Wyniki dwóch ostatnich meczów reprezentacji Polski zeszły na drugi plan. I choć w obydwu przypadkach przesłoniły je wydarzenia bezpośrednio z nimi związane (jedno diametralnie różne od drugiego), nie mogą one przesłonić kwestii najważniejszej, jaką jest odpowiedź na pytanie: w jakim miejscu jest nasza kadra w przygotowaniach do Euro 2012?
W pierwszym przypadku mowa oczywiście o meczu reprezentacji w Kownie i związanego z nim najazdem polskich troglodytów na to litewskie miasto. O wydarzeniu tym napisano już dużo, wydaje się, że wystarczająco. Nie jest istotne, kto był prowodyrem, kto pierwszy zachował się niewłaściwie itp. Faktem jest, że po raz kolejny grupa ludzi robi nam w Europie masę wstydu, co może skutecznie zniechęcić prawdziwych fanów piłki nożnej do odwiedzenia polsko-ukraińskich mistrzostw za nieco ponad rok. Wypada mieć nadzieję, że przynajmniej do czerwca roku 2012 (a najlepiej nigdy, choć to nadzieje z gatunku tych płonnych) nie usłyszymy.
Jakub Błaszczykowski (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
Co gorsze, reprezentacja nie zrobiła właściwie nic, by rzeczone uczucie wstydu choć w niewielkim stopniu wynagrodzić. Polacy zagrali źle, nieskutecznie, a boisko tylko w niewielkim stopniu może usprawiedliwiać piłkarzy Smudy. Do Grecji jechaliśmy więc z nadziejami na dużo lepszy występ, na równej jak stół i zielonej murawie „Biało-czerwoni” byli bowiem zobowiązani do pokazania tego, co rzeczywiście potrafią.
Niezwykle ważnym wydarzeniem, towarzyszącym drugiej części litewsko-greckiego zgrupowania, było zakończenie kariery przez Michała Żewłakowa. Nasz najbardziej doświadczony reprezentant i do niedawna kapitan, zapragnął pożegnać się z kibicami i kadrą w miejscu, gdzie święcił bodaj największe triumfy, z mistrzostwami Grecji i grą w Lidze Mistrzów włącznie. Selekcjoner na konferencji poprzedzającej to wydarzenie zarzekał się, że pożegnanie „Żewłaka” będzie godne, jednak trudno się z tą opinią zgodzić, zważywszy na fakt, że zostało w dużej mierze zaaranżowane przez samego piłkarza, a selekcjonera do zaakceptowania tego pomysłu namawiała ponoć rada drużyny. Żewłakow, jak sam mówi, legendą kadry nie był i nie będzie, ale zważywszy na jego zasługi, wypadało przymknąć oko na niedawne animozje między nim a selekcjonerem i samemu zaproponować mu odpowiednią formę pożegnania. Wszystko wskazuje na to, że ta, którą widzieliśmy w Pireusie, była ładna tylko z zewnątrz.
Co do samej gry reprezentacji, to zachodzą obawy, że zawodnicy osiągnęli już swój naturalny pułap jakieś pół roku temu i od tej pory kadra gra raz lepiej, raz gorzej, ale dalej wpisuje się to w pewną, niezbyt ciekawą tendencję. Reprezentacja Polski jest bowiem drużyną, której bliżej do miana europejskiego średniaka, niż choćby kandydata na czarnego konia mistrzostw. Co prawda, im mocniejszego mamy rywala, tym ciekawiej potrafimy się z nim zaprezentować, jednak na dobry wynik nie mamy raczej co liczyć. Reprezentacja Grecji, mimo iż potencjałem piłkarskim nie odbiega zbytnio od naszych kopaczy, znajduje się o niebo wyżej w futbolowej hierarchii (11. miejsce w rankingu FIFA), toteż trzeba ją uznać za rywala właśnie dużo mocniejszego.
