Za nami trzynasty mecz reprezentacji Polski pod wodzą Franciszka Smudy. Jak na ironię, to poprzednie (jedenasty i dwunasty) były zdecydowanie bardziej pechowe niż mecz z Amerykanami na Solider Field w Chicago. Spotkanie to miało szczególny charakter dla kapitana kadry, Michała Żewłakowa, który biało-czerwony trykot przywdział już po raz setny.
„Żewłak” zrównał się tym samym z rekordzistą pod względem liczby występów w kadrze, obecnym prezesem PZPN, Grzegorzem Latą. Obrońca tureckiego Ankaragucu co prawda nawet nie nawiązał do sukcesów starszego kolegi z boiska, ale wypada mieć nadzieję, iż pozostanie on częścią obecnej reprezentacji Polski jak najdłużej. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że Żewłakow mimo 34 lat na karku wciąż pozostaje najlepszym polskim defensorem. Niemal 30 meczów rozegranych w barwach Olympiakosu i Anderlechtu w elitarnej Lidze Mistrzów, trzy podejścia do mistrzostw świata (w tym dwa udane) oraz tyleż samo batalii o mistrzostwa Starego Kontynentu to bagaż, jakim nie może się pochwalić żaden zawodnik z polskim paszportem.
Mecz z USA był setnym dla Michała Żewłakowa w koszulce reprezentacji (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
Kapitanowi naszej kadry zdarzają się mecze przeciętne, by nie powiedzieć złe (nie szukając zbyt głęboko w w pamięci – ten z Australią) i będą się zdarzać, gdyż przekroczenie wieku chrystusowego dla większości piłkarzy z pola oznacza coraz szybsze zbliżanie się w stronę piłkarskiej emerytury. Jest on jednak na tyle mocną i wyrazistą osobowością (przede wszystkim w szatni), że nie można lekceważyć jego wkładu w grę i wizerunek reprezentacji. W meczu ze Stanami Zjednoczonymi „Żewłak” zaprezentował się godnie, co prawda jak wszyscy obrońcy maczał palce przy drugiej bramce oraz niejednokrotnie przegrywał pojedynki z dynamicznym Jozym Altidorem, jednak indywidualnego błędu nie popełnił, ponadto na tle dosyć nierozważnego Pietrasiaka trudno było mu nie wypaść solidnie.
Po tym dość przydługim wstępie poświęconym naszemu kapitanowi przejdźmy do analizy samego spotkania, które zakończyło się bodaj najcenniejszym wynikiem w niemal rocznej pracy Smudy z kadrą (marcowego zwycięstwa z leniwymi Bułgarami na kartoflisku przy Konwiktorskiej za takowy uznać nie wolno).
Zanim nasi reprezentanci zdążyli nie tyle kopnąć piłkę po raz pierwszy, co nawet wsiąść do samolotu i wyruszyć za ocean, kadra już została poddana ciężkiej krytyce. Kilkanaście dni po porażce z Australią na jaw wyszły bowiem alkoholowe ekscesy, do jakich dojść miało zaraz po wspomnianym meczu. Nie ma sensu rozwodzić się nad tym kto, gdzie i ile pił, faktem jest, że dwóch piłkarzy najmocniej kojarzonych z tą aferą, Maciej Iwański i Sławomir Peszko, przez pewien czas (może nawet bardzo długi) odpoczną od występów w kadrze. Powyższa sytuacja fatalnie wpłynęła na kiepską i tak sytuację w reprezentacji, teraz bowiem, nie dość, że nie ma wyników i atmosfery, nadwyrężone zostało zaufanie trenera i zawodników między sobą.
Wielu osobom dodatkowo nie spodobał się fakt powołania na amerykańskie zgrupowanie piłkarzy takich, jak Bartosz Salamon czy Łukasz Mierzejewski (pierwszy został zmieszany z błotem tylko dlatego, że jest zawodnikiem Foggi, klubu z trzeciej ligi włoskiej, drugi za to, że nie jest nawet podstawowym zawodnikiem ostatniej w tabeli Cracovii). Dla mnie osobiście do kadry mogą być powoływani piłkarze z ligi San Marino czy Mongolii, najważniejsze bowiem jest to, co mogą dać kadrze, a nie to, gdzie występują.
