Reprezentacja Polski w sobotnim meczu z Ukrainą wreszcie zdobyła bramkę. Gol Ireneusza Jelenia z 42. minuty był pierwszym trafieniem dla naszej kadry od 429 minut (co nagminnie przypominają media), czyli ponad siedmiu godzin. Zamiast cieszyć się byle czym, należy zganić piłkarzy za wynik, tak słabą i apatyczną Ukrainę należało bowiem odprawić z bagażem goli. Brawa, tym bardziej w kontekście ostatnich spotkań, należą im się jednak za liczbę stwarzanych sytuacji.
Jakkolwiek by reprezentacji nie oceniać, każdy chyba przyzna, że mecz na stadionie Widzewa w Łodzi był dla jej przyszłych losów przełomowy. Po pierwsze, zawodnicy za sprawą wspomnianego trafienia Jelenia zrzucili z siebie brzemię nieskuteczności, dzierżone od marcowego spotkania z Bułgarią. Przez 92 minuty spotkania z naszymi wschodnimi sąsiadami piłka nie wpadała do naszej bramki, ale ważniejsze jest to, że Ukraińcy do sytuacji stuprocentowych praktycznie nie dochodzili.
Andrij Szewczenko wiele nie pograł przy Wojtkowiaku i Żewłakowie (fot. somalilandsports.net)
Weźmy jednak poprawkę na klasę przeciwnika. Zgoda, Ukraińcy mają Szewczenkę i Tymoszczuka, a ich liga bije naszą na głowę. Kto jednak oglądał spotkanie w Łodzi, dobrze widział, że Szewczenko obecnie w niczym nie przypomina siebie sprzed kilku lat, a i piłkarz Bayernu formę zostawił chyba w Monachium. Przekonanych o potędze ligi ukraińskiej odsyłam do wyniku dwumeczu Lecha z Dnipro. Poza tym wystarczy przypomnieć sobie, na co pozwalali naszym piłkarzom Hiszpanie w Murcji i Kameruńczycy w Szczecinie, aby przyznać, że Ukraińcy nie dorównywali tym zespołom klasą.
Cokolwiek by nie pisać o poziomie zaprezentowanym przez Ukraińców (a może raczej braku wiary we własne siły lub przekonania co do wagi rozgrywanego spotkania?), nie można nie zauważyć postępu, jaki dokonał się w grze naszej reprezentacji. Nawet przyjmując, iż nasi wschodni sąsiedzi byli wyjątkowo słabo dysponowani, w kwestii formalnej dalej są drużyną, wyprzedzającą nas o lata świetlne w rankingu FIFA (dokładnie o 32 miejsca). Kto się zresztą zastanawiał nad dyspozycją Portugalczyków, kiedy dostawali łomot od Naszych w październiku 2006 roku w Chorzowie? Podobnie jak wtedy, tak i teraz byliśmy stroną zdecydowanie lepszą.
Co oczywiste, wszyscy piłkarze nie zaczęli grać nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ale nawet subtelne zmiany, które dokonały się od poprzedniego spotkania (co jest wielce budujące w perspektywie kolejnych meczów i nadchodzącego Euro 2012), mogą spowodować radykalną zmianę w liczbie stwarzanych sytuacji. Elementem, który stale, z meczu na mecz się poprawia, jest z pewnością pressing. Franciszek Smuda stara się wpoić go piłkarzom, sprawić, by był on równie oczywisty i naturalny, jak oddychanie i poruszanie się. O ile w meczu z Hiszpanią „Biało-czerwoni” kryli przeciwników na radar, o tyle podczas spotkania z Kamerunem byli już znacznie bliżej przeciwnika. Jako że ten zdecydowanie przewyższał nas pod względem warunków fizycznych, progres, mimo iż nastąpił, nie został zauważony.
