Za nami trzynasty mecz reprezentacji Polski pod wodzą Franciszka Smudy. Jak na ironię, to poprzednie (jedenasty i dwunasty) były zdecydowanie bardziej pechowe niż mecz z Amerykanami na Solider Field w Chicago. Spotkanie to miało szczególny charakter dla kapitana kadry, Michała Żewłakowa, który biało-czerwony trykot przywdział już po raz setny.
„Żewłak” zrównał się tym samym z rekordzistą pod względem liczby występów w kadrze, obecnym prezesem PZPN, Grzegorzem Latą. Obrońca tureckiego Ankaragucu co prawda nawet nie nawiązał do sukcesów starszego kolegi z boiska, ale wypada mieć nadzieję, iż pozostanie on częścią obecnej reprezentacji Polski jak najdłużej. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że Żewłakow mimo 34 lat na karku wciąż pozostaje najlepszym polskim defensorem. Niemal 30 meczów rozegranych w barwach Olympiakosu i Anderlechtu w elitarnej Lidze Mistrzów, trzy podejścia do mistrzostw świata (w tym dwa udane) oraz tyleż samo batalii o mistrzostwa Starego Kontynentu to bagaż, jakim nie może się pochwalić żaden zawodnik z polskim paszportem.

Kapitanowi naszej kadry zdarzają się mecze przeciętne, by nie powiedzieć złe (nie szukając zbyt głęboko w w pamięci – ten z Australią) i będą się zdarzać, gdyż przekroczenie wieku chrystusowego dla większości piłkarzy z pola oznacza coraz szybsze zbliżanie się w stronę piłkarskiej emerytury. Jest on jednak na tyle mocną i wyrazistą osobowością (przede wszystkim w szatni), że nie można lekceważyć jego wkładu w grę i wizerunek reprezentacji. W meczu ze Stanami Zjednoczonymi „Żewłak” zaprezentował się godnie, co prawda jak wszyscy obrońcy maczał palce przy drugiej bramce oraz niejednokrotnie przegrywał pojedynki z dynamicznym Jozym Altidorem, jednak indywidualnego błędu nie popełnił, ponadto na tle dosyć nierozważnego Pietrasiaka trudno było mu nie wypaść solidnie.
Po tym dość przydługim wstępie poświęconym naszemu kapitanowi przejdźmy do analizy samego spotkania, które zakończyło się bodaj najcenniejszym wynikiem w niemal rocznej pracy Smudy z kadrą (marcowego zwycięstwa z leniwymi Bułgarami na kartoflisku przy Konwiktorskiej za takowy uznać nie wolno).
Zanim nasi reprezentanci zdążyli nie tyle kopnąć piłkę po raz pierwszy, co nawet wsiąść do samolotu i wyruszyć za ocean, kadra już została poddana ciężkiej krytyce. Kilkanaście dni po porażce z Australią na jaw wyszły bowiem alkoholowe ekscesy, do jakich dojść miało zaraz po wspomnianym meczu. Nie ma sensu rozwodzić się nad tym kto, gdzie i ile pił, faktem jest, że dwóch piłkarzy najmocniej kojarzonych z tą aferą, Maciej Iwański i Sławomir Peszko, przez pewien czas (może nawet bardzo długi) odpoczną od występów w kadrze. Powyższa sytuacja fatalnie wpłynęła na kiepską i tak sytuację w reprezentacji, teraz bowiem, nie dość, że nie ma wyników i atmosfery, nadwyrężone zostało zaufanie trenera i zawodników między sobą.













