Reprezentacja Polski pokonała Wybrzeże Kości Słoniowej 3:1, czym przerwała passę ośmiu meczów bez wygranej na przestrzeni ostatnich ośmiu miesięcy. Tym samym Franciszkowi Smudzie, a także jego podopiecznym spadł z serca ogromny kamień. Przez pewien czas atmosfera wokół kadry będzie nieco spokojniejsza, a selekcjoner z większym spokojem będzie mógł przygotowywać zespół do Euro 2012.
Zwycięstwo kadry przyszło w najlepszym momencie. Po pierwsze, klasa rywala (i to mimo absencji kilku kluczowych graczy) była naprawdę wysoka, od czerwcowego meczu z Hiszpanią nasza reprezentacja nie mierzyła się z drużyną tak silną (albo – jak kto woli tak – wysoko sklasyfikowaną w rankingu FIFA). Po drugie, gdyby kadra nie wygrała teraz, na kolejne zwycięstwo musielibyśmy poczekać prawdopodobnie aż do marca, bo też wielu nie uznawałoby wyników z zimowych sparingów za miarodajne. Gdyby zatem pupilom Smudy nie udało się zwyciężyć, atmosfera zrobiłaby się nie tyle zła, bo taka jest już od jakiegoś czasu, ale wręcz nieznośna, absolutnie niesprzyjająca selekcji i budowaniu sportowej formy.
Michał Żewłakow, dotychczasowy kapitan, został przez Franciszka Smudę puszczony z torbami… (fot. Fot. ML/FC/ProgressForPoland.com)
Co do otoczki, jaka towarzyszy kadrze, powiedziano w ostatnich tygodniach na tyle dużo, że nie ma sensu rozwodzić się nad nią na nowo. Dwie tzw. afery alkoholowe jedna po drugiej, skutkujące wykluczeniem z kadry czterech graczy (w tym dwóch mogących uchodzić za jej filary), a także wspomniana już wcześniej niechlubna passa meczów bez zwycięstwa na tyle zniechęciły do reprezentacji media i kibiców, że ta znalazła się właściwie pod ścianą. W tej sytuacji spokojem wykazał się sam Smuda, który wbrew wcześniejszemu zachowaniu, przestał zgrywać chojraka i króla dzielnicy wątpliwej sławy, a wreszcie zaczął, przede wszystkim w wypowiedziach, przypominać selekcjonera z prawdziwego zdarzenia, któremu nieobca jest sztuka dyplomacji i zręcznego odpowiadania na pytania. Dotyczy to w szczególności komentarzy „Franza” do zarzutów skierowanych pod jego adresem przez banitów, Żewłakowa i Boruca. Smuda, zamiast wdawać się w licytacje czy pyskówki z zawodnikami, ogłosił, że nie ma do nich pretensji za wylewanie żalów na łamach prasy i telewizji, mało tego, życzy im powodzenia w dalszej karierze.
Spokój selekcjonera mógł się udzielić również zawodnikom, którzy dodatkowo pod nieobecność Żewłakowa mogli poczuć się w kadrze nieco swobodniej, dotychczasowy kapitan był bowiem od większości z nich starszy o dobrą dekadę. Nowym został mianowany Jakub Błaszczykowski, co zresztą wydawało się jedynie kwestią czasu. Była to mądra decyzja, Kuba bowiem jako jeden z niewielu zawodników nigdy nie ucieka od odpowiedzialności za wynik czy styl gry kadry, umie posypać głowę popiołem czy nawet w mocnych słowach skrytykować poczynania kolegów. Dodając do tego piłkarskie argumenty, które przemawiają za nim, jak za nikim innym, wychodzi na to, że przekazanie opaski kapitańskiej będzie miało w polskiej kadrze charakter bezbolesny.