Oprócz powyższych lamentów, w mediach o tematyce sportowej pojawiło się mnóstwo głosów o fatalnych skutkach podróży za ocean w środku rozgrywek oraz (przede wszystkim) granie już czwartego dnia po przylocie do USA (podobno właśnie na ten dzień przypada tzw. kryzys aklimatyzacyjny, czytaj: piłkarze osiągają najniższą dyspozycję fizyczną z możliwych), co uznano za wielką gafę organizacyjną.
Jakub Błaszczykowski po raz kolejny był najlepszym zawodnikiem meczu reprezentacji (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
Pomimo wyżej opisanych problemów, reprezentacja zagrała ze Stanami Zjednoczonymi (zdaniem rankingu FIFA drużyny o niemal 50 miejsc lepszej od nas) dobry mecz. Jeśli Obraniak i Matuszczyk prezentować się będą tak, jak w nocy z soboty na niedzielę, nikt nie będzie płakał po Iwańskim i Peszce. Okazało się również, że wspomniany wcześniej Łukasz Mierzejewski jest pewnym punktem defensywy. Jeśli zaś chodzi o kryzys dnia czwartego, to chyba takowego nie było, a jeśli miał miejsce, to aż strach wyobrazić sobie, jak dobrze mogłaby zagrać kadra, gdyby była w najwyższej formie fizycznej.
Jeśliby doszukiwać się symptomów podróży za ocean, można za takowe uznać rozkojarzenie (większe niż zwykle) polskich zawodników w pierwszych dziesięciu minutach spotkania. Na tle wybieganych i aktywnych już od pierwszego gwizdka Amerykanów nasi piłkarze wyglądali nieporadnie, ospale, mnożyły się proste błędy, które na szczęście nie skończyły się bramką. Gol, którego strzelcem był Jozy Altidore, padł również po błędzie, jednak innej natury. Najpierw Rafał Murawski zapomniał, na czym polega pressing, pozwalając Jermaine’owi Jonesowi zagrać daleką piłkę do napastnika, a tam nie popisał się Łukasz Piszczek, który najpierw złamał linię spalonego, a następnie nie potrafił powstrzymać czarnoskórego gracza Villarrealu.
Po strzelonej bramce gospodarze niepotrzebnie oddali Polakom inicjatywę, z czego ci skwapliwie skorzystali. Właściwie do końca pierwszej części spotkania mieliśmy przewagę, zdobywając wyrównującą bramkę, ale też dwukrotnie marnując sytuacje stuprocentowe (najpierw w sytuacji sam na sam z Howardem nie popisał się Lewandowski, później jeszcze gorzej zachował się zaś Obraniak, który zniweczył akcję bramkową, wdając się w niepotrzebny drybling). Początek drugiej połowy to znów błędy z koncentracją, szczególnie jeśli chodzi o bramkarza i linię defensywną. Niepewne zachowanie Boruca (nie dość, że najpierw wyszedł do dośrodkowania, a następnie się zatrzymał i zaczął niezgrabnie cofać, to jeszcze całkowicie odsłonił dalszy słupek), a ponadto trzej nasi zawodnicy nie byli w stanie wygrać walki z Oguchim Onyewu.
W tej części spotkania zdecydowanie uwidoczniła się przewaga gospodarzy i chociaż zdarzało im się mnóstwo błędów indywidualnych wynikających z naszego pressingu (co należy uznać za spory sukces, bo Amerykanie grają piłkę naprawdę dobrze zorganizowaną), to jednak ograniczaliśmy się właściwie tylko do niego. Brakowało parcia do przodu, odrobiny inwencji i chęci, które można było zaobserwować w pierwszej odsłonie. Gol Jakuba Błaszczykowskiego (po raz enty najlepszy w naszych szeregach) był właściwie prezentem od Amerykanów, którzy niefrasobliwość przy wybijaniu piłki spod własnej bramki przypłacili w ten właśnie sposób.
Jeśli chodzi o indywidualną postawę zawodników, na pewno pretensji nie można mieć do wyżej wspomnianego Błaszczykowskiego, który nie dość, że robił na prawym skrzydle, co chciał z Bocanegrą, to jeszcze wreszcie poprawił skuteczność strzałów. Jedyne, co może martwić w kontekście skrzydłowego Borussii, to doprawdy fatalne górne dośrodkowania. W porównaniu z pozostałymi zawodnikami Kuba wciąż pozostaje graczem jakby z innej ligi, jeśli choć część z partnerów miałaby porównywalne umiejętności, na Euro naszym celem mogłaby być strefa medalowa, a jeśli wszyscy – mistrzostwo.
