Wyjazd reprezentacji Polski do Seulu, choć często i zapewne słusznie uznawany za bezsensowny, wypada ocenić pozytywnie. Aby to przedsięwzięcie miało choćby najmniejszy sens szkoleniowy, selekcjoner musiał przekonać zawodników, by w meczu z Koreańczykami z Południa zaprezentowali stuprocentowe zaangażowanie. Udało się, zobaczyliśmy Polskę walczącą, Polskę strzelającą bramki, Polskę osiągającą korzystny wynik w niekorzystnej sytuacji. Po raz enty dostaliśmy również dowód na to, że bez duetu Błaszczykowski – Lewandowski nasza kadra miałaby problemy z odnoszeniem zwycięstw z drużynami plasującymi się w środkowych rejonach rankingu FIFA.
Jaki jest sens grania z drużyną z azjatycką na jej terenie, kiedy przygotowujemy się do europejskiego czempionatu, który odbędzie się (niespodzianka) w Europie? Każdy logicznie myślący człowiek udzieli odpowiedzi oscylującej wokół słów „niewielki” bądź „żaden”. Pomysł wyjazdu do Korei w środku sezonu skrytykowali i piłkarze, i dziennikarze. Nie skrytykowali działacze, dobrze bowiem wiedzieli, że kontrakt z firmami przyssawkami działającymi przy polskiej kadrze został tak skonstruowany, że trzeba również grać poza krajem. Szybko przekonano więc Franciszka Smudę, że tak naprawdę nikt nie chce grać z nami w terminie 6 października (czy tylko mnie dziwi fakt, że na kilka miesięcy przed turniejem nikt nie chce grać z finalistą i gospodarzem Euro?), zatem albo zgodzi się na dobrze płatny wyjazd do Korei, albo żadnego meczu nie będzie.

„Franz”, chcąc nie chcąc, wyraził zgodę na eskapadę i wysłał powołania. Myśl o ponad dobie spędzonej w samolocie, lotniskach i dojazdach nie spodobała się również kilku zawodnikom, którzy w tajemniczy sposób tuż przed wyjazdem doznali kontuzji. Podobna rejterada przed zgrupowaniem w RPA, jeszcze za Leo Beenhakkera, była uznawana za symboliczny koniec chemii między piłkarzami a holenderskim selekcjonerem. Obecnej sytuacji z tamtą nie wypada porównywać, chociaż tylko jednostki wybitnie naiwne wierzą, że równoczesne kontuzje Piszczka, Szczęsnego, Obraniaka i Głowackiego są dziełem przypadku. „Urazy” czterech wyżej wymienionych osobników stworzyły szanse na występ Marcinowi Wasilewskiemu, Łukaszowi Fabiańskiemu, Eugenowi Polanskiemu i Grzegorzowi Wojtkowiakowi. Szkoda tylko, że selekcjoner nie zamienił pierwszego i ostatniego pozycjami.
Niezwykle trudno jest doszukać się w piątkowym meczu jakichkolwiek nowości. Od dawna wiedzieliśmy już, że z obsadą bramki nie musimy się martwić, tak samo jak z grą z kontrataku, a piłkarze grający w przednich formacjach gwarantują poziom, który może satysfakcjonować. Potwierdziło się również, że w obronie w dalszym ciągu jest dramat. Ale czemu tu się dziwić? Damien Perquis zwyczajnie za mało czasu spędził ze swoimi kolegami z drużyny, żeby mógł prezentować poziom, do którego przyzwyczaił kibiców we Francji. Z Grzegorzem Wojtkowiakiem jest jeszcze gorzej, nie wyróżnia się on bowiem właściwie niczym nawet na naszym ligowym tle, trudno więc tego wymagać od niego w meczach reprezentacyjnych. Stoperzy, a również Jakub Wawrzyniak i Marcin Wasilewski zaprezentowali się bardzo słabo w starciach z Koreańczykami, odstawali od nich szybkościowo, pozwalali na dośrodkowania, kiepsko przewidywali ich ruchy. Choć trzeba im również oddać, że trudno znaleźć reprezentację złożoną z graczy mniej ruchliwych i słabszych szybkościowo.