Łukasz Fabiański był bardzo pewnym punktem drużyny narodowej w meczu z WKS (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
Sam mecz zawodnicy rozpoczęli jednak dosyć niemrawo, i to mimo fantastycznej sytuacji na otwarcie wyniku, którą już w pierwszej minucie miał właśnie nowo mianowany kapitan. Później jednak sytuacja zmieniła się na naszą niekorzyść, Polacy jedynie przyglądali się, jak afrykańskie gwiazdy wymieniają między sobą piłkę i konstruują akcje. Szczególne pretensje można mieć do Macieja Sadloka, uparcie ustawianego przez Smudę na pozycji lewego obrońcy. „Franz” wydaje się głuchy na uzasadnione zresztą uwagi, że młody gracz Ruchu nie dysponuje ani odpowiednią dynamiką i szybkością, ani wydolnością, które powinny cechować skrajnego defensora. Być może Smuda traktuje po prostu Sadloka jako opcję zapasową dla Sebastiana Boenischa, a wraz z powrotem do zdrowia gracza Werderu wychowanek Pasjonata Dankowice pójdzie w odstawkę. Biorąc pod uwagę błędy, jakie popełniał (w pierwszym kwadransie trzykrotnie dopuścił do groźnego dośrodkowania w pole karne, w ostatnich minutach pierwszej odsłony nie upilnował również zawodnika, który dośrodkował do strzelca bramki, Gervinho) chciałoby się powiedzieć oby, z drugiej strony nie należy jednak skreślać tego zawodnika, któremu nie można przecież odmówić talentu. Wystarczy go ogrywać na środku defensywy.
Do gry Łukasza Piszczka nie można mieć większych zarzutów, był zarówno poprawny w defensywie, jak i aktywny w ofensywie, standardowo również dublował pozycję Kuby Błaszczykowskiego, gdy ten schodził do środka. Po raz kolejny defensorowi Borussii można wytknąć niedokładne dośrodkowania, ale biorąc pod uwagę, że w drużynie klubowej piłki posyła znacznie dokładniej, wypada mieć nadzieję, że i w kadrze w tym elemencie będzie się prezentował zdecydowanie lepiej. Po raz kolejny natomiast można mieć pretensje (choć już nieco mniejsze) do gry środkowych obrońców. Para Wojtkowiak – Jodłowiec grała ze sobą co prawda po raz pierwszy i zaprezentowała się lepiej niż poprzednie dwójki stoperów, ale i tak nie ustrzegła się błędów. Przy wyrównującej bramce dla rywali zarówno gracz Polonii, jak i Lecha nie potrafili wybić piłki głową (choć nie wydawało się to takie trudne), a gdy już piłka spadła pod nogi Gervinho, nie umieli jej wyekspediować z pola karnego ani też przyblokować strzału. Jednym słowem wielbłąd, i to obu panów. W innych sytuacjach ligowy duet również nie sprawiał zdecydowanie korzystnego wrażenia. Pełniący rolę napastnika tarana (pod nieobecność Drogby) Bony Wilfried mocno dał się we znaki naszym stoperom, niejednokrotnie biorąc ich na szybkość czy wygrywając pojedynki bark w bark.
Jakubowi Błaszczykowskiemu opaska kapitana raczej nie przeszkadzała w grze (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
W efekcie sporo pracy miał Łukasz Fabiański, a jeśli już o nim mowa, trzeba mu oddać, że w spotkaniu z jedną z najmocniejszych drużyn z Afryki zaprezentował się lepiej niż poprawnie. „Fabian” w ostatnich tygodniach przeżywał huśtawkę nastrojów, był na zmianę wychwalany pod niebiosa za udane interwencje, ale również ganiony za błędy (np. przy bramce Andy’ego Carrolla z Newcastle). Smuda ostatnio wyraźnie zadeklarował, że w tej chwili poza konkurencją, jeśli chodzi o obsadę reprezentacyjnej bramki, pozostają właśnie „Fabian” i Przemysław Tytoń z Rody. Jak radzą niektórzy specjaliści, warto byłoby już teraz odstrzelić któregoś bramkarza z tego duetu i jasno zadeklarować, który jest golkiperem nr 1. Biorąc pod uwagę potencjał obydwu golkiperów, jest to jednak zadanie niezwykle trudne.
