Fot. Thiago Motta, Ludovic Obraniak i Ignazio Abate
Teoretycznie każdy mecz rozgrywany przez reprezentację Polski powinien służyć Franciszkowi Smudzie i jego podopiecznym jako drogowskaz, wskaźnik, na jakim obecnie etapie przygotowań się znajdujemy i co należy jeszcze poprawić, by na Euro nie najeść się wstydu. Po wrześniowym meczu z Niemcami mogliśmy być względnie zadowoleni: zawodnicy popełniali co prawda masę błędów, ale w bramce jak natchniony bronił Szczęsny, a z przodu zdobycz bramkową zapewniali gracze mistrza Niemiec. W piątek zobaczyliśmy, jak wygląda gra reprezentacji, kiedy tych dwóch elementów brakuje.
Nasuwające się wnioski nie są optymistyczne. Szczęsny, Błaszczykowski i Lewandowski w dobrej formie są warunkiem niezbędnym do tego, by myśleć o jakiejkolwiek zdobyczy punktowej na przyszłorocznym turnieju. Owszem, na boisku biega 11 facetów, ale jeśli ktoś ogląda mecze naszej kadry, nie ma chyba wątpliwości, że wspomniane trio zdecydowanie wybija się ponad poziom kolegów. Jeśli natomiast dostosowuje się do ogólnej mizerii, dobry przeciwnik nie ma najmniejszego problemu ze strzelaniem nam goli i wygrywaniem meczu.
Koszulka bez orła to już nie to samo? (fot. Mateusz Podyma / igol.pl)
Szukanie głębszych przyczyn słabego wyniku nie jest zadaniem zbyt sensownym. Te oczywiste są takie – przy obydwu golach nasi reprezentanci popełniali fatalne błędy, podobnie jak w sytuacjach pod bramką rywala. Dlaczego tak się działo? Za zimno? Za głośno? Smutno z powodu braku orzełka na koszulkach? Kto chce, niech się zastanawia. Moim zdaniem poważne traktowanie tego typu czynników mija się z celem – piłkarze powinni wyjść na boisko i dawać z siebie wszystko, niezależnie od tego, z kim, w czym i gdzie grają. A tego niestety w meczu z Włochami zabrakło.
O to należy mieć największe pretensje. Nie o gapiostwo pod swoją i nieskuteczność pod cudzą bramką, bo do tego zdążyliśmy się przyzwyczaić. O brak zaangażowania, o brak chęci do osiągnięcia dobrego wyniku za wszelką cenę, o brak fizycznej walki z lepszym przeciwnikiem. Z Niemcami można było gryźć trawę i wypruwać sobie żyły – z Włochami już niekoniecznie. Jaki z tego morał? Być może piłkarze uwierzyli, że skoro zwycięstwo w meczu z naszymi zachodnimi sąsiadami uciekło im w ostatniej chwili, to w meczu z drużyną, jakby nie patrzeć, niżej notowaną, nie trzeba się będzie aż tak wysilać.
Paweł Brożek pojawił się na boisku, by pomóc Robertowi Lewandowskiemu pod bramką Buffona. Nie udało się (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
Niestety owo przeświadczenie zawiodło i znów mamy problem. Mieliśmy nadzieję, że jeśli już piłkarze wskoczyli na pewien poziom, zaprezentowali pewne umiejętności, to nie będą już kroczyć wstecz, ale korygować kolejne niedoskonałości. Nic z tego. Spójrzmy więc na kadrę i jej wyniki bardziej ogólnie. Weźmy pod uwagę trzy mecze z trzema silnymi przeciwnikami – z Francją, Niemcami i Włochami. Idealna symulacja Euro. I co mamy? Jeden punkt. Jeden, wywalczony cudem punkt. Gra, owszem, bywała dobra, ale nie o takie wyniki chyba chodziło.
Wyobraźmy sobie zresztą, jakimi wynikami skończyłyby się mecze, gdyby cudów w bramce nie wyczyniał Wojciech Szczęsny. Zgadza się, golkiper Arsenalu popełnił błąd przy bramce Balotellego, nie powinien również puszczać piłki między nogami po strzale Pazziniego. To tylko uświadamia, że Wojtek, mimo iż jeden z najlepszych zawodników w swoim fachu, również popełnia błędy. Po prostu musi, nie jest maszyną. Liczmy się z tym, że coś takiego przydarzy mu się na Euro. Ale możemy być pewni, że nieporównywalnie większą liczbę niemal pewnych bramek wyjmie.
