O ile mecz z drużyną pokroju Stanów Zjednoczonych (w dodatku zakończony dobrym wynikiem, osiągniętym po niezłej grze) można uznać za wartościowy, o tyle wymęczony remis z Ekwadorem, odniesiony w katastrofalnym stylu, trzeba uznać za spore potknięcie, by nie powiedzieć kompromitację. Jeszcze bardziej niepokoi jednak beztroska selekcjonera, który uważa, że wszystko jest ok…
Całe szczęście, że mecz z Ekwadorem nie odbywał się w godzinach podobnych do tych, w których rozgrywaliśmy spotkanie z Amerykanami. Wtedy bowiem połowa widzów usnęłaby przed telewizorem, zaś druga połowa miałaby wrażenie, że ze snu (a konkretnie z koszmaru) została właśnie zbudzona. Z drugiej strony, bardziej dogodna dla polskiego widza pora, a także (być może) wynik poprzedniej batalii zachęciły zapewne sporo osób do obejrzenia spotkania z Ekwadorem. Miałem podejrzenie graniczące z pewnością, że nikt po zakończeniu transmisji nie był usatysfakcjonowany tym, co zobaczył. Myliłem się jednak grubo, selekcjoner naszej kadry, Franciszek Smuda, stwierdził bowiem, iż ze zgrupowania jest zadowolony. O ile jeszcze „Biało-czerwonych” można było względnie pochwalić za niedzielne zawody, o tyle mecz z Latynosami w naszym wykonaniu był kabaretem.

Naprawdę trudno wskazać, który z polskich piłkarzy zaprezentował się dobrze, albo chociażby najlepiej. Gra bowiem wyglądała tak fatalnie, iż oklepane sformułowanie używane przez krytykantów polskiej piłki, a mianowicie „podwórkowa kopanina”, najtrafniej charakteryzowała poczynania podopiecznych Franciszka Smudy. Oczywiście można kadrę usprawiedliwiać, podając argumenty o zmęczeniu, które pojawiło się po pierwszym meczu amerykańskiego tournee, lub braku kilku piłkarzy, którzy zaprezentowali się przeciw Jankesom (przede wszystkim strzelców bramek Błaszczykowskiego i Matuszczyka, którzy wskutek umów selekcjonera z ich trenerami klubowymi wrócili do Niemiec już w poniedziałek). Prawda jest jednak taka, iż Ekwadorczycy również mieli w kościach mecz z Meksykiem, a także kilkugodzinną podróż lotniczą, co nie przeszkodziło im się zaprezentować korzystniej od Polaków. Co do składu, w jakim zagrali „Biało-czerwoni”, to jest on autorskim projektem selekcjonera, który zresztą odpowiada za poczynania swoich pupili, trudno więc oczekiwać od nich mniej tylko dlatego, że na boisku nie było Błaszczykowskiego, Matuszczyka czy Boruca. Smuda miał kilka dni, żeby przygotować najlepszą możliwą jedenastkę, a z zadania wywiązał się miernie. Argument, że mecz z drużyną pokroju Ekwadoru jest jedyną szansą, żeby przyjrzeć się grze takich piłkarzy jak Wołąkiewicz czy Mierzejewski, jest niezbyt trafny. Jeśli piłkarz nadaje się do reprezentacji, to Smuda nie powinien mieć obaw przed daniem mu szansy w meczach z silnymi rywalami, z którymi zresztą wyłącznie mieliśmy się mierzyć w meczach towarzyskich (wszak słabych drużyn na Euro 2012 nie będzie). Mieliśmy.