W meczu z Ukrainą widzieliśmy wyraźnie, że nasi piłkarze już nie tylko doskakują do rywala po każdej stracie, ale też umiejętnie stawiają zasieki już na połowie przeciwnika, co sprawia mu ogromne problemy z wyprowadzeniem piłki. W efekcie, podczas spotkania w Łodzi, szczególnie w drugiej połowie, często widywaliśmy obrazek, kiedy to naciskani przez Jelenia czy Błaszczykowskiego rywale wybijali piłkę w środkowe sektory boiska, gdzie już czekali Murawski bądź Bandrowski. Duet ten zresztą całkowicie zdominował wspomnianą strefę placu gry. Ukraińcy już na początku spotkania odpuścili walkę w tym sektorze, dzięki czemu na rozgrywanie mieliśmy mnóstwo czasu, a to z kolei zaowocowało ogromną (chyba największą od styczniowego meczu z Singapurem) liczbą podbramkowych sytuacji.
Robert Lewandowski (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
Duet środkowych pomocników znających się doskonale z gry w Lechu Poznań zaprezentował się nam jako zdecydowanie najlepszy spośród wszystkich, które próbował Smuda (Dudka, Sadlok czy Matuszczyk w różnych wariantach). Nie bał się rozgrywania, zarówno krótkie, jak i długie podania wychodziły mu prawie zawsze dobrze. A umiejętność dokładnego zagrania długiej lub prostopadłej piłki pozostanie kluczowa, dopóki w napadzie będzie grał zawodnik o takich walorach, jak Ireneusz Jeleń. Różnicę w funkcjonowaniu środka pomocy było widać po zejściu Bandrowskiego spowodowanym kontuzją (nawiasem mówiąc, bardzo zła informacja w kontekście meczu z Australią). Jego zmiennik, Adam Matuszczyk, unikał zarówno walki, jak i wybierania odważniejszych wariantów, podając zawsze do najbliżej ustawionego partnera i chyba ani razu do przodu.
Dziwacznie, biorąc pod uwagę ich predyspozycje, zostali ustawieni przez Smudę Iwański i Peszko. Legionista został ustawiony na pozycji lewoskrzydłowego, a z pewnością jako takowy nie grał. Odruchowo schodził do środka, wycofując się po piłkę, co często skutkowało brakiem możliwości przesunięcia akcji do przodu. Jeśli chodzi o aspekty wolicjonalne, niewiele można Iwańskiemu zarzucić, uprzykrzał życie rywalowi niemal na każdym kroku, nie było dlań straconych piłek. Kiedy jednak przyszło mu ją rozgrywać, niemal zawsze przedkładał niekonwencjonalność nad solidność, co przynosiło opłakane skutki. Co do Sławomira Peszki, to chyba wypada jednoznacznie stwierdzić, iż nie powinien grać po tej samej stronie boiska co Błaszczykowski. Obaj panowie są piłkarzami bazującymi na walorach szybkościowych, z tą różnicą, że Peszko potrzebuje miejsca, aby się rozpędzić, a potem po prostu biegnie z piłką, natomiast gracz Borussii prędkość maksymalną osiąga po wykonaniu trzech, czterech kroków, przy czym nie jest dla niego problemem minięcie rywala. Na prawej stronie boiska nie ma miejsca dla piłkarzy o tak podobnej charakterystyce, tym bardziej jeśli do akcji ofensywnych ma się jeszcze dołączać boczny obrońca. Osobiście widziałbym któregoś z nich na lewym skrzydle.
Co do gry bocznych obrońców, tu również należy odnotować postęp. Powiedzmy sobie uczciwie, w tej chwili nie ma lepszych zawodników na tych pozycjach niż Piszczek i Boenisch. Próbowani na flankach defensywy byli gracze, którzy nie czuli się tam dobrze (Sadlok i Dudka), albo gracze mierni (Kowalczyk). Para, jaka zaprezentowała się w Łodzi, zagrała poprawnie w obronie i dobrze w ofensywie, chociaż po licznych wycieczkach na połowę przeciwnika gracze Bundesligi powinni szybciej wracać pod swoje pole karne. Mimo błędu popełnionego przez Boenischa przy wyrównującej bramce oraz kilku innych sytuacjach, kiedy gracz Werderu odpuszczał walkę, można z pełnym przekonaniem powiedzieć, iż boki obrony spełniają swoje zadanie i tu eksperymentować na razie nie ma potrzeby. Im dłużej bowiem defensywa będzie zgrywać się w obecnym składzie, tym lepiej powinna się prezentować.