Dużo dobrego po raz kolejny można powiedzieć o grze skrzydłowych (przez niektórych klasyfikowanych jako bocznych pomocników), czyli Jakuba Błaszczykowskiego i Ludovica Obraniaka. Nowo namaszczony kapitan był, do czego zdążył już zresztą wszystkich przyzwyczaić, zdecydowanie wyróżniającą się postacią w ofensywie, często brał ciężar gry na swoje barki, wykorzystywał z powodzeniem swoje walory, takie jak szybkość, przyspieszenie i świetny drybling. Jego ocenę zdecydowanie jednak obniżają dwie niewykorzystane szanse, które można nazwać stuprocentowymi. W pierwszej sytuacji Kuba wszystko zrobił dobrze, ba, nawet gdyby nie jego przełożenie piłki z tyłu, akcja mogłaby skończyć się już na pierwszym z interweniujących obrońców, a tak, skończyła się ofiarnym wślizgiem drugiego, który zablokował strzał Polaka. W drugiej natomiast Kuba otrzymał świetne podanie od Lewandowskiego, miał mnóstwo miejsca i czasu na oddanie strzału, jednak zrobił to chyba zbyt szybko i minimalnie niecelnie. Gracz jego formatu powinien wykorzystywać takie sytuacje, tym bardziej że byłoby to trafienie na 2:0, które znacznie uspokoiłoby grę. „Ludo” Obraniak w przekroju całego spotkania nie był tak aktywny jak Kuba i nie przeprowadził tylu akcji, jednak w kluczowych sytuacjach był zawsze tam, gdzie być powinien. Bardzo dużo do gry wnoszą również bite przez niego stałe fragmenty i mowa tu nie tylko o kapitalnej bramce (której nie powstydziłby się nawet David Beckham), ale też o licznych dośrodkowaniach z rzutów wolnych i rożnych, które mimo znacznej przewagi we wzroście po stronie przeciwnika, były dla niego nie lada zagrożeniem. Można nawet zaryzykować tezę, że w tej chwili najmocniejszą stroną polskiej drużyny jest nie tyle prawe skrzydło, co skrzydła w ogóle.
Robert Lewandowski zaliczył fantastyczny występ w meczu z WKS, który uwieńczył dwiema bramkami (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
Na pozycji, którą Hiszpanie zwą mediapunta, próbowany jest Adrian Mierzejewski. Gracz Polonii Warszawa jak na polskie, ligowe realia jest prawdziwą perełką, szczególnie jeśli chodzi o wyszkolenie techniczne. Wciąż brakuje mu jednak pewności w meczach reprezentacji, w jego poczynaniach widać pewną nerwowość, często zbyt szybko chciał rozwiązywać akcje, co przynosiło kiepskie rezultaty (kilkakrotnie, chociażby w pierwszej połowie, po odzyskaniu piłki przez kolegów Mierzejewski zbyt szybko zagrywał długą i niestety niedokładną piłkę do Lewandowskiego, zamiast rozrzucić akcję, czy poczekać na partnerów). Ogólnie jednak nie odstawał od pozostałych zawodników, jest to na pewno piłkarz, który powinien mieć miejsce w kadrze.
Za najlepszym zawodnikiem „Czarnych Koszul” biegała dwójka piwotów – Rafał Murawski i Adam Matuszczyk. „Muraś” po świetnych meczach z początków jesieni niestety nieco spuścił z tonu, na boisku jest nieco rozkojarzony i generalnie nie wnosi do gry drużyny tyle, ile powinien. Jego słabsza forma znalazła zresztą odbicie w klubie – „Muraś” od dłuższego czasu grzeje bowiem ławę. Obok Błaszczykowskiego jest to jednak najbardziej doświadczony piłkarz, w dodatku darzony przez Smudę sympatią i zaufaniem. Oby jak najczęściej miał okazję odwdzięczać się za to trenerowi na boisku. Drugi z defensywnych pomocników, gracz Kolonii, Matuszczyk, coraz śmielej poczyna sobie w kadrze. Progres, wziąwszy pod uwagę pierwsze mecze młodziana w drużynie narodowej, był już widoczny w meczu z USA, w którym Adam zdobył swoją pierwszą bramkę w koszulce z orzełkiem na piersi. W spotkaniu z Wybrzeżem Kości Słoniowej Matuszczyk pokazał, iż potrafi fantastycznie, prostopadle podać do napastnika. To właśnie jego dwa podania otworzyły Robertowi Lewandowskiemu drogę do siatki „Słoni”. Gracz Kolonii nie popełniał również błędów w defensywie, nieźle rozumiał się z Murawskim i choć Polska generalnie oddawała nieco inicjatywę gościom (przydałby się bardziej agresywny pressing właśnie ze strony dwójki piwotów), to i tak funkcjonowanie drugiej linii można uznać za poprawne. Formacja ta w niemal każdym meczu potrafi wymienić efektownie kilka podań z rzędu z klepki, w dodatku zagrania te były efektywne.