Robert Lewandowski i Artur Boruc. Pierwszy po zmarnowaniu świetnej okazji bramkowej stał się niewidoczny, drugi popełnił spory błąd przy golu na 2:1 (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
Drugi strzelec bramki, Adam Matuszczyk, robi powolne postępy. Coraz pewniej czuje się w pierwszym składzie kadry, a animuszu z pewnością dodają mu również udane występy w Bundeslidze. Co prawda w meczu z USA unikał jeszcze ryzykownych zagrań, podając piłkę przeważnie do tyłu lub najbliżej ustawionego partnera, to w walce fizycznej z Amerykanami nie odstawiał nogi, nie bał się również strzelać z dystansu, dzięki czemu zdobył bramkę na 1:1. Jako że jest to zawodnik młody, można wiązać z nim spore nadzieje, ale i wymagać należy dużo.
Asysty przy obydwu bramkach zaliczył Ludovic Obraniak, ale w tym przypadku był to raczej przypadek niż efekt dobrej gry. Obydwa podania były jedynym rozwiązaniem danej akcji, całą zasługę wypadałoby zaś oddać strzelcom. „Ludo” w meczu z Amerykanami był niewidoczny, średnio radził sobie na lewym skrzydle, nie najlepiej wyglądał pod względem fizycznym, dodatkowo w juniorski sposób zmarnował świetną szansę bramkową w pierwszej połowie, gubiąc piłkę, mimo iż co najmniej dwaj koledzy byli lepiej ustawieni. Niemniej jeśli w każdym spotkaniu zawodnik Lille byłby równie efektywny, jego obecność w kadrze, a nawet w pierwszym składzie nie podlega wątpliwości.
Więcej należy wymagać również od Artura Boruca, który wespół z całą linią defensywną zaliczył sporą wpadkę przy drugiej bramce. Co prawda w drugiej połowie wygrał w sytuacji sam na sam z Altidorem, ale jego gra, jak i komunikacja z obrońcami powinny wyglądać lepiej. Boruc posiada jednak twardy (być może aż nazbyt) charakter, ludzi charakternych Smuda lubi, a reprezentacja potrzebuje.
Po raz kolejny kiepsko zaprezentował się Robert Lewandowski, który po zmarnowaniu świetnej okazji w pierwszej połowie zniknął w walce w środku pola, wskutek czego nie było komu stwarzać kolejnych sytuacji bramkowych. Dodatkowo będący na meczu były trener reprezentacji olimpijskiej USA Piotr Nowak zwrócił uwagę na pewną kwestię, mianowicie, że „Lewy” umie grać jedynie tyłem do bramki, co znacznie spowalnia akcje. Trudno się z tą argumentacją nie zgodzić. Być może do koncepcji gry Smudy bardziej pasowałby szybki i skuteczniejszy napastnik?
Podsumowując globalne wrażenia, z jakimi zostawił nas wczorajszy mecz, można napisać, że progres w dalszym ciągu jest widoczny, aczkolwiek jest on bardzo powolny. Osiągamy dobre rezultaty z coraz lepszymi drużynami (przy niezłej grze), a to musi rokować dobrze. Martwią po raz kolejny już powielane szkolne błędy w defensywie, a także problemy z koncentracją (a to strata gola po pierwszym strzele rywala, czy to w pierwszej czy w drugiej połowie, a to bramka w ostatniej minucie).
Na koniec mała uwaga do trenera Franciszka Smudy. Niedawno stwierdził on, że nie interesują go mecze ze słabymi rywalami, a jeśli kiedyś zmieni zdanie, to dziennikarze będą go mogli… zabić. Tymczasem następny mecz gramy już jutro, a przeciwnikiem Ekwador (72. miejsce w rankingu FIFA), który w dodatku wystawi skład złożony głównie z graczy tamtejszej ligi. To jak będzie z tym zabójstwem, Panie Trenerze?
