O ile mecz z drużyną pokroju Stanów Zjednoczonych (w dodatku zakończony dobrym wynikiem, osiągniętym po niezłej grze) można uznać za wartościowy, o tyle wymęczony remis z Ekwadorem, odniesiony w katastrofalnym stylu, trzeba uznać za spore potknięcie, by nie powiedzieć kompromitację. Jeszcze bardziej niepokoi jednak beztroska selekcjonera, który uważa, że wszystko jest ok…
Całe szczęście, że mecz z Ekwadorem nie odbywał się w godzinach podobnych do tych, w których rozgrywaliśmy spotkanie z Amerykanami. Wtedy bowiem połowa widzów usnęłaby przed telewizorem, zaś druga połowa miałaby wrażenie, że ze snu (a konkretnie z koszmaru) została właśnie zbudzona. Z drugiej strony, bardziej dogodna dla polskiego widza pora, a także (być może) wynik poprzedniej batalii zachęciły zapewne sporo osób do obejrzenia spotkania z Ekwadorem. Miałem podejrzenie graniczące z pewnością, że nikt po zakończeniu transmisji nie był usatysfakcjonowany tym, co zobaczył. Myliłem się jednak grubo, selekcjoner naszej kadry, Franciszek Smuda, stwierdził bowiem, iż ze zgrupowania jest zadowolony. O ile jeszcze „Biało-czerwonych” można było względnie pochwalić za niedzielne zawody, o tyle mecz z Latynosami w naszym wykonaniu był kabaretem.
Ludovic Obraniak miał udział przy wszystkich czterech bramkach, jakie reprezentacja zdobyła podczas amerykańskiego tournee. Pozwala to nieco przymknąć oko na jego grę… (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
Naprawdę trudno wskazać, który z polskich piłkarzy zaprezentował się dobrze, albo chociażby najlepiej. Gra bowiem wyglądała tak fatalnie, iż oklepane sformułowanie używane przez krytykantów polskiej piłki, a mianowicie „podwórkowa kopanina”, najtrafniej charakteryzowała poczynania podopiecznych Franciszka Smudy. Oczywiście można kadrę usprawiedliwiać, podając argumenty o zmęczeniu, które pojawiło się po pierwszym meczu amerykańskiego tournee, lub braku kilku piłkarzy, którzy zaprezentowali się przeciw Jankesom (przede wszystkim strzelców bramek Błaszczykowskiego i Matuszczyka, którzy wskutek umów selekcjonera z ich trenerami klubowymi wrócili do Niemiec już w poniedziałek). Prawda jest jednak taka, iż Ekwadorczycy również mieli w kościach mecz z Meksykiem, a także kilkugodzinną podróż lotniczą, co nie przeszkodziło im się zaprezentować korzystniej od Polaków. Co do składu, w jakim zagrali „Biało-czerwoni”, to jest on autorskim projektem selekcjonera, który zresztą odpowiada za poczynania swoich pupili, trudno więc oczekiwać od nich mniej tylko dlatego, że na boisku nie było Błaszczykowskiego, Matuszczyka czy Boruca. Smuda miał kilka dni, żeby przygotować najlepszą możliwą jedenastkę, a z zadania wywiązał się miernie. Argument, że mecz z drużyną pokroju Ekwadoru jest jedyną szansą, żeby przyjrzeć się grze takich piłkarzy jak Wołąkiewicz czy Mierzejewski, jest niezbyt trafny. Jeśli piłkarz nadaje się do reprezentacji, to Smuda nie powinien mieć obaw przed daniem mu szansy w meczach z silnymi rywalami, z którymi zresztą wyłącznie mieliśmy się mierzyć w meczach towarzyskich (wszak słabych drużyn na Euro 2012 nie będzie). Mieliśmy.
