Arsenalu, który po wypożyczeniu do Zenitu Sankt Petersburg wyraźnie odżył. Walczył, biegał (co jest do niego zupełnie niepodobne), strzelił gola i zaliczył asystę, starał się udowodnić, że w Londynie za szybko postawili na nim krzyżyk. Krótko mówiąc, był prawdziwym liderem i motorem napędowym swojej reprezentacji. Powrót w rodzinne strony to chyba najlepsze, co go w ostatnim czasie spotkało i trzeba przyznać, że jeżeli tak wysoką dyspozycję utrzyma aż do rozpoczęcia Euro, to napsuje naszym defensorom sporo krwi.
W niecodziennej scenerii, bo na Krecie, mecz rozegrała reprezentacja Grecji, która gościła na pięknej wyspie Belgów. Gospodarze wyszli na prowadzenie już na początku meczu za sprawą Dimitrisa Salpingidisa, ale jeszcze przed przerwą na ziemię sprowadził ich Nacer Chadli, który zdobył wyrównującą bramkę, która jak miało się okazać, była także ostatnią, jaka padła w tym spotkaniu. Grecy przez ostatnie pół godziny grali w przewadze jednego zawodnika, ale nie udało im się tego wykorzystać. Mecz nie był wielkim widowiskiem, kibice ujrzeli w sumie pięć celnych strzałów i niepocieszni remisem, jeszcze przed końcowym gwizdkiem zaczęli opuszczać stadion. Grekom należą się jednak ciepłe słowa, bo może nie grają tak efektywnie jak w 2004 roku, kiedy sięgali po mistrzostwo Europy, ale prezentują futbol zdecydowanie bardziej odważny i ofensywny niż osiem lat temu. Na tamtych nudnych i perfekcyjnie broniących Greków nie dało się tak naprawdę patrzeć, a tych ogląda się jeśli nie z przyjemnością, to na pewno ze sporym zaciekawieniem.
Na wyspie, tyle że w zupełnie innej części Europy, zagrali także Czesi. Nasi południowi sąsiedzi polecieli aż do Dublinu na spotkanie z Irlandczykami, które zremisowali 1:1. Gdyby nie fatalna skuteczność ofensywnych formacji, podopieczni Michala Bilka wywieźliby z trudnego terenu zwycięstwo, a tak skończyło się na stracie bramki w 86. minucie i remisie. Jak głosi stara piłkarska prawda – niewykorzystane sytuacje się mszczą, tak więc było i tym razem. Czesi oddali 12 strzałów, ale tylko cztery z nich potrafili skierować w światło bramki, co nie jest wynikiem godnym pozazdroszczenia. Wobec sporych problemów w defensywie szansę debiutu w reprezentacji dostał Frantisek Rajtoral – podpora Viktorii Pilzno. Prawy obrońca rozegrał przyzwoite zawody i jeśli nie wydarzy się nic niespodziewanego, to powinien mieć pewne miejsce w 23 osobowej ekipie na mistrzostwa.
Nie wygrali także nasi rodacy, którzy Stadion Narodowy w Warszawie przywitali bezbramkowym remisem z Portugalią. Trzeba przyznać, że arena robi dużo lepsze wrażenie niż nasza kadra, a także zgromadzeni na niej kibice. Na meczu brakowało atmosfery piłkarskiego święta, jaka jeszcze nie tak dawno była przecież obowiązkowa na każdym spotkaniu reprezentacji. Tym razem było cicho, bez przyśpiewek i na pewno bez dwunastego zawodnika, jakim zwykli bywać dla piłkarzy kibice. Nic więc dziwnego, że nic wielkiego nie zaprezentowali także nasi futboliści. Mecz nie był w ich wykonaniu najgorszy, ale stwierdzenie, że zagrali dobrze, byłoby sporą przesadą. Brakowało przede wszystkim pomysłu na grę w ofensywie i potwierdziło się, że bez Roberta Lewandowskiego na szpicy o bramkach możemy co najwyżej pomarzyć. Z dobrej strony pokazał się Wojtek Szczęsny, który po raz kolejny ratował „Biało-czerwonych” w beznadziejnych nawet sytuacjach. Oby temu chłopakowi się nic nie stało, bo, jeśli nie daj Boże, zabraknie i „Lewego”, i Szczęsnego, to z Euro wylecimy już po drugim spotkaniu.