Do środkowych obrońców również nie należy mieć większych pretensji. Problematyczną sytuacją, widoczną zarówno w meczu z Kamerunem, jak i Ukrainą jest fakt, iż kiedy przeciwnikowi uda się ominąć wysoko podchodzących środkowych pomocników, ma często miejsce aż do naszego pola karnego, by rozpędzić się z piłką i oddać strzał z dystansu. W takich sytuacjach linia obrony powinna być trzymana dużo dalej od bramki lub doskoczenie do przeciwnika powinno następować szybciej. Poza tymi elementami gra wygląda poprawnie, Żewłakow emanuje doświadczeniem i spokojem, Wojtkowiak natomiast walorami motorycznymi. W zanadrzu mamy jeszcze Kamila Glika, choć ten nie imponuje ani doświadczeniem, ani zwrotnością i szybkością. Góruje za to nad rywalami w powietrzu.
Ireneusz Jeleń (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
O obsadzie bramki powiedziano i napisano już dużo. Jak by nie oceniać występów golkiperów poprzednio stojących między słupkami, a więc Tytonia, Fabiańskiego i Kuszczaka, każdy chyba przyzna, że to Artur Boruc jest z nich wszystkich najbardziej doświadczony, ma za sobą najwięcej dobrych meczów na wysokim poziomie oraz (co bardzo ważne) zarówno na boisku, jak i w szatni jest osobowością. Osobowością, która z pewnością przyda się w pozbawionej nieco testosteronu reprezentacji Smudy. W Łodzi mieliśmy okazję widzieć Boruca w bodaj najlepszej formie od kilkunastu miesięcy, szczupłego i zwinnego. W kilku sytuacjach zaprezentował wysoki bramkarski kunszt. Mimo utraty bramki, należy go również pochwalić za sytuację z 92. minuty, kiedy odważnym wyjściem próbował naprawić złe ustawienie defensywy i uniemożliwił Chudobjakowi oddanie strzału. Pech chciał, że jego podania do Selezniowa nikt nie przeciął.
Ocenę gry Ireneusza Jelenia celowo zostawiłem na sam koniec. W sześciostopniowej skali w moim mniemaniu napastnik Auxerre zasługuje na tróję z ogromnym minusem. Napastnik tej klasy, dysponujący dobrą techniką i ograny na wysokim poziomie, nie może marnować czterech stuprocentowych sytuacji. Dzięki swojej szybkości i dobrym podaniom kolegów „Jelonek” z łatwością wychodził na czyste pozycje, jednak tylko raz wykończenie było poprawne. Wyobraźmy sobie, że były napastnik płockiej Wisły wykorzystałby chociaż połowę sytuacji. Wygralibyśmy 2:0, 3:0, z Ukraińców z pewnością zeszłoby powietrze i nie byliby w stanie strzelić bramki honorowej. A tak, po jednej z niewielu akcji, wykorzystali gapiostwo obrony i mamy wielce niezasłużony remis.
Wynik w odniesieniu do przebiegu spotkania jest świetną nauczką dla piłkarzy Smudy. Jeśli nie wykorzystuje się kilku znakomitych sytuacji (chwała Bogu, że takowe wreszcie są, w przyzwoitej liczbie!) nie można pozwolić sobie na choćby sekundę dekoncentracji. Po raz kolejny okazało się, że bronienie w ostatnich minutach jednobramkowego prowadzenia jest chyba bardziej nieskuteczne niż przetrzymywanie piłki na połowie rywala. Wszak najlepszą obroną jest atak.