Za nami trzynasty mecz reprezentacji Polski pod wodzą Franciszka Smudy. Jak na ironię, to poprzednie (jedenasty i dwunasty) były zdecydowanie bardziej pechowe niż mecz z Amerykanami na Solider Field w Chicago. Spotkanie to miało szczególny charakter dla kapitana kadry, Michała Żewłakowa, który biało-czerwony trykot przywdział już po raz setny.
„Żewłak” zrównał się tym samym z rekordzistą pod względem liczby występów w kadrze, obecnym prezesem PZPN, Grzegorzem Latą. Obrońca tureckiego Ankaragucu co prawda nawet nie nawiązał do sukcesów starszego kolegi z boiska, ale wypada mieć nadzieję, iż pozostanie on częścią obecnej reprezentacji Polski jak najdłużej. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że Żewłakow mimo 34 lat na karku wciąż pozostaje najlepszym polskim defensorem. Niemal 30 meczów rozegranych w barwach Olympiakosu i Anderlechtu w elitarnej Lidze Mistrzów, trzy podejścia do mistrzostw świata (w tym dwa udane) oraz tyleż samo batalii o mistrzostwa Starego Kontynentu to bagaż, jakim nie może się pochwalić żaden zawodnik z polskim paszportem.
Mecz z USA był setnym dla Michała Żewłakowa w koszulce reprezentacji (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
Kapitanowi naszej kadry zdarzają się mecze przeciętne, by nie powiedzieć złe (nie szukając zbyt głęboko w w pamięci – ten z Australią) i będą się zdarzać, gdyż przekroczenie wieku chrystusowego dla większości piłkarzy z pola oznacza coraz szybsze zbliżanie się w stronę piłkarskiej emerytury. Jest on jednak na tyle mocną i wyrazistą osobowością (przede wszystkim w szatni), że nie można lekceważyć jego wkładu w grę i wizerunek reprezentacji. W meczu ze Stanami Zjednoczonymi „Żewłak” zaprezentował się godnie, co prawda jak wszyscy obrońcy maczał palce przy drugiej bramce oraz niejednokrotnie przegrywał pojedynki z dynamicznym Jozym Altidorem, jednak indywidualnego błędu nie popełnił, ponadto na tle dosyć nierozważnego Pietrasiaka trudno było mu nie wypaść solidnie.
Po tym dość przydługim wstępie poświęconym naszemu kapitanowi przejdźmy do analizy samego spotkania, które zakończyło się bodaj najcenniejszym wynikiem w niemal rocznej pracy Smudy z kadrą (marcowego zwycięstwa z leniwymi Bułgarami na kartoflisku przy Konwiktorskiej za takowy uznać nie wolno).
Zanim nasi reprezentanci zdążyli nie tyle kopnąć piłkę po raz pierwszy, co nawet wsiąść do samolotu i wyruszyć za ocean, kadra już została poddana ciężkiej krytyce. Kilkanaście dni po porażce z Australią na jaw wyszły bowiem alkoholowe ekscesy, do jakich dojść miało zaraz po wspomnianym meczu. Nie ma sensu rozwodzić się nad tym kto, gdzie i ile pił, faktem jest, że dwóch piłkarzy najmocniej kojarzonych z tą aferą, Maciej Iwański i Sławomir Peszko, przez pewien czas (może nawet bardzo długi) odpoczną od występów w kadrze. Powyższa sytuacja fatalnie wpłynęła na kiepską i tak sytuację w reprezentacji, teraz bowiem, nie dość, że nie ma wyników i atmosfery, nadwyrężone zostało zaufanie trenera i zawodników między sobą.
Wielu osobom dodatkowo nie spodobał się fakt powołania na amerykańskie zgrupowanie piłkarzy takich, jak Bartosz Salamon czy Łukasz Mierzejewski (pierwszy został zmieszany z błotem tylko dlatego, że jest zawodnikiem Foggi, klubu z trzeciej ligi włoskiej, drugi za to, że nie jest nawet podstawowym zawodnikiem ostatniej w tabeli Cracovii). Dla mnie osobiście do kadry mogą być powoływani piłkarze z ligi San Marino czy Mongolii, najważniejsze bowiem jest to, co mogą dać kadrze, a nie to, gdzie występują.