Jak wypadliśmy na tle mistrzów Europy sprzed siedmiu lat? Otóż w moim przekonaniu nędznie. Do poszczególnych zawodników nie można mieć większych pretensji. Nikt nie zaliczył tak nieudanego występu, jak choćby Arkadiusz Głowacki w Kownie, współautor dwóch bramek dla rywala, ale też indywidualne akcje reprezentantów nie miały w sobie na dobrą sprawę nawet ułamka gry zespołowej. Przykład? Największe zagrożenie stwarzaliśmy po pojedynczych rajdach (Grosicki, Peszko, Kucharczyk) albo dalekich podaniach (piłka Obraniaka do Lewandowskiego). Zabrakło gry kombinacyjnej, zabrakło pewności i zdecydowanego zaatakowania Greków większą liczbą piłkarzy. Smuda każdą towarzyską potyczkę nazywa „grą o punkty”. Panie selekcjonerze, po dwóch wiosennych meczach pana podopieczni mają na koncie jeden punkt, w dużej mierze przez swą nieudolność, a także kunktatorstwo. Jak można było w ostatnich dwóch kwadransach bronić wyniku 0:0? W obliczu tego, co pokazaliśmy w 60 minutach, walka o zwycięstwo była naszym obowiązkiem, tymczasem Smuda i piłkarze zadowolili się byle czym.
Tak jak wcześniej wspomniałem, ocena piłkarzy, jeśli rozpatruje się ją indywidualnie, nie może być niska. Grzegorz Sandomierski zaprezentował się właściwie bezbłędnie, w kilku sytuacjach, szczególnie przy potężnym strzale z dystansu w pierwszej połowie, zachował się świetnie i z pewnością w dużej mierze to jego zasługą jest czyste konto z tyłu. Wydaje się, że ten młody zawodnik powinien pozostać w orbicie zainteresowań Smudy, a może i nawet w czołowej trójce reprezentacyjnych golkiperów, bowiem jak dotąd absolutnie nie zawodzi.
Od Łukasza Piszczka należy wymagać znacznie więcej niż pokazał zarówno w Kownie, jak i Pireusie. Wielu polskich kibiców zapewne zachodzi w głowę, jak to możliwe, że zawodnik, który ma jedno z najlepszych dośrodkowań z obrońców Bundesligi, grając w białej koszulce, kopie piłkę tak, że po podobnym zagraniu ze wstydu spalić mógłby się nawet junior (albo i z dumy, że potrafi tak mocno i wysoko kopnąć). Dla mnie jest to niepojęte i tylko w niewielkim stopniu paradoks ten tłumaczy nasze dziwne ustawienie w ofensywie (boczni obrońcy, owszem, podłączają się do akcji zaczepnych i dośrodkowują w pole karne, tyle że nie ma tam nikogo, Lewandowski cofa się bowiem, aby rozgrywać piłkę, defensywni pomocnicy drepczą gdzieś w okolicy środka boiska, a skrzydłowi stoją kilka metrów za dośrodkującymi…).
Słowo o Macieju Sadloku. Piłkarz ten absolutnie nie jest lewym obrońcą, co wiemy już od dawna. Jednak zarówno trenerzy klubowi, jak i Smuda tak uparcie lansują chłopaka na tej pozycji, że ten w końcu zdał sobie sprawę, że fucha lewego defensora nie jest taka zła i trudna. Okazuje się, że Sadlok dynamikę ma wystarczającą, z umiejętnościami technicznymi jest na tyle dobrze, że można nawet wkręcać w ziemię doświadczonych kolegów po fachu, no i (przede wszystkim) jest też wystarczająca ilość męskich atrybutów, aby w decydującym momencie podłączyć się do akcji ofensywnej zamiast kurczowo trzymać się własnej połowy. Innymi słowy, taki Sadlok musi być w reprezentacji, czy to jako lewy obrońca, stoper, czy też pełniąc funkcję drugiego pilota w reprezentacyjnym samolocie.
Robert Lewandowski (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
Środek obrony? W Kownie bardzo słabo, w Pireusie – nieźle. Problem w tym, że na Euro rozegramy minimum trzy mecze i potrzeba nam defensywy, u której dobre występy będą stanowić zdecydowanie większy odsetek niż teraz. O Michale Żewłakowie niby nie trzeba pisać, bo zakończył już karierę kadrowicza i nie będzie brany pod uwagę w selekcji. Należy mu jednak oddać, że zagrał bardzo dobrze, a i pozostali z jego kolegów z defensywy zmobilizowali się na tyle, by nie popsuć mu pożegnalnego występu. Arkadiusz Głowacki zagrał o niebo lepiej, niż na Litwie, wspólnie się z „Żewłakiem” asekurował, ustawiał się mądrze. Po wejściu na boisko Tomasza Jodłowca, Polska zaczęła bronić wyniku, w efekcie czego gra defensywna wyglądała momentami rozpaczliwie, znacznie gorzej, niż w pierwszych czterech kwadransach.