Reprezentacja Polski w sobotnim meczu z Ukrainą wreszcie zdobyła bramkę. Gol Ireneusza Jelenia z 42. minuty był pierwszym trafieniem dla naszej kadry od 429 minut (co nagminnie przypominają media), czyli ponad siedmiu godzin. Zamiast cieszyć się byle czym, należy zganić piłkarzy za wynik, tak słabą i apatyczną Ukrainę należało bowiem odprawić z bagażem goli. Brawa, tym bardziej w kontekście ostatnich spotkań, należą im się jednak za liczbę stwarzanych sytuacji.
Jakkolwiek by reprezentacji nie oceniać, każdy chyba przyzna, że mecz na stadionie Widzewa w Łodzi był dla jej przyszłych losów przełomowy. Po pierwsze, zawodnicy za sprawą wspomnianego trafienia Jelenia zrzucili z siebie brzemię nieskuteczności, dzierżone od marcowego spotkania z Bułgarią. Przez 92 minuty spotkania z naszymi wschodnimi sąsiadami piłka nie wpadała do naszej bramki, ale ważniejsze jest to, że Ukraińcy do sytuacji stuprocentowych praktycznie nie dochodzili.
Andrij Szewczenko wiele nie pograł przy Wojtkowiaku i Żewłakowie (fot. somalilandsports.net)
Weźmy jednak poprawkę na klasę przeciwnika. Zgoda, Ukraińcy mają Szewczenkę i Tymoszczuka, a ich liga bije naszą na głowę. Kto jednak oglądał spotkanie w Łodzi, dobrze widział, że Szewczenko obecnie w niczym nie przypomina siebie sprzed kilku lat, a i piłkarz Bayernu formę zostawił chyba w Monachium. Przekonanych o potędze ligi ukraińskiej odsyłam do wyniku dwumeczu Lecha z Dnipro. Poza tym wystarczy przypomnieć sobie, na co pozwalali naszym piłkarzom Hiszpanie w Murcji i Kameruńczycy w Szczecinie, aby przyznać, że Ukraińcy nie dorównywali tym zespołom klasą.
Cokolwiek by nie pisać o poziomie zaprezentowanym przez Ukraińców (a może raczej braku wiary we własne siły lub przekonania co do wagi rozgrywanego spotkania?), nie można nie zauważyć postępu, jaki dokonał się w grze naszej reprezentacji. Nawet przyjmując, iż nasi wschodni sąsiedzi byli wyjątkowo słabo dysponowani, w kwestii formalnej dalej są drużyną, wyprzedzającą nas o lata świetlne w rankingu FIFA (dokładnie o 32 miejsca). Kto się zresztą zastanawiał nad dyspozycją Portugalczyków, kiedy dostawali łomot od Naszych w październiku 2006 roku w Chorzowie? Podobnie jak wtedy, tak i teraz byliśmy stroną zdecydowanie lepszą.
Co oczywiste, wszyscy piłkarze nie zaczęli grać nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ale nawet subtelne zmiany, które dokonały się od poprzedniego spotkania (co jest wielce budujące w perspektywie kolejnych meczów i nadchodzącego Euro 2012), mogą spowodować radykalną zmianę w liczbie stwarzanych sytuacji. Elementem, który stale, z meczu na mecz się poprawia, jest z pewnością pressing. Franciszek Smuda stara się wpoić go piłkarzom, sprawić, by był on równie oczywisty i naturalny, jak oddychanie i poruszanie się. O ile w meczu z Hiszpanią „Biało-czerwoni” kryli przeciwników na radar, o tyle podczas spotkania z Kamerunem byli już znacznie bliżej przeciwnika. Jako że ten zdecydowanie przewyższał nas pod względem warunków fizycznych, progres, mimo iż nastąpił, nie został zauważony.