Jeśli chodzi o wspomnianego Łukasza Mierzejewskiego, to w niemal z pełnym przekonaniem można by rzec, że nie wnosi do reprezentacji nic nowego. Biorąc jednak pod uwagę niesamowitą posuchę, która panuje na pozycji lewego obrońcy (szczególnie w obliczu kontuzji Sebastiana Boenischa), a także ogólny kryzys, w jakim znalazła się polska piłka (teraz by zaistnieć w kadrze nie trzeba błyszczeć, wystarczy być przeciętnym) gracza tego skreślać nie należy. Główny zarzut, jaki można skierować pod jego adresem, to brak dynamiki i bierność w ofensywie (a także złamanie linii spalonego przy drugim golu). Z drugiej strony należy pamiętać, że gracz Cracovii nie miał przed sobą dynamicznego Błaszczykowskiego, a człapiącego Ludovica Obraniaka. Wołąkiewicz z kolei, drugi z wynalazków pana Franka, zagrał na nietypowej dla siebie pozycji środkowego pomocnika. Nad przekwalifikowywaniem piłkarzy na potrzeby reprezentacji nie ma sensu się rozwodzić. Skoro Smuda uważa, że obrońca Lechii jest w stanie wywiązać się z zadań w środku pola, niech i tak będzie. Druga strona medalu jest taka, że dobrych obrońców jest mniej niż środkowych pomocników, po co więc to całe zamieszanie? Co do samego występu niedoszłego księdza, to ustrzegł się on większych błędów, nie bał się rozgrywania, nie odpuszczał w walce o piłkę, był nawet bardzo bliski strzelenia pięknego gola, kiedy piłka po jego strzale odbiła się od poprzeczki i słupka.
Dużo więcej pretensji, szczególnie biorąc pod uwagę doświadczenie reprezentacyjne, należy mieć do jego partnera w środku pola, Rafała Murawskiego. Gracz Rubinu już w meczu z USA zaprezentował się przeciętnie, w spotkaniu z Ekwadorem było natomiast jeszcze gorzej. „Muraś” był irytująco pasywny, zawsze spóźniony o dobrych kilka metrów, kompletnie nie czuł gry, czego należy wymagać od środkowego pomocnika. Jego próby rozgrywania akcji były nieudolne i niedokładne, w obliczu nieobecności Błaszczykowskiego to właśnie on powinien dać sygnał do ataku, w odpowiednim momencie przetrzymać piłkę czy ruszyć z nią do przodu. Inna sprawa, że partnerzy niezbyt chętnie pokazywali mu się do gry.
Po bokach ustawieni byli „Ludo” Obraniak i Adrian Mierzejewski, oni zarówno zaprezentowali się miernie. Obojętnie, czy pełnili rolę bocznych pomocników, czy skrzydłowych, wymagać od nich należało dużo ruchliwości i zagrań do napastnika. Tego niestety zabrakło w grze obydwu zawodników. Piłkarz Lille, tak jak w meczu z USA, był ociężały, zdecydowanie za mało agresywny, kiepsko rozumiał się z partnerami. Trener Smuda stwierdził jednak, że jest on w świetnej formie. Być może strzeleckiej. Nieźle w wykonaniu „Ludo” wyglądają również stałe fragmenty, ale sama gra pozostawia bardzo wiele do życzenia. Jest to jednak zawodnik o wysokich umiejętnościach, który przy regularnej grze w klubie może sporo wnieść do reprezentacji. W meczu z Ekwadorem tylko zdobytą bramką i ładną asystą wyrósł nieco ponad prezentowany przez kadrę marazm. Tym samym gracz Lille może pochwalić się trzema asystami i bramką w amerykańskim dwumeczu. Podobnie kiepsko jeśli chodzi o poziom gry, a dużo gorzej jeśli chodzi o zagrania kluczowe, zaprezentował się na tournee Adrian Mierzejewski. Pamiętając jednak, jak polonista grał przed kontuzją, którą dopiero niedawno wyleczył, można go częściowo usprawiedliwić. Pomocnik „Czarnych Koszul” był niemal całkowicie niewidoczny, tak jak kolegom brakowało mu wyczucia gry. Szkoda, że Franciszek Smuda nie postawił w meczu z Latynosami na Kamila Grosickiego, który już niespełna minutę po wejściu zrobił więcej, niż Mierzejewski przez całe dwa spotkania.