Defensywni pomocnicy, czyli Rafał Murawski i Dariusz Dudka, nie zaprezentowali się w zeszłotygodniowym dwumeczu wybitnie. Rzadko brali na siebie ciężar rozgrywania (choćby najbardziej podstawowego) akcji, a i do ich ustawienia i pracy w destrukcji można mieć sporo zastrzeżeń. Wydaje się, że mimo wszystko lepsze wrażenie sprawiał gracz Auxerre, który na boisku prezentował większą werwę i chęć do gry niż apatyczny i ospały często lechita. Czekamy na powrót na boiska Adama Matuszczyka, a od razu powinna zwiększyć się konkurencja o miejsce w podstawowym składzie.
Jakub Błaszczykowski – przykra sprawa. Jako wielki fan umiejętności naszego kapitana piszę to z ciężkim sercem – obecnie Kuba nie daje drużynie nawet 10 procent tego, co mógłby dawać. Gdzieś podziała się jego dynamika, szybki zwód i przyspieszenie, które było zabójcze dla rywali. W obecnej taktyce, nastawionej w dużym stopniu na atak pozycyjny (tak nieudolnie budowany, dodajmy), gracz Borussii jest niemal bezużyteczny, jedyne co może zrobić, to wywalczyć rzut wolny, przytrzymując piłkę, czy być jednym z wielu zawodników, którzy oddają ją do bliżej ustawionego partnera. Smutne.
Sławomir Peszko i Kamil Grosicki. Miejsce obydwu jest na skrzydle, a nie za plecami atakujących, lub na samej szpicy. Obydwaj mają podobne walory, są bardzo dynamiczni, świetnie dryblują i generalnie dobrze sprawdzają się w grze jeden na jeden. Obecnie lepszym piłkarzem jest jednak „Grosik”, który więcej widzi na boisku i jakby lepiej orientował się, w którym momencie należy podjąć daną decyzję. Peszko w obydwu spotkaniach, choć był często przy piłce, irytował brakiem pomyślunku i chaotycznością. Grosicki, choć dalej niezbyt skuteczny, prezentował się zdecydowanie lepiej i to jemu należy się miejsce na lewym skrzydle.
Jeśli miejsce dwóch wyżej wymienionych piłkarzy jest na skrzydle, to z kolei zdecydowanie nie jest ono wymarzoną pozycją dla Obraniaka. Na „Ludo” ustawionego przy flance żal patrzeć, miota się, próbuje szarpać, ale nie ma on odpowiedniego „depnięcia”, by zdziałać cokolwiek pożytecznego. Ze swoją techniką i mocnym strzałem z dystansu idealnym miejscem na boisku byłaby dla niego pozycja i zadania ofensywnego pomocnika.
Robert Lewandowski jest obecnie najlepszym polskim piłkarzem. Mimo marnej, jak na swój wzrost, masy ciała, doprawdy trudno znaleźć lepiej grającego ciałem napastnika. „Lewy” świetnie zastawia piłkę, często potrafi przepchnąć znacznie masywniejszego rywala, nie sprawia mu również problemów walka z kilkoma zawodnikami czy wykonanie dokładnego zagrania, gdy jest naciskany. Ironicznie można by rzec, że jedyne czego mu brakuje, to wykonanie dokładnego zagrania, gdy nikt go nie atakuje (stuprocentowe okazje miał przynajmniej dwie, w obu meczach). Gdyby nie fakt, że sam musi rozgrywać piłkę, odbierać ją i przemieszczać pod pole karne, byłby pewnie zdecydowanie skuteczniejszy.
Co wiemy po zeszłotygodniowym dwumeczu? Niewiele. Że Polacy mają w sobie coś z Brazylijczyków, gdyż do dobrej gry potrzebują idealnie gładkiej murawy, a i to nie gwarantuje dobrego wyniku. Wiadomo też, że wynik każdego kolejnego meczu kadry jest wielką niewiadomą, przy czym można zakładać, że im mocniejszy rywal, tym lepiej zagramy.