W meczu z Ukrainą widzieliśmy wyraźnie, że nasi piłkarze już nie tylko doskakują do rywala po każdej stracie, ale też umiejętnie stawiają zasieki już na połowie przeciwnika, co sprawia mu ogromne problemy z wyprowadzeniem piłki. W efekcie, podczas spotkania w Łodzi, szczególnie w drugiej połowie, często widywaliśmy obrazek, kiedy to naciskani przez Jelenia czy Błaszczykowskiego rywale wybijali piłkę w środkowe sektory boiska, gdzie już czekali Murawski bądź Bandrowski. Duet ten zresztą całkowicie zdominował wspomnianą strefę placu gry. Ukraińcy już na początku spotkania odpuścili walkę w tym sektorze, dzięki czemu na rozgrywanie mieliśmy mnóstwo czasu, a to z kolei zaowocowało ogromną (chyba największą od styczniowego meczu z Singapurem) liczbą podbramkowych sytuacji.
Robert Lewandowski (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
Duet środkowych pomocników znających się doskonale z gry w Lechu Poznań zaprezentował się nam jako zdecydowanie najlepszy spośród wszystkich, które próbował Smuda (Dudka, Sadlok czy Matuszczyk w różnych wariantach). Nie bał się rozgrywania, zarówno krótkie, jak i długie podania wychodziły mu prawie zawsze dobrze. A umiejętność dokładnego zagrania długiej lub prostopadłej piłki pozostanie kluczowa, dopóki w napadzie będzie grał zawodnik o takich walorach, jak Ireneusz Jeleń. Różnicę w funkcjonowaniu środka pomocy było widać po zejściu Bandrowskiego spowodowanym kontuzją (nawiasem mówiąc, bardzo zła informacja w kontekście meczu z Australią). Jego zmiennik, Adam Matuszczyk, unikał zarówno walki, jak i wybierania odważniejszych wariantów, podając zawsze do najbliżej ustawionego partnera i chyba ani razu do przodu.
Dziwacznie, biorąc pod uwagę ich predyspozycje, zostali ustawieni przez Smudę Iwański i Peszko. Legionista został ustawiony na pozycji lewoskrzydłowego, a z pewnością jako takowy nie grał. Odruchowo schodził do środka, wycofując się po piłkę, co często skutkowało brakiem możliwości przesunięcia akcji do przodu. Jeśli chodzi o aspekty wolicjonalne, niewiele można Iwańskiemu zarzucić, uprzykrzał życie rywalowi niemal na każdym kroku, nie było dlań straconych piłek. Kiedy jednak przyszło mu ją rozgrywać, niemal zawsze przedkładał niekonwencjonalność nad solidność, co przynosiło opłakane skutki. Co do Sławomira Peszki, to chyba wypada jednoznacznie stwierdzić, iż nie powinien grać po tej samej stronie boiska co Błaszczykowski. Obaj panowie są piłkarzami bazującymi na walorach szybkościowych, z tą różnicą, że Peszko potrzebuje miejsca, aby się rozpędzić, a potem po prostu biegnie z piłką, natomiast gracz Borussii prędkość maksymalną osiąga po wykonaniu trzech, czterech kroków, przy czym nie jest dla niego problemem minięcie rywala. Na prawej stronie boiska nie ma miejsca dla piłkarzy o tak podobnej charakterystyce, tym bardziej jeśli do akcji ofensywnych ma się jeszcze dołączać boczny obrońca. Osobiście widziałbym któregoś z nich na lewym skrzydle.
Co do gry bocznych obrońców, tu również należy odnotować postęp. Powiedzmy sobie uczciwie, w tej chwili nie ma lepszych zawodników na tych pozycjach niż Piszczek i Boenisch. Próbowani na flankach defensywy byli gracze, którzy nie czuli się tam dobrze (Sadlok i Dudka), albo gracze mierni (Kowalczyk). Para, jaka zaprezentowała się w Łodzi, zagrała poprawnie w obronie i dobrze w ofensywie, chociaż po licznych wycieczkach na połowę przeciwnika gracze Bundesligi powinni szybciej wracać pod swoje pole karne. Mimo błędu popełnionego przez Boenischa przy wyrównującej bramce oraz kilku innych sytuacjach, kiedy gracz Werderu odpuszczał walkę, można z pełnym przekonaniem powiedzieć, iż boki obrony spełniają swoje zadanie i tu eksperymentować na razie nie ma potrzeby. Im dłużej bowiem defensywa będzie zgrywać się w obecnym składzie, tym lepiej powinna się prezentować.
