Im bliżej startu Euro, tym więcej absurdu unosi się w powietrzu. Na początku martwiliśmy się o sieć komunikacyjną, potem o stadiony. Gdy wszystko ułożyło się dobrze, znaleźliśmy sobie nowy powód do narzekań – sytuację polityczną na Ukrainie.
O tym, co dzieje się u naszego wschodniego sąsiada, wiedzą wszyscy. Nie jest za różowo, demokracja kuleje, władza nie zawsze liczy się z obywatelami, łamane są prawa człowieka. Jakiś czas temu doszła do tego sprawa Julii Tymoszenko. Europejscy politycy, najpierw niemieccy, później holenderscy, a ostatnio nawet polscy, wymyślili bojkot. No bo przecież wiadomo, że jeśli minister sportu z Niderlandów nie pojawi się w Kijowie, to Wiktor Janukowycz będzie zdruzgotany. Na pewno nieobecność kilku zachodnioeuropejskich decydentów sprawi, że prezydent Ukrainy zmieni swoje podejście do polityki, zacznie respektować prawa obywateli i niczym kapitan żaglowca obierze kurs na zachód, wprowadzając swój kraj do krainy mlekiem i miodem płynącej.
Żarty na bok. Jeśli politycy zbojkotują Euro, nie zaszkodzą ukraińskiemu rządowi. Zaszkodzą swoim piłkarzom, swoim obywatelom i sobie. Sport zawsze będzie mieszał się z polityką, tych dwóch dziedzin nie da się już rozdzielić. Przez większość czasu to polityka jest górą, ale przychodzą takie momenty, Euro jest oczywiście jednym z nich, gdy na pierwszym miejscu musi być sport. Panowie w garniturach stają się więźniami panów w spodenkach i getrach. Zawodnikom będzie smutno, gdy w meczu finałowym nie będzie ich witał żaden wysoko postawiony rodak. Kibicom też będzie smutno. I oni tego politykom nie zapomną. Na Ukrainie może się źle dziać, ale decydenci mają tam jechać nie jako ministrowie, premierzy i prezydenci, tylko jako obywatele państw X, Y i Z. Jako kibice.
Dość o tej polityce. Wielcy tego świata zrobią to, co uznają za stosowne. Nas to właściwie nie musi interesować. Czas na podsumowanie prac w poszczególnych miastach.
Warszawa
Stolica obecnie jest w rozsypce. Metro kursuje kulawo, Marszałkowska i Świętokrzyska są rozkopane. Jeden wielki bałagan. Na Euro wszystko ma być jednak doprowadzone do użytku. Największym problemem podczas samego turnieju będzie zapewne transport samochodowy. Już teraz, podczas meczów Polski z Portugalią i Legii z Sevillą, most Poniatowskiego był zupełnie nieprzejezdny. Reorganizacja (dezorganizacja?) ruchu powodowała gigantyczne korki oraz powszechny zamęt. Podczas turnieju będzie jeszcze gorzej. Na szczęście analizy organizatorów wskazują, że tylko niewielki odsetek kibiców będzie chciał dotrzeć pod Narodowy samochodem. Większość wybierze komunikację miejską. Dworzec Warszawa Stadion już działa. Jest nowy, ładny i wreszcie bardziej polski niż wietnamski. Stołeczne autobusy zostały już oznakowane specjalnymi naklejkami informującymi, że miasto jest jednym z gospodarzy turnieju. Trochę dziwne, że owe naklejki zawierają tekst jedynie w języku polskim. Ale nie ma co wybrzydzać, dobrze, że w ogóle są. Warszawa na Euro jest przygotowana praktycznie pod każdym względem. Tu kompromitacji na pewno nie będzie.