Co nowego można napisać o formacji defensywnej? Przepraszam, ale niestety nic. Ci, którzy nie chcą czytać po raz setny tego samego, niech przypomną sobie poprzednie teksty z cyklu „EuroAnaliza”. Dla tych, którzy się upierają: nasza obrona to tragedia. Fakt, przy pierwszej bramce zawinił „błyskotliwie” wyprowadzający piłkę Obraniak (kończ waść, wstydu oszczędź) i spacerujący na przedpolu Szczęsny, a przy drugiej bramce był spalony. Zadam pytanie – i jakie to ma znaczenie w kontekście wyniku? Bramki wpadły, zawiniła defensywa, bo nie było żadnych zmasowanych ataków, żadnych wysublimowanych akcji. Ot, banał, strzał z dystansu i spokojne rozgrywanie akcji w polu karnym. Z wykorzystaniem dwóch, trzech zawodników. A gdzie polska obrona?
Nad Jakubem Wawrzyniakiem i Łukaszem Piszczkiem nie ma co się znęcać. Czasem nie zdążyli z kryciem, czasem źle zaasekurowali stoperów, ale dobrze, im można wybaczyć, w końcu starali się udzielać przy kreowaniu akcji. Znów natomiast wypadało złapać się za głowę, patrząc na błędy stoperów. Zastanawia mnie, ile jeszcze ważnych meczów musi zawalić Arkadiusz Głowacki, żeby selekcjonerzy dali sobie spokój z wysyłaniem mu powołań? Chciałbym tylko zauważyć, że w poprzednim meczu kadry bezbłędnie (na środku obrony, to nie pomyłka) zagrał Marcin Wasilewski. 20 minut przed końcem piątkowego spotkania „Wasyl” pojawił się na boisku w miejsce Perquisa. Może Włochom się już nie chciało, ale pod naszą bramką jakoś nic się od tej pory nie działo.
Bonżur Ludowik! Że słi Damię (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
Do najbardziej udanych meczu ze „Squadra Azzurra” nie zaliczą też wszyscy pomocnicy. Środkowi, Eugen Polanski i Rafał Murawski, zagrali bez niezbędnej na ich pozycji ikry. Fakt, Włosi są mistrzami symulacji i lepiej nie wdawać się z nimi w boiskowe utarczki, lepiej przesadnie ostro nie faulować, bo odstawią taki teatr, że sędzia wykartkuje. Coś jednak należało zrobić, jakoś przeciwdziałać. Brać na siebie większą odpowiedzialność, przede wszystkim nie grać na zasadach rywala! Nie sposób nie zauważyć, że Adam Matuszczyk, mimo że przebywał na placu gry trzy razy krócej niż Polanski, pokazał nieporównanie więcej od niego.
Mam wrażenie, że Sławomir Peszko nie chce grać w reprezentacji. Mało tego, mam wrażenie, że nie powinno się go wpuszczać na boisko, chyba że chce się widzieć piłkę w górnych rzędach trybuny za bramką lub w rękach golkipera. Zawodnik Koeln pokazał, na co go stać w meczu z Niemcami. Później kajał się, mówił, że sporo pracował nad skutecznością i podobnych gaf już nie zaliczy. I co? W pierwszej połowie, mając przed sobą tylko Buffona, postanowił ustrzelić stewarda stojącego za bramką.
Kuba Błaszczykowski dwa razy strzelał karne na Euro. Raz trafił do siatki, drugi raz w Buffona (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
Wyjątkowo słabo, jak na siebie, zagrał również Jakub Błaszczykowski. Nie zmieniło to jednak faktu, że na tle kolegów zaprezentował się i tak dobrze. Jak zwykle szukał gry, zmuszał rywali do faulu, podawał w dobrym tempie. Tyle że… zaskakująco często niedokładnie. Kubie nie kleiła się zbytnio nawet współpraca z Łukaszem Piszczkiem, z którym przecież rozumieją się właściwie bez słów. Najlepszym dowodem na to, że pomocniki Borussii nie miał swojego dnia, był zmarnowany rzut karny. Nie można w ten sposób strzelać z jedenastu metrów do Gianluigiego Buffona.
Niewiele zarzucić można drugiemu z naszych dortmundzkich herosów, Lewandowskiemu. Niewiele podań przekładało się na niewiele sytuacji. Z walki z niezwykle wymagającymi obrońcami napastnik wyszedł z oceną co najmniej dostateczną, nieco irytowała tylko nadmierna pazerność „Lewego” i chęć strzelania z każdej pozycji. Ale jemu akurat często wpada, więc takie rzeczy można wybaczyć.
Na koniec małe gdybanie, które mimo nie najlepszego meczu uświadomi, jak cienka jest granica między świetnym a fatalnym wynikiem. Szczęsny broni strzał Balotellego, sędzia zauważa spalonego przy golu Pazziniego (albo Głowacki wybija piłkę). Peszko strzela w bramkę, podobnie Błaszczykowski. Z 0:2 robi się 2:0. We wtorek będzie już lepiej. Naszą formę sprawdzą supermocni Węgrzy.