Oprócz powyższych lamentów, w mediach o tematyce sportowej pojawiło się mnóstwo głosów o fatalnych skutkach podróży za ocean w środku rozgrywek oraz (przede wszystkim) granie już czwartego dnia po przylocie do USA (podobno właśnie na ten dzień przypada tzw. kryzys aklimatyzacyjny, czytaj: piłkarze osiągają najniższą dyspozycję fizyczną z możliwych), co uznano za wielką gafę organizacyjną.
Jakub Błaszczykowski po raz kolejny był najlepszym zawodnikiem meczu reprezentacji (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
Pomimo wyżej opisanych problemów, reprezentacja zagrała ze Stanami Zjednoczonymi (zdaniem rankingu FIFA drużyny o niemal 50 miejsc lepszej od nas) dobry mecz. Jeśli Obraniak i Matuszczyk prezentować się będą tak, jak w nocy z soboty na niedzielę, nikt nie będzie płakał po Iwańskim i Peszce. Okazało się również, że wspomniany wcześniej Łukasz Mierzejewski jest pewnym punktem defensywy. Jeśli zaś chodzi o kryzys dnia czwartego, to chyba takowego nie było, a jeśli miał miejsce, to aż strach wyobrazić sobie, jak dobrze mogłaby zagrać kadra, gdyby była w najwyższej formie fizycznej.
Jeśliby doszukiwać się symptomów podróży za ocean, można za takowe uznać rozkojarzenie (większe niż zwykle) polskich zawodników w pierwszych dziesięciu minutach spotkania. Na tle wybieganych i aktywnych już od pierwszego gwizdka Amerykanów nasi piłkarze wyglądali nieporadnie, ospale, mnożyły się proste błędy, które na szczęście nie skończyły się bramką. Gol, którego strzelcem był Jozy Altidore, padł również po błędzie, jednak innej natury. Najpierw Rafał Murawski zapomniał, na czym polega pressing, pozwalając Jermaine’owi Jonesowi zagrać daleką piłkę do napastnika, a tam nie popisał się Łukasz Piszczek, który najpierw złamał linię spalonego, a następnie nie potrafił powstrzymać czarnoskórego gracza Villarrealu.
Po strzelonej bramce gospodarze niepotrzebnie oddali Polakom inicjatywę, z czego ci skwapliwie skorzystali. Właściwie do końca pierwszej części spotkania mieliśmy przewagę, zdobywając wyrównującą bramkę, ale też dwukrotnie marnując sytuacje stuprocentowe (najpierw w sytuacji sam na sam z Howardem nie popisał się Lewandowski, później jeszcze gorzej zachował się zaś Obraniak, który zniweczył akcję bramkową, wdając się w niepotrzebny drybling). Początek drugiej połowy to znów błędy z koncentracją, szczególnie jeśli chodzi o bramkarza i linię defensywną. Niepewne zachowanie Boruca (nie dość, że najpierw wyszedł do dośrodkowania, a następnie się zatrzymał i zaczął niezgrabnie cofać, to jeszcze całkowicie odsłonił dalszy słupek), a ponadto trzej nasi zawodnicy nie byli w stanie wygrać walki z Oguchim Onyewu.
W tej części spotkania zdecydowanie uwidoczniła się przewaga gospodarzy i chociaż zdarzało im się mnóstwo błędów indywidualnych wynikających z naszego pressingu (co należy uznać za spory sukces, bo Amerykanie grają piłkę naprawdę dobrze zorganizowaną), to jednak ograniczaliśmy się właściwie tylko do niego. Brakowało parcia do przodu, odrobiny inwencji i chęci, które można było zaobserwować w pierwszej odsłonie. Gol Jakuba Błaszczykowskiego (po raz enty najlepszy w naszych szeregach) był właściwie prezentem od Amerykanów, którzy niefrasobliwość przy wybijaniu piłki spod własnej bramki przypłacili w ten właśnie sposób.
Jeśli chodzi o indywidualną postawę zawodników, na pewno pretensji nie można mieć do wyżej wspomnianego Błaszczykowskiego, który nie dość, że robił na prawym skrzydle, co chciał z Bocanegrą, to jeszcze wreszcie poprawił skuteczność strzałów. Jedyne, co może martwić w kontekście skrzydłowego Borussii, to doprawdy fatalne górne dośrodkowania. W porównaniu z pozostałymi zawodnikami Kuba wciąż pozostaje graczem jakby z innej ligi, jeśli choć część z partnerów miałaby porównywalne umiejętności, na Euro naszym celem mogłaby być strefa medalowa, a jeśli wszyscy – mistrzostwo.