Wyniki dwóch ostatnich meczów reprezentacji Polski zeszły na drugi plan. I choć w obydwu przypadkach przesłoniły je wydarzenia bezpośrednio z nimi związane (jedno diametralnie różne od drugiego), nie mogą one przesłonić kwestii najważniejszej, jaką jest odpowiedź na pytanie: w jakim miejscu jest nasza kadra w przygotowaniach do Euro 2012?
W pierwszym przypadku mowa oczywiście o meczu reprezentacji w Kownie i związanego z nim najazdem polskich troglodytów na to litewskie miasto. O wydarzeniu tym napisano już dużo, wydaje się, że wystarczająco. Nie jest istotne, kto był prowodyrem, kto pierwszy zachował się niewłaściwie itp. Faktem jest, że po raz kolejny grupa ludzi robi nam w Europie masę wstydu, co może skutecznie zniechęcić prawdziwych fanów piłki nożnej do odwiedzenia polsko-ukraińskich mistrzostw za nieco ponad rok. Wypada mieć nadzieję, że przynajmniej do czerwca roku 2012 (a najlepiej nigdy, choć to nadzieje z gatunku tych płonnych) nie usłyszymy.
Jakub Błaszczykowski (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
Co gorsze, reprezentacja nie zrobiła właściwie nic, by rzeczone uczucie wstydu choć w niewielkim stopniu wynagrodzić. Polacy zagrali źle, nieskutecznie, a boisko tylko w niewielkim stopniu może usprawiedliwiać piłkarzy Smudy. Do Grecji jechaliśmy więc z nadziejami na dużo lepszy występ, na równej jak stół i zielonej murawie „Biało-czerwoni” byli bowiem zobowiązani do pokazania tego, co rzeczywiście potrafią.
Niezwykle ważnym wydarzeniem, towarzyszącym drugiej części litewsko-greckiego zgrupowania, było zakończenie kariery przez Michała Żewłakowa. Nasz najbardziej doświadczony reprezentant i do niedawna kapitan, zapragnął pożegnać się z kibicami i kadrą w miejscu, gdzie święcił bodaj największe triumfy, z mistrzostwami Grecji i grą w Lidze Mistrzów włącznie. Selekcjoner na konferencji poprzedzającej to wydarzenie zarzekał się, że pożegnanie „Żewłaka” będzie godne, jednak trudno się z tą opinią zgodzić, zważywszy na fakt, że zostało w dużej mierze zaaranżowane przez samego piłkarza, a selekcjonera do zaakceptowania tego pomysłu namawiała ponoć rada drużyny. Żewłakow, jak sam mówi, legendą kadry nie był i nie będzie, ale zważywszy na jego zasługi, wypadało przymknąć oko na niedawne animozje między nim a selekcjonerem i samemu zaproponować mu odpowiednią formę pożegnania. Wszystko wskazuje na to, że ta, którą widzieliśmy w Pireusie, była ładna tylko z zewnątrz.
Co do samej gry reprezentacji, to zachodzą obawy, że zawodnicy osiągnęli już swój naturalny pułap jakieś pół roku temu i od tej pory kadra gra raz lepiej, raz gorzej, ale dalej wpisuje się to w pewną, niezbyt ciekawą tendencję. Reprezentacja Polski jest bowiem drużyną, której bliżej do miana europejskiego średniaka, niż choćby kandydata na czarnego konia mistrzostw. Co prawda, im mocniejszego mamy rywala, tym ciekawiej potrafimy się z nim zaprezentować, jednak na dobry wynik nie mamy raczej co liczyć. Reprezentacja Grecji, mimo iż potencjałem piłkarskim nie odbiega zbytnio od naszych kopaczy, znajduje się o niebo wyżej w futbolowej hierarchii (11. miejsce w rankingu FIFA), toteż trzeba ją uznać za rywala właśnie dużo mocniejszego.