Teoretycznie każdy mecz rozgrywany przez reprezentację Polski powinien służyć Franciszkowi Smudzie i jego podopiecznym jako drogowskaz, wskaźnik, na jakim obecnie etapie przygotowań się znajdujemy i co należy jeszcze poprawić, by na Euro nie najeść się wstydu. Po wrześniowym meczu z Niemcami mogliśmy być względnie zadowoleni: zawodnicy popełniali co prawda masę błędów, ale w bramce jak natchniony bronił Szczęsny, a z przodu zdobycz bramkową zapewniali gracze mistrza Niemiec. W piątek zobaczyliśmy, jak wygląda gra reprezentacji, kiedy tych dwóch elementów brakuje.
Nasuwające się wnioski nie są optymistyczne. Szczęsny, Błaszczykowski i Lewandowski w dobrej formie są warunkiem niezbędnym do tego, by myśleć o jakiejkolwiek zdobyczy punktowej na przyszłorocznym turnieju. Owszem, na boisku biega 11 facetów, ale jeśli ktoś ogląda mecze naszej kadry, nie ma chyba wątpliwości, że wspomniane trio zdecydowanie wybija się ponad poziom kolegów. Jeśli natomiast dostosowuje się do ogólnej mizerii, dobry przeciwnik nie ma najmniejszego problemu ze strzelaniem nam goli i wygrywaniem meczu.
Koszulka bez orła to już nie to samo? (fot. Mateusz Podyma / igol.pl)
Szukanie głębszych przyczyn słabego wyniku nie jest zadaniem zbyt sensownym. Te oczywiste są takie – przy obydwu golach nasi reprezentanci popełniali fatalne błędy, podobnie jak w sytuacjach pod bramką rywala. Dlaczego tak się działo? Za zimno? Za głośno? Smutno z powodu braku orzełka na koszulkach? Kto chce, niech się zastanawia. Moim zdaniem poważne traktowanie tego typu czynników mija się z celem – piłkarze powinni wyjść na boisko i dawać z siebie wszystko, niezależnie od tego, z kim, w czym i gdzie grają. A tego niestety w meczu z Włochami zabrakło.
O to należy mieć największe pretensje. Nie o gapiostwo pod swoją i nieskuteczność pod cudzą bramką, bo do tego zdążyliśmy się przyzwyczaić. O brak zaangażowania, o brak chęci do osiągnięcia dobrego wyniku za wszelką cenę, o brak fizycznej walki z lepszym przeciwnikiem. Z Niemcami można było gryźć trawę i wypruwać sobie żyły – z Włochami już niekoniecznie. Jaki z tego morał? Być może piłkarze uwierzyli, że skoro zwycięstwo w meczu z naszymi zachodnimi sąsiadami uciekło im w ostatniej chwili, to w meczu z drużyną, jakby nie patrzeć, niżej notowaną, nie trzeba się będzie aż tak wysilać.
Paweł Brożek pojawił się na boisku, by pomóc Robertowi Lewandowskiemu pod bramką Buffona. Nie udało się (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
Niestety owo przeświadczenie zawiodło i znów mamy problem. Mieliśmy nadzieję, że jeśli już piłkarze wskoczyli na pewien poziom, zaprezentowali pewne umiejętności, to nie będą już kroczyć wstecz, ale korygować kolejne niedoskonałości. Nic z tego. Spójrzmy więc na kadrę i jej wyniki bardziej ogólnie. Weźmy pod uwagę trzy mecze z trzema silnymi przeciwnikami – z Francją, Niemcami i Włochami. Idealna symulacja Euro. I co mamy? Jeden punkt. Jeden, wywalczony cudem punkt. Gra, owszem, bywała dobra, ale nie o takie wyniki chyba chodziło.
Wyobraźmy sobie zresztą, jakimi wynikami skończyłyby się mecze, gdyby cudów w bramce nie wyczyniał Wojciech Szczęsny. Zgadza się, golkiper Arsenalu popełnił błąd przy bramce Balotellego, nie powinien również puszczać piłki między nogami po strzale Pazziniego. To tylko uświadamia, że Wojtek, mimo iż jeden z najlepszych zawodników w swoim fachu, również popełnia błędy. Po prostu musi, nie jest maszyną. Liczmy się z tym, że coś takiego przydarzy mu się na Euro. Ale możemy być pewni, że nieporównywalnie większą liczbę niemal pewnych bramek wyjmie.
