Przed meczem z Rosją nastroje w narodzie były bardzo zróżnicowane. Z jednej strony dawało o sobie znać odwieczne pragnienie pt. „bij Moskala!”, poza tym z gospodarzem każda drużyna musi się liczyć. Z drugiej strony to, jak zaprezentowaliśmy się w spotkaniu z Grecją, na tle tego, jak „Sborna” zagrała z Czechami, delikatnie mówiąc, nie napawało optymizmem. Na szczęście, zazwyczaj każdy osobny mecz, a na wielkim turnieju w szczególności, to zupełnie inna historia.
Rozegraliśmy dobry, może nawet bardzo dobry mecz, to fakt niezaprzeczalny. Przyczyn tego stanu rzeczy było wiele. W przypadku polskiej kadry zadziwiające jest jednak to, że właściwie za każdym razem o wyniku spotkania nie decydują niuanse taktyczne, świetna dyspozycja danego piłkarza, czyli ogólnie rzecz ujmując czynniki stricte sportowe, ale cała gama przyczyn innego typu. Doping gorętszy niż na meczu otwarcia, odwieczne antagonizmy polsko-rosyjskie, otwarty dach nad stadionem, konieczność koncentracji przez całe spotkanie, brak debiutanckiej tremy to tylko niektóre z wymienianych, nie do końca piłkarskich przyczyn lepszego występu Polaków. I zapewne one spowodowały, że sama forma i dyspozycja sportowa poszły w górę.

No bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że grając bardziej defensywnym systemem, rozgrywaliśmy bardziej ofensywnie niż z Grekami? Taktyka lepiej dopasowana do przeciwnika? Być może, ale przede wszystkim u „Biało-czerwonych” determinacja i zaangażowanie w grę przez cały mecz pozostawały na tym samym poziomie, najwyższym poziomie. Efekt był taki, że wielka Rosja, nasza eksmatuszka i starszy eksbrat zarazem, ten majestatyczny niedźwiedź zupełnie dał się ujarzmić. Owszem, pokazywał pazury i kły, i to nieraz, ale poza jednym wyjątkiem (sytuacja paradoksalnie groźna nie była), mimo kilku chwil strachu, nic złego nam się nie stało. A rosyjski misiek dygotał ze strachu właściwie przez całe 90 minut i szkoda tylko, że treser wymierzył mu tylko jeden celny strzał batogiem.
Zdanie Dicka Advocaata, wypowiedziane na konferencji prasowej, jakoby Rosja grała lepiej od Polski, można włożyć między bajki, ewentualnie nazwać kpiną. Większość z podopiecznych holenderskiego trenera zagrała bowiem maksymalnie na 60% swoich możliwości, podczas gdy „Biało-czerwoni” niemal w komplecie bliscy byli prezentowania pełnego potencjału. Nie może się to oczywiście tyczyć Sebastiana Boenischa, który swoją docelową formę osiągnie zapewne za kilkanaście tygodni spędzonych w rytmie meczowym. Teraz wysoki obrońca jest zdecydowanie najsłabszym ogniwem reprezentacji i dobrze wiedzą to nasi rywale. Podczas wtorkowego meczu Rosjanie szybko dostrzegli, że były gracz Werderu gubi krycie i piłkę jak nikt. Przy straconej bramce Seba też się nie popisał, bo zakładając, że kryje się zawsze od strony piłki, on krył… linię boczną.











