Dziś dla odmiany EuroKomentarz na temat tylko trzech miast. W Gdańsku i na Ukrainie nie działo się nic, co byłoby warte skomentowania. Przykro mi.
Warszawa
Są takie dni, gdy człowiek marzy o tym, by jako prosty robotnik pracować na budowie. Kiedyś wiązało się to z możliwością załatwiania sobie na lewo metalowych prętów albo worków z cementem. Teraz jest nawet fajniej, zwłaszcza na budowie Stadionu Narodowego. Pracownicy zajmujący się pracami wykończeniowymi mieli ostatnią okazję zabawić się w testerów wytrzymałości instalacji. Polegało to na tym, że biegali sobie po schodach. Skakali, tupali i generalnie robili przyjemne rzeczy. Dzięki takim małym przyjemnościom dorośli faceci przenieśli się chociaż na chwilę do świata beztroskiego dzieciństwa. Jestem pewny, że panowie bardzo starali się podczas procesu tupania i biegania – gdyby wykryli jakąś usterkę, staliby się bohaterami. No chyba że ta usterka skutkowałaby zawaleniem się schodów. Wtedy panowie mieliby problem. Ale w końcu „zginąć za ojczyznę – to dopiero życie!”. Żeby było jasne, nie chcę nikogo krytykować. Po prostu wizja robotników biegających w tę i z powrotem po schodach zawładnęła moim umysłem.
Zarządcy naszego stadionu doszli chyba do wniosku, że trzeba zrobić trochę szumu. Na szczęście ów szum zdecydowali się wywołać w najlepszy możliwy sposób – wpuszczając warszawiaków na stadiom i pozwalając im oczyma wyobraźni zobaczyć zapełnione trybuny wiwatujące na cześć Eugena Polanskiego strzelającego gola Niemcom w półfinale Euro. Praktycznie każdy, kto odwiedził stadion, jest zauroczony formą i zachwycony rozmachem. Dobrze, że obiekt, który siłą rzeczy stanie się nowym symbolem stolicy, podoba się mieszkańcom miasta. Nic by się nie stało, gdyby się nie podobał, ale dobrze, że się podoba. Pałac Kultury się mieszkańcom nie podoba, a mimo to sterczy sobie na środku Warszawy w najlepsze. Jeśli macie możliwość, przyjdźcie na stadion, żeby kiedyś, kiedy na trybunach Narodowego rozgoszczą się już wietnamscy handlarze skarpetek, móc powiedzieć wnukom, że widziało się ten stadion jeszcze przed otwarciem i że kiedyś dostarczał on futbolowych wrażeń, a nie nielegalnych emigrantów.
Wrocław
Stolica Dolnego Śląska ma już nowy stadion. To ładny stadion. Duży. Czysty. Taki świecący… Na razie nie jest to stadion piłkarski, bo pierwszy mecz Śląsk rozegra tam dopiero za ponad miesiąc. Na razie, jak wynika z relacji naszego wrocławskiego korespondenta, jest to jakaś sprytna mieszanka czegoś, co zgniata ludzi z czymś, co tym ludziom zapewnia rozrywkę. Coś jak wściekły Hulk w przebraniu klauna żonglujący tortami.
Rozumiem, że trwają jeszcze prace wykończeniowe, że coś może być nie w pełni sprawne, ale ze względów bezpieczeństwa niedopuszczalne jest, żeby ludzie tłoczyli się przy wyjściu. Ktoś by upadł, ktoś by na niego nadepnął i byłoby niefajnie. A co, jeśli w tunelu pojawiłby się rozdrażniony nosorożec?! Co wtedy? Nie chcę nawet myśleć.
Inna sprawa – trochę dziwne, trochę smutne, że piłkarską inauguracją stadionu zbudowanego na Euro będzie mecz Śląsk – Lechia. Oba kluby są zasłużone, popularne i z pewnością zapełnią obiekt, ale moim zdaniem nie o to w tym wszystkich chodzi.