Weź udział w darmowej lidze typerów
pula nagród to ponad 3000zl miesięcznie
na helpbets.com
Dodaj komentarz
Wczoraj, na równe sto dni przed pierwszym meczem Euro 2012, wszystkie ekipy, które w czerwcu pojawią się na boiskach Polski i Ukrainy, rozegrały mecze towarzyskie. Jak to na studniówkach nie zabrakło oczywiście emocji, niespodzianek i wielkich widowisk. Jednym z ważniejszych wydarzeń było oficjalne otwarcie Stadionu Narodowego w Warszawie, które uświetniło, bezbramkowe niestety, spotkanie Polska – Portugalia.
Hity na czasie
Najciekawiej było w Bremie i w Londynie, gdzie gospodarze podejmowali odpowiednio Francję i Holandię. W obydwu spotkaniach wygrali goście, co zwłaszcza w tym pierwszym przypadku można uznać za niespodziankę. Niemcy od jakiegoś czasu grają wyśmienicie, ale w nowy rok nie weszli najlepiej. Poprzedni zakończyli rozbiciem Holandii 3:0, co najlepiej obrazuje, jak wielka siła drzemie w drużynie naszych zachodnich sąsiadów. Tym razem jednak brązowi medaliści ostatnich mistrzostw świata musieli uznać wyższość Francuzów, których nikt ostatnio nie traktował poważnie, i polegli 1:2. „Trójkolorowi” od dłuższego czasu prezentują się solidnie, ale nie zachwycają i z pewnością nie należą do ścisłego grona faworytów Euro. Taka opinia może być jednak krzywdząca – podopieczni Laurenta Blanca, dobrego znajomego Piotra Świerczewskiego, nie zwykli ostatnio przegrywać. Z dziesięciu rozegranych ostatnio spotkań wygrali sześć, a cztery zremisowali i trzeba przyznać, że jest to wynik naprawdę dobry, zasługujący na szacunek. Warto zaznaczyć, że swoje pierwsze trafienie w trzecim meczu w drużynie narodowej zaliczył Olivier Giroud z HSC Montpellier. Napastnik jest liderem i rewelacją tego sezonu Ligue 1 i dzielnie przewodzi klasyfikacji ligowych strzelców. Teraz wysoką dyspozycję potwierdził także w spotkaniu międzynarodowym i jeśli utrzyma ją do czerwca, to kto wie, czy nie pojawi się w wyjściowej jedenastce „Les Bleus” na spotkanie z Anglią, którym Francuzi zainaugurują mistrzostwa.
Andriej Arszawin (fot. skysports.com)
Mecz był wyrównany, obydwie ekipy zaprezentowały kawał dobrego futbolu i trzeba przyznać, że gdyby nie słaba skuteczność zawodników, to zgromadzeni na Weserstadion kibice ujrzeliby dwa razy tyle goli. Zawiódł zwłaszcza Miroslav Klose, który sam mógł ustrzelić hat-tricka, jednak w najważniejszych momentach zabrakło mu zimnej krwi. Jednak honory należy oddać też bramkarzowi gości, Hugo Llorisowi, który bronił wręcz perfekcyjnie. Nie popisał się za to jego vis-a-vis w zespole gospodarzy, Tim Wise, który tym razem nie dał bremeńskiej publiczności powodów do radości.
Na Wembley Anglicy podejmowali wicemistrzów świata Holendrów i ulegli im 2:3. Wszystkie bramki padły w drugiej połowie, z czego aż trzy w ostatnich pięciu minutach. Na uwagę zasługuje zwłaszcza dobra gra Arjena Robbena i Klaasa-Jana Huntelaara. Ten pierwszy strzelił dwie rzadkiej urody bramki, a drugi, mimo że przebywał na boisku niecałe 20 minut, udowodnił, jak bardzo zależy mu na grze w kadrze i do jakich poświęceń jest gotów. Niech za cały komentarz posłuży to, że zdobywając gola na 2:0, gryzł trawę (dosłownie!), złamał nos i stracił ząb.
Po tym zdarzeniu napastnik Schalke musiał opuścić boisko i jak na razie nie wiadomo nic na temat stanu jego zdrowia.
W roli kapitana reprezentacji Anglii zadebiutował w tym spotkaniu Scott Parker. Pomocnik Tottenhamu został niespodziewanie nominowany do tej roli dopiero w dniu meczu i trzeba przyznać, że wywiązał się z niej nie najgorzej. Nie wiadomo jednak, czy to już koniec poszukiwania nowego lidera i Parker będzie także kapitanował Anglikom na Euro, czy jest to jedynie chwilowe rozwiązanie. Od wszelkich komentarzy powstrzymuje się sam zawodnik, a także nowy selekcjoner synów Albionu, Stuart Pearce.