Co nowego można napisać o formacji defensywnej? Przepraszam, ale niestety nic. Ci, którzy nie chcą czytać po raz setny tego samego, niech przypomną sobie poprzednie teksty z cyklu „EuroAnaliza”. Dla tych, którzy się upierają: nasza obrona to tragedia. Fakt, przy pierwszej bramce zawinił „błyskotliwie” wyprowadzający piłkę Obraniak (kończ waść, wstydu oszczędź) i spacerujący na przedpolu Szczęsny, a przy drugiej bramce był spalony. Zadam pytanie – i jakie to ma znaczenie w kontekście wyniku? Bramki wpadły, zawiniła defensywa, bo nie było żadnych zmasowanych ataków, żadnych wysublimowanych akcji. Ot, banał, strzał z dystansu i spokojne rozgrywanie akcji w polu karnym. Z wykorzystaniem dwóch, trzech zawodników. A gdzie polska obrona?
Nad Jakubem Wawrzyniakiem i Łukaszem Piszczkiem nie ma co się znęcać. Czasem nie zdążyli z kryciem, czasem źle zaasekurowali stoperów, ale dobrze, im można wybaczyć, w końcu starali się udzielać przy kreowaniu akcji. Znów natomiast wypadało złapać się za głowę, patrząc na błędy stoperów. Zastanawia mnie, ile jeszcze ważnych meczów musi zawalić Arkadiusz Głowacki, żeby selekcjonerzy dali sobie spokój z wysyłaniem mu powołań? Chciałbym tylko zauważyć, że w poprzednim meczu kadry bezbłędnie (na środku obrony, to nie pomyłka) zagrał Marcin Wasilewski. 20 minut przed końcem piątkowego spotkania „Wasyl” pojawił się na boisku w miejsce Perquisa. Może Włochom się już nie chciało, ale pod naszą bramką jakoś nic się od tej pory nie działo.
Bonżur Ludowik! Że słi Damię (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
Do najbardziej udanych meczu ze „Squadra Azzurra” nie zaliczą też wszyscy pomocnicy. Środkowi, Eugen Polanski i Rafał Murawski, zagrali bez niezbędnej na ich pozycji ikry. Fakt, Włosi są mistrzami symulacji i lepiej nie wdawać się z nimi w boiskowe utarczki, lepiej przesadnie ostro nie faulować, bo odstawią taki teatr, że sędzia wykartkuje. Coś jednak należało zrobić, jakoś przeciwdziałać. Brać na siebie większą odpowiedzialność, przede wszystkim nie grać na zasadach rywala! Nie sposób nie zauważyć, że Adam Matuszczyk, mimo że przebywał na placu gry trzy razy krócej niż Polanski, pokazał nieporównanie więcej od niego.
Mam wrażenie, że Sławomir Peszko nie chce grać w reprezentacji. Mało tego, mam wrażenie, że nie powinno się go wpuszczać na boisko, chyba że chce się widzieć piłkę w górnych rzędach trybuny za bramką lub w rękach golkipera. Zawodnik Koeln pokazał, na co go stać w meczu z Niemcami. Później kajał się, mówił, że sporo pracował nad skutecznością i podobnych gaf już nie zaliczy. I co? W pierwszej połowie, mając przed sobą tylko Buffona, postanowił ustrzelić stewarda stojącego za bramką.
Kuba Błaszczykowski dwa razy strzelał karne na Euro. Raz trafił do siatki, drugi raz w Buffona (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
Wyjątkowo słabo, jak na siebie, zagrał również Jakub Błaszczykowski. Nie zmieniło to jednak faktu, że na tle kolegów zaprezentował się i tak dobrze. Jak zwykle szukał gry, zmuszał rywali do faulu, podawał w dobrym tempie. Tyle że… zaskakująco często niedokładnie. Kubie nie kleiła się zbytnio nawet współpraca z Łukaszem Piszczkiem, z którym przecież rozumieją się właściwie bez słów. Najlepszym dowodem na to, że pomocniki Borussii nie miał swojego dnia, był zmarnowany rzut karny. Nie można w ten sposób strzelać z jedenastu metrów do Gianluigiego Buffona.
Niewiele zarzucić można drugiemu z naszych dortmundzkich herosów, Lewandowskiemu. Niewiele podań przekładało się na niewiele sytuacji. Z walki z niezwykle wymagającymi obrońcami napastnik wyszedł z oceną co najmniej dostateczną, nieco irytowała tylko nadmierna pazerność „Lewego” i chęć strzelania z każdej pozycji. Ale jemu akurat często wpada, więc takie rzeczy można wybaczyć.
Na koniec małe gdybanie, które mimo nie najlepszego meczu uświadomi, jak cienka jest granica między świetnym a fatalnym wynikiem. Szczęsny broni strzał Balotellego, sędzia zauważa spalonego przy golu Pazziniego (albo Głowacki wybija piłkę). Peszko strzela w bramkę, podobnie Błaszczykowski. Z 0:2 robi się 2:0. We wtorek będzie już lepiej. Naszą formę sprawdzą supermocni Węgrzy.
Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował tego tekstu. Bądź pierwszy.