Jak wypadliśmy na tle mistrzów Europy sprzed siedmiu lat? Otóż w moim przekonaniu nędznie. Do poszczególnych zawodników nie można mieć większych pretensji. Nikt nie zaliczył tak nieudanego występu, jak choćby Arkadiusz Głowacki w Kownie, współautor dwóch bramek dla rywala, ale też indywidualne akcje reprezentantów nie miały w sobie na dobrą sprawę nawet ułamka gry zespołowej. Przykład? Największe zagrożenie stwarzaliśmy po pojedynczych rajdach (Grosicki, Peszko, Kucharczyk) albo dalekich podaniach (piłka Obraniaka do Lewandowskiego). Zabrakło gry kombinacyjnej, zabrakło pewności i zdecydowanego zaatakowania Greków większą liczbą piłkarzy. Smuda każdą towarzyską potyczkę nazywa „grą o punkty”. Panie selekcjonerze, po dwóch wiosennych meczach pana podopieczni mają na koncie jeden punkt, w dużej mierze przez swą nieudolność, a także kunktatorstwo. Jak można było w ostatnich dwóch kwadransach bronić wyniku 0:0? W obliczu tego, co pokazaliśmy w 60 minutach, walka o zwycięstwo była naszym obowiązkiem, tymczasem Smuda i piłkarze zadowolili się byle czym.
Tak jak wcześniej wspomniałem, ocena piłkarzy, jeśli rozpatruje się ją indywidualnie, nie może być niska. Grzegorz Sandomierski zaprezentował się właściwie bezbłędnie, w kilku sytuacjach, szczególnie przy potężnym strzale z dystansu w pierwszej połowie, zachował się świetnie i z pewnością w dużej mierze to jego zasługą jest czyste konto z tyłu. Wydaje się, że ten młody zawodnik powinien pozostać w orbicie zainteresowań Smudy, a może i nawet w czołowej trójce reprezentacyjnych golkiperów, bowiem jak dotąd absolutnie nie zawodzi.
Od Łukasza Piszczka należy wymagać znacznie więcej niż pokazał zarówno w Kownie, jak i Pireusie. Wielu polskich kibiców zapewne zachodzi w głowę, jak to możliwe, że zawodnik, który ma jedno z najlepszych dośrodkowań z obrońców Bundesligi, grając w białej koszulce, kopie piłkę tak, że po podobnym zagraniu ze wstydu spalić mógłby się nawet junior (albo i z dumy, że potrafi tak mocno i wysoko kopnąć). Dla mnie jest to niepojęte i tylko w niewielkim stopniu paradoks ten tłumaczy nasze dziwne ustawienie w ofensywie (boczni obrońcy, owszem, podłączają się do akcji zaczepnych i dośrodkowują w pole karne, tyle że nie ma tam nikogo, Lewandowski cofa się bowiem, aby rozgrywać piłkę, defensywni pomocnicy drepczą gdzieś w okolicy środka boiska, a skrzydłowi stoją kilka metrów za dośrodkującymi…).
Słowo o Macieju Sadloku. Piłkarz ten absolutnie nie jest lewym obrońcą, co wiemy już od dawna. Jednak zarówno trenerzy klubowi, jak i Smuda tak uparcie lansują chłopaka na tej pozycji, że ten w końcu zdał sobie sprawę, że fucha lewego defensora nie jest taka zła i trudna. Okazuje się, że Sadlok dynamikę ma wystarczającą, z umiejętnościami technicznymi jest na tyle dobrze, że można nawet wkręcać w ziemię doświadczonych kolegów po fachu, no i (przede wszystkim) jest też wystarczająca ilość męskich atrybutów, aby w decydującym momencie podłączyć się do akcji ofensywnej zamiast kurczowo trzymać się własnej połowy. Innymi słowy, taki Sadlok musi być w reprezentacji, czy to jako lewy obrońca, stoper, czy też pełniąc funkcję drugiego pilota w reprezentacyjnym samolocie.
Robert Lewandowski (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
Środek obrony? W Kownie bardzo słabo, w Pireusie – nieźle. Problem w tym, że na Euro rozegramy minimum trzy mecze i potrzeba nam defensywy, u której dobre występy będą stanowić zdecydowanie większy odsetek niż teraz. O Michale Żewłakowie niby nie trzeba pisać, bo zakończył już karierę kadrowicza i nie będzie brany pod uwagę w selekcji. Należy mu jednak oddać, że zagrał bardzo dobrze, a i pozostali z jego kolegów z defensywy zmobilizowali się na tyle, by nie popsuć mu pożegnalnego występu. Arkadiusz Głowacki zagrał o niebo lepiej, niż na Litwie, wspólnie się z „Żewłakiem” asekurował, ustawiał się mądrze. Po wejściu na boisko Tomasza Jodłowca, Polska zaczęła bronić wyniku, w efekcie czego gra defensywna wyglądała momentami rozpaczliwie, znacznie gorzej, niż w pierwszych czterech kwadransach.
