Po sobotnim meczu ze Słowacją możemy być chyba spokojni o reprezentację. Nic już bowiem nie wskazuje, byśmy mieli na Euro najeść się przez nią wstydu – obrona jest dość solidna, pomoc dość pomocnicza, a i z przodu przeważnie coś wpada. A przede wszystkim bodaj żaden z pobocznych czynników, lekceważonych przed poprzednimi turniejami, nie został zaniedbany.
Od niedzieli Euro 2012 nie jest już ułudą, turniejem, który odbędzie się nie wiadomo kiedy i nie wiadomo jak. Po ostatnim meczu i skreśleniu z szerokiej listy kadrowiczów trzech ostatnich nazwisk mistrzostwa stały się całkowicie realną, najbliższą przyszłością. Zresztą coraz więcej mamy dowodów, że to, co miało być gotowe, już jest gotowe.

Są hotele, są dworce i lotniska, nawet autostrady i linie kolejowe (choć oczywiście w zupełnie innym wymiarze, niż planowano) też się pojawiły. Poza profesjonalnie przygotowanym i rozegranym turniejem (a jako że jest on przeprowadzany właściwie wyłącznie przez UEFA, nie musimy się o to zbytnio martwić) pozostawało nam właściwie oczekiwać jednego – stanu gotowości do Euro w reprezentacji Polski.
Mecz z Łotwą był jeszcze ostatnim, ale jednym z wielu, elementem przygotowań do turnieju. Dublerzy mieli ostatnią szansę, by udowodnić trenerowi swoją wartość, natomiast zawodnicy pewni gry na Euro odpoczywali po długim sezonie. Spotkanie ze Słowacją to już inna bajka – wyjściowa jedenastka na Grecję będzie na 95% wyglądała tak jak ta, która wybiegła na boisko w Lienzu w sobotę. Pewne szanse na występ w meczu otwarcia mają jeszcze Jakub Wawrzyniak i Dariusz Dudka, chociaż temu pierwszemu plany pokrzyżował niedawno doznany uraz, natomiast gracz Auxerre chyba ostatecznie został wyprzedzony w rankingu piwotów przez Eugena Polanskiego i tym samym spadł na lokatę numer trzy.
Para stoperów jest już z pewnością nie do ruszenia. Marcin Wasilewski zagrał w sześciu z siedmiu ostatnich meczów reprezentacji (nie liczymy niezupełnie poważnego sparingu z Bośnią, a wyjątkiem było tylko spotkanie z Włochami) i zważywszy na formę jego poprzedników, spisuje się co najmniej dobrze. „Wasyl” był zresztą naturalnym kandydatem na środek obrony już od dłuższego czasu, całe szczęście, że Smuda nie szedł dalej w zaparte i nie lansował chimerycznego i podatnego na kontuzje Głowackiego oraz słabych Jodłowca i Wojtkowiaka. Co do Damiena Perquisa było sporo wątpliwości, najpierw nie grał tak, jak się od niego oczekuje, a gdy w końcu zebrał świetne noty za mecz z Portugalią, to doznał poważnej kontuzji. W meczu ze Słowacją Francuz pokazał jednak, że uraz łokcia nie przeszkadza mu w grze, był bowiem pewny w defensywie i dorzucił coś ekstra w ataku – mianowicie zdobył bramkę, która dała nam czwarte zwycięstwo na pięć ostatnich meczów.