Wracając jednak do meczu – na pięć minut przed końcem spotkania Holendrzy prowadzili 2:0, aby w 90. minucie to prowadzenie stracić i pozwolić gospodarzom na wyrównanie stanu meczu. Wtedy jednak sprawy w swoje ręce wziął Robben i w doliczonym czasie gry po zamieszaniu w polu karnym technicznym uderzeniem przerzucił piłkę nad bezradnym Joe Hartem. Skrzydłowy Bayernu udowodnił, że wciąż należy do najlepszych piłkarzy naszej planety i gdy tylko jest w dobrej formie niestraszny mu żaden rywal.
Kilka niespodzianek
Po Wenezueli przejechali się Hiszpanie, którzy na La Rosaleda w Maladze rozgromili przyjezdnych5:0. Sam wynik nie jest może niczym niespodziewanym, bo gdyby porównać potencjał tych ekip, to Hiszpanie miażdżą rywali, ale na specjalną uwagę zasługują strzelcy goli, a raczej jeden z nich. Wspaniałe zawody rozegrał bowiem Roberto Soldado, który ustrzelił hat-tricka i chyba na dobre rozwiał marzenia Fernando Torresa o wyjeździe na Euro. Atakujący Valencii jest w tym sezonie w wyśmienitej formie i kibice od dłuższego czasu domagali się od Vincente del Bosque powołania go do reprezentacji, jednak popularny „Sfinks” pozostawał głuchy na te wołania. A gdy już powołanie napastnik „Nietoperzy” dostawał, to tylko po to, aby przyjechać na zgrupowanie i z wysokości ławki rezerwowych obejrzeć biegających po murawie kolegów. Tym razem okazało się jednak, że skorzystanie z usług 26-letniego snajpera będzie konieczne – kontuzja Villi, tragiczna forma Torresa, który nie dostał nawet powołania na to spotkanie, słaba gra Fernando Llorente w pierwszej części spotkania. Tzw. seria niefortunnych zdarzeń zmusiła del Bosque do postawienia na Soldado, a ten nie pozostawił złudzeń, że słusznie jest w tym momencie uznawany za najlepszego snajpera „La Furia Roja”. Wrażenie mogłoby być jeszcze lepsze, gdyby wykorzystał on w 66. minucie rzut karny, ale i bez tego należą mu się tylko pochwały.
Na swoim terenie Szwedom ulegli Chorwaci. Spotkanie zakończyło się wynikiem 1:3, ale wszystkie gole były autorstwa Skandynawów. Na prowadzenie gości wyprowadził Zlatan Ibrahimović, a tuż przed końcem pierwszej połowy piłkę do własnej bramki skierował obrońca, Jonas Olsson. W drugiej połowie Szwedzi zaprezentowali się jednak zdecydowanie lepiej od Chorwatów i dzięki dwóm trafieniom Sebastiana Larssona odnieśli efektownie zwycięstwo. Jeśli mamy szukać czarnego konia tegorocznego turnieju, to największe szanse, według mnie, aby namieszać, mają właśnie Szwedzi. Ich drużyna pełna jest graczy doświadczonych, grających na co dzień w Anglii, Holandii i we Włoszech. Najmłodszy z tej ekipy John Guidetti ma zaledwie 19 lat, a najstarszy Anders Svensson aż 35. Prawdziwa mieszanka rutyny z młodością, która może przynieść zaskakujące rezultaty.
Drugi raz z rzędu przed własną publicznością nie popisali się Włosi, którzy na koniec zeszłego roku przegrali z Urugwajem, a wczoraj musieli uznać wyższość Amerykanów. Zawodnicy z Italii zaprezentowali się, co prawda, o wiele lepiej od Jankesów, ale jak wiadomo, w futbolu wygrywa nie ta ekipa, która gra ładniej, ale ta, która strzeli więcej goli. A że Włochom, pomimo ciągłego naporu, do siatki trafić się nie udało, to skrzętnie wykorzystali to przyjezdni, a konkretnie Clint Dempsey i niespodziewanie zrobiło się 0:1. Jest to o tyle zaskakujące, że to właśnie zawodnicy z Półwyspu Apenińskiego słynęli raczej z solidnej obrony, wyczekania rywala i pogrążenia go w najmniej oczekiwanej chwili. Tym razem polegli od swojej własnej broni i jeśli tak samo rażącą nieskuteczność zaprezentują na boiskach Euro, to trudno oczekiwać od nich jakichkolwiek sukcesów.
A co u naszych rywali?