Do środkowych obrońców również nie należy mieć większych pretensji. Problematyczną sytuacją, widoczną zarówno w meczu z Kamerunem, jak i Ukrainą jest fakt, iż kiedy przeciwnikowi uda się ominąć wysoko podchodzących środkowych pomocników, ma często miejsce aż do naszego pola karnego, by rozpędzić się z piłką i oddać strzał z dystansu. W takich sytuacjach linia obrony powinna być trzymana dużo dalej od bramki lub doskoczenie do przeciwnika powinno następować szybciej. Poza tymi elementami gra wygląda poprawnie, Żewłakow emanuje doświadczeniem i spokojem, Wojtkowiak natomiast walorami motorycznymi. W zanadrzu mamy jeszcze Kamila Glika, choć ten nie imponuje ani doświadczeniem, ani zwrotnością i szybkością. Góruje za to nad rywalami w powietrzu.
Ireneusz Jeleń (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
O obsadzie bramki powiedziano i napisano już dużo. Jak by nie oceniać występów golkiperów poprzednio stojących między słupkami, a więc Tytonia, Fabiańskiego i Kuszczaka, każdy chyba przyzna, że to Artur Boruc jest z nich wszystkich najbardziej doświadczony, ma za sobą najwięcej dobrych meczów na wysokim poziomie oraz (co bardzo ważne) zarówno na boisku, jak i w szatni jest osobowością. Osobowością, która z pewnością przyda się w pozbawionej nieco testosteronu reprezentacji Smudy. W Łodzi mieliśmy okazję widzieć Boruca w bodaj najlepszej formie od kilkunastu miesięcy, szczupłego i zwinnego. W kilku sytuacjach zaprezentował wysoki bramkarski kunszt. Mimo utraty bramki, należy go również pochwalić za sytuację z 92. minuty, kiedy odważnym wyjściem próbował naprawić złe ustawienie defensywy i uniemożliwił Chudobjakowi oddanie strzału. Pech chciał, że jego podania do Selezniowa nikt nie przeciął.
Ocenę gry Ireneusza Jelenia celowo zostawiłem na sam koniec. W sześciostopniowej skali w moim mniemaniu napastnik Auxerre zasługuje na tróję z ogromnym minusem. Napastnik tej klasy, dysponujący dobrą techniką i ograny na wysokim poziomie, nie może marnować czterech stuprocentowych sytuacji. Dzięki swojej szybkości i dobrym podaniom kolegów „Jelonek” z łatwością wychodził na czyste pozycje, jednak tylko raz wykończenie było poprawne. Wyobraźmy sobie, że były napastnik płockiej Wisły wykorzystałby chociaż połowę sytuacji. Wygralibyśmy 2:0, 3:0, z Ukraińców z pewnością zeszłoby powietrze i nie byliby w stanie strzelić bramki honorowej. A tak, po jednej z niewielu akcji, wykorzystali gapiostwo obrony i mamy wielce niezasłużony remis.
Wynik w odniesieniu do przebiegu spotkania jest świetną nauczką dla piłkarzy Smudy. Jeśli nie wykorzystuje się kilku znakomitych sytuacji (chwała Bogu, że takowe wreszcie są, w przyzwoitej liczbie!) nie można pozwolić sobie na choćby sekundę dekoncentracji. Po raz kolejny okazało się, że bronienie w ostatnich minutach jednobramkowego prowadzenia jest chyba bardziej nieskuteczne niż przetrzymywanie piłki na połowie rywala. Wszak najlepszą obroną jest atak.
Więcej zdjęć na stronie bialoczerwoni.com.pl
Komentarze1
~B
~Błąd Błąd Błąd!
„J”reneusz Jeleń przerwał passę nieskuteczności
polskiej kadry. Cóż nam jednak po jednym trafieniu,
skoro sytuacji byłow bród? (fot.
bialoczerwoni.com.pl)