Bohaterem spotkania w Poznaniu należy uznać bezsprzecznie Roberta Lewandowskiego, który miał dwie świetne sytuacje i obydwie wykorzystał. Zarówno pierwsza bramka (kiedy spokojnie obiegł bramkarza i z dość ostrego kąta zdołał umieścić piłkę na tyle blisko słupka, by ta nie odbiła się od nabiegającego obrońcy), jak i drugie trafienie (poczekał na decyzję golkipera, po czym pewnym płaskim strzałem tuż przy słupku ustalił wynik spotkania) znamionują nie tyle duże umiejętności, bo że „Lewy” nimi dysponuje wiadomo od dawna, ale duży spokój i odporność psychiczną. Zawodnik, który pełni rolę rezerwowego w drużynie klubowej, w dodatku ostatnimi czasy atakowany przez niemiecką prasę bulwarową za brak skuteczności, pokazał jednak, że przedwczesne skreślanie go jest dużym błędem. Były gracz Lecha zdobył swoją ósmą i dziewiątą bramkę w kadrze, a zważywszy na fakt, iż ma zaledwie 22 lata, można być niemal pewnym, że Polska ma snajpera, jakiego nie było nie tylko w tym, ale i w poprzednim dziesięcioleciu. Robertowi liczymy zatem dalej zdrowego podejścia do piłki i równie twardego stąpania po ziemi jak dotychczas. Skorzysta na tym zarówno on sam, jak i reprezentacja.
Kolejny mecz reprezentacja rozegra w grudniu, na zgrupowaniu w Turcji, a rywalem, w miejsce Słowaków (dziwna i rzadko spotykana rezygnacja), będzie chyba nawet mocniejsza Bośnia i Hercegowina. Obydwie drużyny zagrają prawdopodobnie w składach krajowych. Smuda będzie miał więc dobrą okazję, by z bliska przyjrzeć się zawodnikom wyróżniającym się z naszej ligowej młócki. Czy któryś z nich wedrze się do kadry i zagrzeje w niej miejsce na dłużej?
Reprezentacja Polski pokonała Wybrzeże Kości Słoniowej 3:1, czym przerwała passę ośmiu meczów bez wygranej na przestrzeni ostatnich ośmiu miesięcy. Tym samym Franciszkowi Smudzie, a także jego podopiecznym spadł z serca ogromny kamień. Przez pewien czas atmosfera wokół kadry będzie nieco spokojniejsza, a selekcjoner z większym spokojem będzie mógł przygotowywać zespół do Euro 2012.
Zwycięstwo kadry przyszło w najlepszym momencie. Po pierwsze, klasa rywala (i to mimo absencji kilku kluczowych graczy) była naprawdę wysoka, od czerwcowego meczu z Hiszpanią nasza reprezentacja nie mierzyła się z drużyną tak silną (albo – jak kto woli tak – wysoko sklasyfikowaną w rankingu FIFA). Po drugie, gdyby kadra nie wygrała teraz, na kolejne zwycięstwo musielibyśmy poczekać prawdopodobnie aż do marca, bo też wielu nie uznawałoby wyników z zimowych sparingów za miarodajne. Gdyby zatem pupilom Smudy nie udało się zwyciężyć, atmosfera zrobiłaby się nie tyle zła, bo taka jest już od jakiegoś czasu, ale wręcz nieznośna, absolutnie niesprzyjająca selekcji i budowaniu sportowej formy.
Michał Żewłakow, dotychczasowy kapitan, został przez Franciszka Smudę puszczony z torbami… (fot. Fot. ML/FC/ProgressForPoland.com)
Co do otoczki, jaka towarzyszy kadrze, powiedziano w ostatnich tygodniach na tyle dużo, że nie ma sensu rozwodzić się nad nią na nowo. Dwie tzw. afery alkoholowe jedna po drugiej, skutkujące wykluczeniem z kadry czterech graczy (w tym dwóch mogących uchodzić za jej filary), a także wspomniana już wcześniej niechlubna passa meczów bez zwycięstwa na tyle zniechęciły do reprezentacji media i kibiców, że ta znalazła się właściwie pod ścianą. W tej sytuacji spokojem wykazał się sam Smuda, który wbrew wcześniejszemu zachowaniu, przestał zgrywać chojraka i króla dzielnicy wątpliwej sławy, a wreszcie zaczął, przede wszystkim w wypowiedziach, przypominać selekcjonera z prawdziwego zdarzenia, któremu nieobca jest sztuka dyplomacji i zręcznego odpowiadania na pytania. Dotyczy to w szczególności komentarzy „Franza” do zarzutów skierowanych pod jego adresem przez banitów, Żewłakowa i Boruca. Smuda, zamiast wdawać się w licytacje czy pyskówki z zawodnikami, ogłosił, że nie ma do nich pretensji za wylewanie żalów na łamach prasy i telewizji, mało tego, życzy im powodzenia w dalszej karierze.