Michał Żewłakow mimo rozegrania ponad stu meczów w kadrze nie jest pewnym punktem zespołu Smudy (fot. Fot. ML/FC/ProgressForPoland.com)
Dwójkę napastników podczas meczu w Montrealu tworzyli Euzebiusz Smolarek i Robert Lewandowski. „Ebi”, podobnie jak jego kolega z drużyny klubowej, Mierzejewski, jest daleki od optymalnej dyspozycji. Nie wiadomo na dobrą sprawę, czy umiejętności, którymi czarował polskich kibiców jeszcze dwa, trzy lata temu zatracił już na zawsze, czy obecne dołowanie jest stanem przejściowym. Zważywszy na dokonania Smolarka w reprezentacji wypada mu życzyć, by w Polonii odnalazł zagubioną formę, na czym skorzystają i klub, i reprezentacja. Na razie wielkiego pożytku z niego nie ma. Co prawda niektórzy chwalili go za przytomność umysłu, którą wykazał się, strzelając bramkę wyrównującą. Równie dobrze można by go było pochwalić za oryginalne imię i długie włosy, w sytuacji, w której się znalazł, niestrzelenie bramki było bowiem sztuką niemal niewykonalną. Co do drugiego z napastników, również nie ma dobrych wieści. Robert Lewandowski gaśnie z meczu na mecz. Wyraźnie nie służy mu gra w obecnym systemie, gdzie skrzydłowi niemal nie wspierają go w polu karnym. W walce fizycznej z rywalami radzi sobie poprawnie, dobrze zastawia piłkę, problem w tym, że nie ma jej z kim rozegrać, a nawet jeśli uda mu się zainicjować akcję, to nie ma komu jej wykończyć. Tym samym nie dochodzi do sytuacji bramkowych i nie strzela bramek, co z kolei potęguje jego niepewność. Wydaje się, że jeśli nie wywalczy sobie miejsca w pierwszym składzie drużyny klubowej, nigdy nie przyjedzie na kadrę pewny swoich umiejętności, głodny gry i bramek.
Formację defensywną celowo pozostawiłem na koniec. O Łukaszu Mierzejewskim już było. Drugi boczny obrońca, Łukasz Piszczek, po kiepskim meczu z USA zagrał kolejny kiepski z Ekwadorem. Właściwie przy każdym zawodniku można by napisać, iż był ospały, słabo zdeterminowany i niedokładny, to samo tyczy się też i gracza Borussii. Prawdziwym dramatem jest jednak gra środkowych obrońców. Czy partnerem Żewłakowa jest Wojtkowiak, Pietrasiak czy też Glik, napastnicy rywali zawsze są zbyt szybcy, zbyt sprytni i zbyt bezwzględni. Cokolwiek nie ugralibyśmy z przodu, stoperzy zawsze postarają się o babola, który ostatecznie wypaczy wynik rywalizacji. Tak było w każdym meczu, począwszy od sierpniowej potyczki z Kamerunem. We wtorek Ekwadorczycy strzelili nam trzy bramki, najpierw przez linię środkową przedarł się jeden z piłkarzy rywala i mając dużo czasu i swobody (żaden z obrońców doń nie dobiegł) oddał bardzo mocny strzał, który odbił Przemysław Tytoń. Obrońców nie było ani na przedpolu, ani też we własnym polu karnym (paradoks?), wskutek czego jako pierwszy do dobitki zameldował się Benitez, który pokonał golkipera Rody. Na szczęście miejscowy sędzia wykazał się zegarmistrzowską precyzję, odgwizdując minimalnego spalonego. Druga bramka, już uznana, to niemalże kopia pierwszej sytuacji. Mocny strzał zza pola karnego, dobra interwencja Tytonia, ale kompletny brak asekuracji ze strony Glika (przewrócił się w momencie, kiedy strzelec gola startował do piłki, później chyba uznał, że nie ma sensu go gonić, więc położył się na murawie) wynikiem czego Benitez zapisuje się na listę strzelców. Ten sam zawodnik okazał się zbyt sprytny i kwadrans przed końcem spotkania. Dobre, miękko podcięte podanie z okolic 20 metra (brak pressingu) przeleciało nad głowami beztrosko wybiegających z pola karnego stoperów, którzy myśląc, iż zostawiają Beniteza na spalonym, nie zauważyli Łukasza Mierzejewskiego. Efekt? Napastnik spokojnie dokłada głowę i pokonuje bezradnego Tytonia. Dramat.
Zarówno po remisie z Ukrainą, nikłej porażce z Australią, jak i zremisowanym meczu z Ekwadorem można było być umiarkowanym optymistą. Spotkanie z Ekwadorem musiało zburzyć ten stan, piłkarze wykonali bowiem ewidentny, jakościowy krok wstecz. Brak pressingu, zaangażowania, przygotowania fizycznego, składnych akcji, sytuacji podbramkowych, które pojawiały się często w poprzednich spotkaniach, w połączeniu z oglądaną od dłuższego czasu fatalną postawą w defensywie musi niepokoić. Malutkim plusem na tym tle jest skuteczność, w obu meczach za oceanem zdobyliśmy bowiem po dwie bramki, mimo że sytuacji było mniej niż w poprzednich spotkaniach. No i Polska w końcu nie przegrywa… Ale na zwycięstwo przyjdzie nam jeszcze poczekać.