Defensywni pomocnicy, czyli Rafał Murawski i Dariusz Dudka, nie zaprezentowali się w zeszłotygodniowym dwumeczu wybitnie. Rzadko brali na siebie ciężar rozgrywania (choćby najbardziej podstawowego) akcji, a i do ich ustawienia i pracy w destrukcji można mieć sporo zastrzeżeń. Wydaje się, że mimo wszystko lepsze wrażenie sprawiał gracz Auxerre, który na boisku prezentował większą werwę i chęć do gry niż apatyczny i ospały często lechita. Czekamy na powrót na boiska Adama Matuszczyka, a od razu powinna zwiększyć się konkurencja o miejsce w podstawowym składzie.
Jakub Błaszczykowski – przykra sprawa. Jako wielki fan umiejętności naszego kapitana piszę to z ciężkim sercem – obecnie Kuba nie daje drużynie nawet 10 procent tego, co mógłby dawać. Gdzieś podziała się jego dynamika, szybki zwód i przyspieszenie, które było zabójcze dla rywali. W obecnej taktyce, nastawionej w dużym stopniu na atak pozycyjny (tak nieudolnie budowany, dodajmy), gracz Borussii jest niemal bezużyteczny, jedyne co może zrobić, to wywalczyć rzut wolny, przytrzymując piłkę, czy być jednym z wielu zawodników, którzy oddają ją do bliżej ustawionego partnera. Smutne.
Sławomir Peszko i Kamil Grosicki. Miejsce obydwu jest na skrzydle, a nie za plecami atakujących, lub na samej szpicy. Obydwaj mają podobne walory, są bardzo dynamiczni, świetnie dryblują i generalnie dobrze sprawdzają się w grze jeden na jeden. Obecnie lepszym piłkarzem jest jednak „Grosik”, który więcej widzi na boisku i jakby lepiej orientował się, w którym momencie należy podjąć daną decyzję. Peszko w obydwu spotkaniach, choć był często przy piłce, irytował brakiem pomyślunku i chaotycznością. Grosicki, choć dalej niezbyt skuteczny, prezentował się zdecydowanie lepiej i to jemu należy się miejsce na lewym skrzydle.
Jeśli miejsce dwóch wyżej wymienionych piłkarzy jest na skrzydle, to z kolei zdecydowanie nie jest ono wymarzoną pozycją dla Obraniaka. Na „Ludo” ustawionego przy flance żal patrzeć, miota się, próbuje szarpać, ale nie ma on odpowiedniego „depnięcia”, by zdziałać cokolwiek pożytecznego. Ze swoją techniką i mocnym strzałem z dystansu idealnym miejscem na boisku byłaby dla niego pozycja i zadania ofensywnego pomocnika.
Robert Lewandowski jest obecnie najlepszym polskim piłkarzem. Mimo marnej, jak na swój wzrost, masy ciała, doprawdy trudno znaleźć lepiej grającego ciałem napastnika. „Lewy” świetnie zastawia piłkę, często potrafi przepchnąć znacznie masywniejszego rywala, nie sprawia mu również problemów walka z kilkoma zawodnikami czy wykonanie dokładnego zagrania, gdy jest naciskany. Ironicznie można by rzec, że jedyne czego mu brakuje, to wykonanie dokładnego zagrania, gdy nikt go nie atakuje (stuprocentowe okazje miał przynajmniej dwie, w obu meczach). Gdyby nie fakt, że sam musi rozgrywać piłkę, odbierać ją i przemieszczać pod pole karne, byłby pewnie zdecydowanie skuteczniejszy.
Co wiemy po zeszłotygodniowym dwumeczu? Niewiele. Że Polacy mają w sobie coś z Brazylijczyków, gdyż do dobrej gry potrzebują idealnie gładkiej murawy, a i to nie gwarantuje dobrego wyniku. Wiadomo też, że wynik każdego kolejnego meczu kadry jest wielką niewiadomą, przy czym można zakładać, że im mocniejszy rywal, tym lepiej zagramy.