Spokój selekcjonera mógł się udzielić również zawodnikom, którzy dodatkowo pod nieobecność Żewłakowa mogli poczuć się w kadrze nieco swobodniej, dotychczasowy kapitan był bowiem od większości z nich starszy o dobrą dekadę. Nowym został mianowany Jakub Błaszczykowski, co zresztą wydawało się jedynie kwestią czasu. Była to mądra decyzja, Kuba bowiem jako jeden z niewielu zawodników nigdy nie ucieka od odpowiedzialności za wynik czy styl gry kadry, umie posypać głowę popiołem czy nawet w mocnych słowach skrytykować poczynania kolegów. Dodając do tego piłkarskie argumenty, które przemawiają za nim, jak za nikim innym, wychodzi na to, że przekazanie opaski kapitańskiej będzie miało w polskiej kadrze charakter bezbolesny.
Łukasz Fabiański był bardzo pewnym punktem drużyny narodowej w meczu z WKS (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
Sam mecz zawodnicy rozpoczęli jednak dosyć niemrawo, i to mimo fantastycznej sytuacji na otwarcie wyniku, którą już w pierwszej minucie miał właśnie nowo mianowany kapitan. Później jednak sytuacja zmieniła się na naszą niekorzyść, Polacy jedynie przyglądali się, jak afrykańskie gwiazdy wymieniają między sobą piłkę i konstruują akcje. Szczególne pretensje można mieć do Macieja Sadloka, uparcie ustawianego przez Smudę na pozycji lewego obrońcy. „Franz” wydaje się głuchy na uzasadnione zresztą uwagi, że młody gracz Ruchu nie dysponuje ani odpowiednią dynamiką i szybkością, ani wydolnością, które powinny cechować skrajnego defensora. Być może Smuda traktuje po prostu Sadloka jako opcję zapasową dla Sebastiana Boenischa, a wraz z powrotem do zdrowia gracza Werderu wychowanek Pasjonata Dankowice pójdzie w odstawkę. Biorąc pod uwagę błędy, jakie popełniał (w pierwszym kwadransie trzykrotnie dopuścił do groźnego dośrodkowania w pole karne, w ostatnich minutach pierwszej odsłony nie upilnował również zawodnika, który dośrodkował do strzelca bramki, Gervinho) chciałoby się powiedzieć oby, z drugiej strony nie należy jednak skreślać tego zawodnika, któremu nie można przecież odmówić talentu. Wystarczy go ogrywać na środku defensywy.
Do gry Łukasza Piszczka nie można mieć większych zarzutów, był zarówno poprawny w defensywie, jak i aktywny w ofensywie, standardowo również dublował pozycję Kuby Błaszczykowskiego, gdy ten schodził do środka. Po raz kolejny defensorowi Borussii można wytknąć niedokładne dośrodkowania, ale biorąc pod uwagę, że w drużynie klubowej piłki posyła znacznie dokładniej, wypada mieć nadzieję, że i w kadrze w tym elemencie będzie się prezentował zdecydowanie lepiej. Po raz kolejny natomiast można mieć pretensje (choć już nieco mniejsze) do gry środkowych obrońców. Para Wojtkowiak – Jodłowiec grała ze sobą co prawda po raz pierwszy i zaprezentowała się lepiej niż poprzednie dwójki stoperów, ale i tak nie ustrzegła się błędów. Przy wyrównującej bramce dla rywali zarówno gracz Polonii, jak i Lecha nie potrafili wybić piłki głową (choć nie wydawało się to takie trudne), a gdy już piłka spadła pod nogi Gervinho, nie umieli jej wyekspediować z pola karnego ani też przyblokować strzału. Jednym słowem wielbłąd, i to obu panów. W innych sytuacjach ligowy duet również nie sprawiał zdecydowanie korzystnego wrażenia. Pełniący rolę napastnika tarana (pod nieobecność Drogby) Bony Wilfried mocno dał się we znaki naszym stoperom, niejednokrotnie biorąc ich na szybkość czy wygrywając pojedynki bark w bark.