O ile mecz z drużyną pokroju Stanów Zjednoczonych (w dodatku zakończony dobrym wynikiem, osiągniętym po niezłej grze) można uznać za wartościowy, o tyle wymęczony remis z Ekwadorem, odniesiony w katastrofalnym stylu, trzeba uznać za spore potknięcie, by nie powiedzieć kompromitację. Jeszcze bardziej niepokoi jednak beztroska selekcjonera, który uważa, że wszystko jest ok…
Całe szczęście, że mecz z Ekwadorem nie odbywał się w godzinach podobnych do tych, w których rozgrywaliśmy spotkanie z Amerykanami. Wtedy bowiem połowa widzów usnęłaby przed telewizorem, zaś druga połowa miałaby wrażenie, że ze snu (a konkretnie z koszmaru) została właśnie zbudzona. Z drugiej strony, bardziej dogodna dla polskiego widza pora, a także (być może) wynik poprzedniej batalii zachęciły zapewne sporo osób do obejrzenia spotkania z Ekwadorem. Miałem podejrzenie graniczące z pewnością, że nikt po zakończeniu transmisji nie był usatysfakcjonowany tym, co zobaczył. Myliłem się jednak grubo, selekcjoner naszej kadry, Franciszek Smuda, stwierdził bowiem, iż ze zgrupowania jest zadowolony. O ile jeszcze „Biało-czerwonych” można było względnie pochwalić za niedzielne zawody, o tyle mecz z Latynosami w naszym wykonaniu był kabaretem.
Ludovic Obraniak miał udział przy wszystkich czterech bramkach, jakie reprezentacja zdobyła podczas amerykańskiego tournee. Pozwala to nieco przymknąć oko na jego grę… (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
Naprawdę trudno wskazać, który z polskich piłkarzy zaprezentował się dobrze, albo chociażby najlepiej. Gra bowiem wyglądała tak fatalnie, iż oklepane sformułowanie używane przez krytykantów polskiej piłki, a mianowicie „podwórkowa kopanina”, najtrafniej charakteryzowała poczynania podopiecznych Franciszka Smudy. Oczywiście można kadrę usprawiedliwiać, podając argumenty o zmęczeniu, które pojawiło się po pierwszym meczu amerykańskiego tournee, lub braku kilku piłkarzy, którzy zaprezentowali się przeciw Jankesom (przede wszystkim strzelców bramek Błaszczykowskiego i Matuszczyka, którzy wskutek umów selekcjonera z ich trenerami klubowymi wrócili do Niemiec już w poniedziałek). Prawda jest jednak taka, iż Ekwadorczycy również mieli w kościach mecz z Meksykiem, a także kilkugodzinną podróż lotniczą, co nie przeszkodziło im się zaprezentować korzystniej od Polaków. Co do składu, w jakim zagrali „Biało-czerwoni”, to jest on autorskim projektem selekcjonera, który zresztą odpowiada za poczynania swoich pupili, trudno więc oczekiwać od nich mniej tylko dlatego, że na boisku nie było Błaszczykowskiego, Matuszczyka czy Boruca. Smuda miał kilka dni, żeby przygotować najlepszą możliwą jedenastkę, a z zadania wywiązał się miernie. Argument, że mecz z drużyną pokroju Ekwadoru jest jedyną szansą, żeby przyjrzeć się grze takich piłkarzy jak Wołąkiewicz czy Mierzejewski, jest niezbyt trafny. Jeśli piłkarz nadaje się do reprezentacji, to Smuda nie powinien mieć obaw przed daniem mu szansy w meczach z silnymi rywalami, z którymi zresztą wyłącznie mieliśmy się mierzyć w meczach towarzyskich (wszak słabych drużyn na Euro 2012 nie będzie). Mieliśmy.