Z grupy A, w której rywalizować będą Polacy, Grecy, Czesi i Rosjanie, ze zwycięstwa we wczorajszym meczu cieszyli się tylko ci ostatni. Reprezentacja największego kraju na świecie pokonała na wyjeździe innych finalistów turnieju – Duńczyków. Spotkanie zakończyło się wynikiem 0:2 i jego losy zostały rozstrzygnięte już w pierwszej połowie, gdy na listę strzelców wpisali się Roman Szyrokow i Andriej Arszawin. Pochwała należy się zwłaszcza zawodnikowi Arsenalu, który po wypożyczeniu do Zenitu Sankt Petersburg wyraźnie odżył. Walczył, biegał (co jest do niego zupełnie niepodobne), strzelił gola i zaliczył asystę, starał się udowodnić, że w Londynie za szybko postawili na nim krzyżyk. Krótko mówiąc, był prawdziwym liderem i motorem napędowym swojej reprezentacji. Powrót w rodzinne strony to chyba najlepsze, co go w ostatnim czasie spotkało i trzeba przyznać, że jeżeli tak wysoką dyspozycję utrzyma aż do rozpoczęcia Euro, to napsuje naszym defensorom sporo krwi.
W niecodziennej scenerii, bo na Krecie, mecz rozegrała reprezentacja Grecji, która gościła na pięknej wyspie Belgów. Gospodarze wyszli na prowadzenie już na początku meczu za sprawą Dimitrisa Salpingidisa, ale jeszcze przed przerwą na ziemię sprowadził ich Nacer Chadli, który zdobył wyrównującą bramkę, która jak miało się okazać, była także ostatnią, jaka padła w tym spotkaniu. Grecy przez ostatnie pół godziny grali w przewadze jednego zawodnika, ale nie udało im się tego wykorzystać. Mecz nie był wielkim widowiskiem, kibice ujrzeli w sumie pięć celnych strzałów i niepocieszni remisem, jeszcze przed końcowym gwizdkiem zaczęli opuszczać stadion. Grekom należą się jednak ciepłe słowa, bo może nie grają tak efektywnie jak w 2004 roku, kiedy sięgali po mistrzostwo Europy, ale prezentują futbol zdecydowanie bardziej odważny i ofensywny niż osiem lat temu. Na tamtych nudnych i perfekcyjnie broniących Greków nie dało się tak naprawdę patrzeć, a tych ogląda się jeśli nie z przyjemnością, to na pewno ze sporym zaciekawieniem.
Na wyspie, tyle że w zupełnie innej części Europy, zagrali także Czesi. Nasi południowi sąsiedzi polecieli aż do Dublinu na spotkanie z Irlandczykami, które zremisowali 1:1. Gdyby nie fatalna skuteczność ofensywnych formacji, podopieczni Michala Bilka wywieźliby z trudnego terenu zwycięstwo, a tak skończyło się na stracie bramki w 86. minucie i remisie. Jak głosi stara piłkarska prawda – niewykorzystane sytuacje się mszczą, tak więc było i tym razem. Czesi oddali 12 strzałów, ale tylko cztery z nich potrafili skierować w światło bramki, co nie jest wynikiem godnym pozazdroszczenia. Wobec sporych problemów w defensywie szansę debiutu w reprezentacji dostał Frantisek Rajtoral – podpora Viktorii Pilzno. Prawy obrońca rozegrał przyzwoite zawody i jeśli nie wydarzy się nic niespodziewanego, to powinien mieć pewne miejsce w 23 osobowej ekipie na mistrzostwa.
Nie wygrali także nasi rodacy, którzy Stadion Narodowy w Warszawie przywitali bezbramkowym remisem z Portugalią. Trzeba przyznać, że arena robi dużo lepsze wrażenie niż nasza kadra, a także zgromadzeni na niej kibice. Na meczu brakowało atmosfery piłkarskiego święta, jaka jeszcze nie tak dawno była przecież obowiązkowa na każdym spotkaniu reprezentacji. Tym razem było cicho, bez przyśpiewek i na pewno bez dwunastego zawodnika, jakim zwykli bywać dla piłkarzy kibice. Nic więc dziwnego, że nic wielkiego nie zaprezentowali także nasi futboliści. Mecz nie był w ich wykonaniu najgorszy, ale stwierdzenie, że zagrali dobrze, byłoby sporą przesadą. Brakowało przede wszystkim pomysłu na grę w ofensywie i potwierdziło się, że bez Roberta Lewandowskiego na szpicy o bramkach możemy co najwyżej pomarzyć. Z dobrej strony pokazał się Wojtek Szczęsny, który po raz kolejny ratował „Biało-czerwonych” w beznadziejnych nawet sytuacjach. Oby temu chłopakowi się nic nie stało, bo, jeśli nie daj Boże, zabraknie i „Lewego”, i Szczęsnego, to z Euro wylecimy już po drugim spotkaniu.