Jakubowi Błaszczykowskiemu opaska kapitana raczej nie przeszkadzała w grze (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
W efekcie sporo pracy miał Łukasz Fabiański, a jeśli już o nim mowa, trzeba mu oddać, że w spotkaniu z jedną z najmocniejszych drużyn z Afryki zaprezentował się lepiej niż poprawnie. „Fabian” w ostatnich tygodniach przeżywał huśtawkę nastrojów, był na zmianę wychwalany pod niebiosa za udane interwencje, ale również ganiony za błędy (np. przy bramce Andy’ego Carrolla z Newcastle). Smuda ostatnio wyraźnie zadeklarował, że w tej chwili poza konkurencją, jeśli chodzi o obsadę reprezentacyjnej bramki, pozostają właśnie „Fabian” i Przemysław Tytoń z Rody. Jak radzą niektórzy specjaliści, warto byłoby już teraz odstrzelić któregoś bramkarza z tego duetu i jasno zadeklarować, który jest golkiperem nr 1. Biorąc pod uwagę potencjał obydwu golkiperów, jest to jednak zadanie niezwykle trudne.
Dużo dobrego po raz kolejny można powiedzieć o grze skrzydłowych (przez niektórych klasyfikowanych jako bocznych pomocników), czyli Jakuba Błaszczykowskiego i Ludovica Obraniaka. Nowo namaszczony kapitan był, do czego zdążył już zresztą wszystkich przyzwyczaić, zdecydowanie wyróżniającą się postacią w ofensywie, często brał ciężar gry na swoje barki, wykorzystywał z powodzeniem swoje walory, takie jak szybkość, przyspieszenie i świetny drybling. Jego ocenę zdecydowanie jednak obniżają dwie niewykorzystane szanse, które można nazwać stuprocentowymi. W pierwszej sytuacji Kuba wszystko zrobił dobrze, ba, nawet gdyby nie jego przełożenie piłki z tyłu, akcja mogłaby skończyć się już na pierwszym z interweniujących obrońców, a tak, skończyła się ofiarnym wślizgiem drugiego, który zablokował strzał Polaka. W drugiej natomiast Kuba otrzymał świetne podanie od Lewandowskiego, miał mnóstwo miejsca i czasu na oddanie strzału, jednak zrobił to chyba zbyt szybko i minimalnie niecelnie. Gracz jego formatu powinien wykorzystywać takie sytuacje, tym bardziej że byłoby to trafienie na 2:0, które znacznie uspokoiłoby grę. „Ludo” Obraniak w przekroju całego spotkania nie był tak aktywny jak Kuba i nie przeprowadził tylu akcji, jednak w kluczowych sytuacjach był zawsze tam, gdzie być powinien. Bardzo dużo do gry wnoszą również bite przez niego stałe fragmenty i mowa tu nie tylko o kapitalnej bramce (której nie powstydziłby się nawet David Beckham), ale też o licznych dośrodkowaniach z rzutów wolnych i rożnych, które mimo znacznej przewagi we wzroście po stronie przeciwnika, były dla niego nie lada zagrożeniem. Można nawet zaryzykować tezę, że w tej chwili najmocniejszą stroną polskiej drużyny jest nie tyle prawe skrzydło, co skrzydła w ogóle.
Robert Lewandowski zaliczył fantastyczny występ w meczu z WKS, który uwieńczył dwiema bramkami (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
Na pozycji, którą Hiszpanie zwą mediapunta, próbowany jest Adrian Mierzejewski. Gracz Polonii Warszawa jak na polskie, ligowe realia jest prawdziwą perełką, szczególnie jeśli chodzi o wyszkolenie techniczne. Wciąż brakuje mu jednak pewności w meczach reprezentacji, w jego poczynaniach widać pewną nerwowość, często zbyt szybko chciał rozwiązywać akcje, co przynosiło kiepskie rezultaty (kilkakrotnie, chociażby w pierwszej połowie, po odzyskaniu piłki przez kolegów Mierzejewski zbyt szybko zagrywał długą i niestety niedokładną piłkę do Lewandowskiego, zamiast rozrzucić akcję, czy poczekać na partnerów). Ogólnie jednak nie odstawał od pozostałych zawodników, jest to na pewno piłkarz, który powinien mieć miejsce w kadrze.