Jeśli chodzi o wspomnianego Łukasza Mierzejewskiego, to w niemal z pełnym przekonaniem można by rzec, że nie wnosi do reprezentacji nic nowego. Biorąc jednak pod uwagę niesamowitą posuchę, która panuje na pozycji lewego obrońcy (szczególnie w obliczu kontuzji Sebastiana Boenischa), a także ogólny kryzys, w jakim znalazła się polska piłka (teraz by zaistnieć w kadrze nie trzeba błyszczeć, wystarczy być przeciętnym) gracza tego skreślać nie należy. Główny zarzut, jaki można skierować pod jego adresem, to brak dynamiki i bierność w ofensywie (a także złamanie linii spalonego przy drugim golu). Z drugiej strony należy pamiętać, że gracz Cracovii nie miał przed sobą dynamicznego Błaszczykowskiego, a człapiącego Ludovica Obraniaka. Wołąkiewicz z kolei, drugi z wynalazków pana Franka, zagrał na nietypowej dla siebie pozycji środkowego pomocnika. Nad przekwalifikowywaniem piłkarzy na potrzeby reprezentacji nie ma sensu się rozwodzić. Skoro Smuda uważa, że obrońca Lechii jest w stanie wywiązać się z zadań w środku pola, niech i tak będzie. Druga strona medalu jest taka, że dobrych obrońców jest mniej niż środkowych pomocników, po co więc to całe zamieszanie? Co do samego występu niedoszłego księdza, to ustrzegł się on większych błędów, nie bał się rozgrywania, nie odpuszczał w walce o piłkę, był nawet bardzo bliski strzelenia pięknego gola, kiedy piłka po jego strzale odbiła się od poprzeczki i słupka.
Dużo więcej pretensji, szczególnie biorąc pod uwagę doświadczenie reprezentacyjne, należy mieć do jego partnera w środku pola, Rafała Murawskiego. Gracz Rubinu już w meczu z USA zaprezentował się przeciętnie, w spotkaniu z Ekwadorem było natomiast jeszcze gorzej. „Muraś” był irytująco pasywny, zawsze spóźniony o dobrych kilka metrów, kompletnie nie czuł gry, czego należy wymagać od środkowego pomocnika. Jego próby rozgrywania akcji były nieudolne i niedokładne, w obliczu nieobecności Błaszczykowskiego to właśnie on powinien dać sygnał do ataku, w odpowiednim momencie przetrzymać piłkę czy ruszyć z nią do przodu. Inna sprawa, że partnerzy niezbyt chętnie pokazywali mu się do gry.
Po bokach ustawieni byli „Ludo” Obraniak i Adrian Mierzejewski, oni zarówno zaprezentowali się miernie. Obojętnie, czy pełnili rolę bocznych pomocników, czy skrzydłowych, wymagać od nich należało dużo ruchliwości i zagrań do napastnika. Tego niestety zabrakło w grze obydwu zawodników. Piłkarz Lille, tak jak w meczu z USA, był ociężały, zdecydowanie za mało agresywny, kiepsko rozumiał się z partnerami. Trener Smuda stwierdził jednak, że jest on w świetnej formie. Być może strzeleckiej. Nieźle w wykonaniu „Ludo” wyglądają również stałe fragmenty, ale sama gra pozostawia bardzo wiele do życzenia. Jest to jednak zawodnik o wysokich umiejętnościach, który przy regularnej grze w klubie może sporo wnieść do reprezentacji. W meczu z Ekwadorem tylko zdobytą bramką i ładną asystą wyrósł nieco ponad prezentowany przez kadrę marazm. Tym samym gracz Lille może pochwalić się trzema asystami i bramką w amerykańskim dwumeczu. Podobnie kiepsko jeśli chodzi o poziom gry, a dużo gorzej jeśli chodzi o zagrania kluczowe, zaprezentował się na tournee Adrian Mierzejewski. Pamiętając jednak, jak polonista grał przed kontuzją, którą dopiero niedawno wyleczył, można go częściowo usprawiedliwić. Pomocnik „Czarnych Koszul” był niemal całkowicie niewidoczny, tak jak kolegom brakowało mu wyczucia gry. Szkoda, że Franciszek Smuda nie postawił w meczu z Latynosami na Kamila Grosickiego, który już niespełna minutę po wejściu zrobił więcej, niż Mierzejewski przez całe dwa spotkania.