Robert Lewandowski i Artur Boruc. Pierwszy po zmarnowaniu świetnej okazji bramkowej stał się niewidoczny, drugi popełnił spory błąd przy golu na 2:1 (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
Drugi strzelec bramki, Adam Matuszczyk, robi powolne postępy. Coraz pewniej czuje się w pierwszym składzie kadry, a animuszu z pewnością dodają mu również udane występy w Bundeslidze. Co prawda w meczu z USA unikał jeszcze ryzykownych zagrań, podając piłkę przeważnie do tyłu lub najbliżej ustawionego partnera, to w walce fizycznej z Amerykanami nie odstawiał nogi, nie bał się również strzelać z dystansu, dzięki czemu zdobył bramkę na 1:1. Jako że jest to zawodnik młody, można wiązać z nim spore nadzieje, ale i wymagać należy dużo.
Asysty przy obydwu bramkach zaliczył Ludovic Obraniak, ale w tym przypadku był to raczej przypadek niż efekt dobrej gry. Obydwa podania były jedynym rozwiązaniem danej akcji, całą zasługę wypadałoby zaś oddać strzelcom. „Ludo” w meczu z Amerykanami był niewidoczny, średnio radził sobie na lewym skrzydle, nie najlepiej wyglądał pod względem fizycznym, dodatkowo w juniorski sposób zmarnował świetną szansę bramkową w pierwszej połowie, gubiąc piłkę, mimo iż co najmniej dwaj koledzy byli lepiej ustawieni. Niemniej jeśli w każdym spotkaniu zawodnik Lille byłby równie efektywny, jego obecność w kadrze, a nawet w pierwszym składzie nie podlega wątpliwości.
Więcej należy wymagać również od Artura Boruca, który wespół z całą linią defensywną zaliczył sporą wpadkę przy drugiej bramce. Co prawda w drugiej połowie wygrał w sytuacji sam na sam z Altidorem, ale jego gra, jak i komunikacja z obrońcami powinny wyglądać lepiej. Boruc posiada jednak twardy (być może aż nazbyt) charakter, ludzi charakternych Smuda lubi, a reprezentacja potrzebuje.
Po raz kolejny kiepsko zaprezentował się Robert Lewandowski, który po zmarnowaniu świetnej okazji w pierwszej połowie zniknął w walce w środku pola, wskutek czego nie było komu stwarzać kolejnych sytuacji bramkowych. Dodatkowo będący na meczu były trener reprezentacji olimpijskiej USA Piotr Nowak zwrócił uwagę na pewną kwestię, mianowicie, że „Lewy” umie grać jedynie tyłem do bramki, co znacznie spowalnia akcje. Trudno się z tą argumentacją nie zgodzić. Być może do koncepcji gry Smudy bardziej pasowałby szybki i skuteczniejszy napastnik?
Podsumowując globalne wrażenia, z jakimi zostawił nas wczorajszy mecz, można napisać, że progres w dalszym ciągu jest widoczny, aczkolwiek jest on bardzo powolny. Osiągamy dobre rezultaty z coraz lepszymi drużynami (przy niezłej grze), a to musi rokować dobrze. Martwią po raz kolejny już powielane szkolne błędy w defensywie, a także problemy z koncentracją (a to strata gola po pierwszym strzele rywala, czy to w pierwszej czy w drugiej połowie, a to bramka w ostatniej minucie).
Na koniec mała uwaga do trenera Franciszka Smudy. Niedawno stwierdził on, że nie interesują go mecze ze słabymi rywalami, a jeśli kiedyś zmieni zdanie, to dziennikarze będą go mogli… zabić. Tymczasem następny mecz gramy już jutro, a przeciwnikiem Ekwador (72. miejsce w rankingu FIFA), który w dodatku wystawi skład złożony głównie z graczy tamtejszej ligi. To jak będzie z tym zabójstwem, Panie Trenerze?
Więcej zdjęć na: bialoczerwoni.com.pl
Komentarze1
~
~Broda
W artykule pojawił się błąd gdyż w Cracovii
występuję Łukasz Mierzejewski a Adrian
Mierzejewski z tego co się oriętuje gra w linii
pomocy a jego klubem jest Polonia Warszawa