Za najlepszym zawodnikiem „Czarnych Koszul” biegała dwójka piwotów – Rafał Murawski i Adam Matuszczyk. „Muraś” po świetnych meczach z początków jesieni niestety nieco spuścił z tonu, na boisku jest nieco rozkojarzony i generalnie nie wnosi do gry drużyny tyle, ile powinien. Jego słabsza forma znalazła zresztą odbicie w klubie – „Muraś” od dłuższego czasu grzeje bowiem ławę. Obok Błaszczykowskiego jest to jednak najbardziej doświadczony piłkarz, w dodatku darzony przez Smudę sympatią i zaufaniem. Oby jak najczęściej miał okazję odwdzięczać się za to trenerowi na boisku. Drugi z defensywnych pomocników, gracz Kolonii, Matuszczyk, coraz śmielej poczyna sobie w kadrze. Progres, wziąwszy pod uwagę pierwsze mecze młodziana w drużynie narodowej, był już widoczny w meczu z USA, w którym Adam zdobył swoją pierwszą bramkę w koszulce z orzełkiem na piersi. W spotkaniu z Wybrzeżem Kości Słoniowej Matuszczyk pokazał, iż potrafi fantastycznie, prostopadle podać do napastnika. To właśnie jego dwa podania otworzyły Robertowi Lewandowskiemu drogę do siatki „Słoni”. Gracz Kolonii nie popełniał również błędów w defensywie, nieźle rozumiał się z Murawskim i choć Polska generalnie oddawała nieco inicjatywę gościom (przydałby się bardziej agresywny pressing właśnie ze strony dwójki piwotów), to i tak funkcjonowanie drugiej linii można uznać za poprawne. Formacja ta w niemal każdym meczu potrafi wymienić efektownie kilka podań z rzędu z klepki, w dodatku zagrania te były efektywne.
Bohaterem spotkania w Poznaniu należy uznać bezsprzecznie Roberta Lewandowskiego, który miał dwie świetne sytuacje i obydwie wykorzystał. Zarówno pierwsza bramka (kiedy spokojnie obiegł bramkarza i z dość ostrego kąta zdołał umieścić piłkę na tyle blisko słupka, by ta nie odbiła się od nabiegającego obrońcy), jak i drugie trafienie (poczekał na decyzję golkipera, po czym pewnym płaskim strzałem tuż przy słupku ustalił wynik spotkania) znamionują nie tyle duże umiejętności, bo że „Lewy” nimi dysponuje wiadomo od dawna, ale duży spokój i odporność psychiczną. Zawodnik, który pełni rolę rezerwowego w drużynie klubowej, w dodatku ostatnimi czasy atakowany przez niemiecką prasę bulwarową za brak skuteczności, pokazał jednak, że przedwczesne skreślanie go jest dużym błędem. Były gracz Lecha zdobył swoją ósmą i dziewiątą bramkę w kadrze, a zważywszy na fakt, iż ma zaledwie 22 lata, można być niemal pewnym, że Polska ma snajpera, jakiego nie było nie tylko w tym, ale i w poprzednim dziesięcioleciu. Robertowi liczymy zatem dalej zdrowego podejścia do piłki i równie twardego stąpania po ziemi jak dotychczas. Skorzysta na tym zarówno on sam, jak i reprezentacja.
Kolejny mecz reprezentacja rozegra w grudniu, na zgrupowaniu w Turcji, a rywalem, w miejsce Słowaków (dziwna i rzadko spotykana rezygnacja), będzie chyba nawet mocniejsza Bośnia i Hercegowina. Obydwie drużyny zagrają prawdopodobnie w składach krajowych. Smuda będzie miał więc dobrą okazję, by z bliska przyjrzeć się zawodnikom wyróżniającym się z naszej ligowej młócki. Czy któryś z nich wedrze się do kadry i zagrzeje w niej miejsce na dłużej?