Michał Żewłakow mimo rozegrania ponad stu meczów w kadrze nie jest pewnym punktem zespołu Smudy (fot. Fot. ML/FC/ProgressForPoland.com)
Dwójkę napastników podczas meczu w Montrealu tworzyli Euzebiusz Smolarek i Robert Lewandowski. „Ebi”, podobnie jak jego kolega z drużyny klubowej, Mierzejewski, jest daleki od optymalnej dyspozycji. Nie wiadomo na dobrą sprawę, czy umiejętności, którymi czarował polskich kibiców jeszcze dwa, trzy lata temu zatracił już na zawsze, czy obecne dołowanie jest stanem przejściowym. Zważywszy na dokonania Smolarka w reprezentacji wypada mu życzyć, by w Polonii odnalazł zagubioną formę, na czym skorzystają i klub, i reprezentacja. Na razie wielkiego pożytku z niego nie ma. Co prawda niektórzy chwalili go za przytomność umysłu, którą wykazał się, strzelając bramkę wyrównującą. Równie dobrze można by go było pochwalić za oryginalne imię i długie włosy, w sytuacji, w której się znalazł, niestrzelenie bramki było bowiem sztuką niemal niewykonalną. Co do drugiego z napastników, również nie ma dobrych wieści. Robert Lewandowski gaśnie z meczu na mecz. Wyraźnie nie służy mu gra w obecnym systemie, gdzie skrzydłowi niemal nie wspierają go w polu karnym. W walce fizycznej z rywalami radzi sobie poprawnie, dobrze zastawia piłkę, problem w tym, że nie ma jej z kim rozegrać, a nawet jeśli uda mu się zainicjować akcję, to nie ma komu jej wykończyć. Tym samym nie dochodzi do sytuacji bramkowych i nie strzela bramek, co z kolei potęguje jego niepewność. Wydaje się, że jeśli nie wywalczy sobie miejsca w pierwszym składzie drużyny klubowej, nigdy nie przyjedzie na kadrę pewny swoich umiejętności, głodny gry i bramek.
Formację defensywną celowo pozostawiłem na koniec. O Łukaszu Mierzejewskim już było. Drugi boczny obrońca, Łukasz Piszczek, po kiepskim meczu z USA zagrał kolejny kiepski z Ekwadorem. Właściwie przy każdym zawodniku można by napisać, iż był ospały, słabo zdeterminowany i niedokładny, to samo tyczy się też i gracza Borussii. Prawdziwym dramatem jest jednak gra środkowych obrońców. Czy partnerem Żewłakowa jest Wojtkowiak, Pietrasiak czy też Glik, napastnicy rywali zawsze są zbyt szybcy, zbyt sprytni i zbyt bezwzględni. Cokolwiek nie ugralibyśmy z przodu, stoperzy zawsze postarają się o babola, który ostatecznie wypaczy wynik rywalizacji. Tak było w każdym meczu, począwszy od sierpniowej potyczki z Kamerunem. We wtorek Ekwadorczycy strzelili nam trzy bramki, najpierw przez linię środkową przedarł się jeden z piłkarzy rywala i mając dużo czasu i swobody (żaden z obrońców doń nie dobiegł) oddał bardzo mocny strzał, który odbił Przemysław Tytoń. Obrońców nie było ani na przedpolu, ani też we własnym polu karnym (paradoks?), wskutek czego jako pierwszy do dobitki zameldował się Benitez, który pokonał golkipera Rody. Na szczęście miejscowy sędzia wykazał się zegarmistrzowską precyzję, odgwizdując minimalnego spalonego. Druga bramka, już uznana, to niemalże kopia pierwszej sytuacji. Mocny strzał zza pola karnego, dobra interwencja Tytonia, ale kompletny brak asekuracji ze strony Glika (przewrócił się w momencie, kiedy strzelec gola startował do piłki, później chyba uznał, że nie ma sensu go gonić, więc położył się na murawie) wynikiem czego Benitez zapisuje się na listę strzelców. Ten sam zawodnik okazał się zbyt sprytny i kwadrans przed końcem spotkania. Dobre, miękko podcięte podanie z okolic 20 metra (brak pressingu) przeleciało nad głowami beztrosko wybiegających z pola karnego stoperów, którzy myśląc, iż zostawiają Beniteza na spalonym, nie zauważyli Łukasza Mierzejewskiego. Efekt? Napastnik spokojnie dokłada głowę i pokonuje bezradnego Tytonia. Dramat.
Zarówno po remisie z Ukrainą, nikłej porażce z Australią, jak i zremisowanym meczu z Ekwadorem można było być umiarkowanym optymistą. Spotkanie z Ekwadorem musiało zburzyć ten stan, piłkarze wykonali bowiem ewidentny, jakościowy krok wstecz. Brak pressingu, zaangażowania, przygotowania fizycznego, składnych akcji, sytuacji podbramkowych, które pojawiały się często w poprzednich spotkaniach, w połączeniu z oglądaną od dłuższego czasu fatalną postawą w defensywie musi niepokoić. Malutkim plusem na tym tle jest skuteczność, w obu meczach za oceanem zdobyliśmy bowiem po dwie bramki, mimo że sytuacji było mniej niż w poprzednich spotkaniach. No i Polska w końcu nie przegrywa… Ale na zwycięstwo przyjdzie nam jeszcze poczekać.
Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował tego tekstu. Bądź pierwszy.