We wtorkowym meczu z Białorusią zobaczyliśmy reprezentację w bodaj najlepszym (za kadencji Smudy) wydaniu. Po wzięciu poprawki na klasę rywala, towarzyski charakter potyczki i multum niewykorzystanych sytuacji okazuje się, że… i tak jest dobrze.
Jakie wnioski, których nie przyniósł piątkowy mecz z Koreą Południową, możemy wyciągnąć ze spotkania z Białorusią? Po pierwsze, piłkarze Smudy udowodnili, że są w stanie zagrać przez 90 minut bez większych przestojów, w dobrym tempie. Dotychczas mieliśmy do czynienia przeważnie ze zrywami, przeplatanymi z momentami, kiedy oddawaliśmy inicjatywę rywalowi. Jeśli udało się strzelić bramkę podczas tych pierwszych, końcowy wynik nie był tragiczny, natomiast gdy udokumentowania przewagi zabrakło, pojawiał się problem, bo podczas wspomnianych zastojów gole traciliśmy niemal zawsze. W meczu z Białorusią Polacy atakowali z pasją niezależnie od tego, czy stadionowy zegar wskazywał 1. czy 90. minutę. Nie zadowalało też „Biało-czerwonych” prowadzenie, ani jedno-, ani dwubramkowe, co dobrze świadczy o ich zaangażowaniu i poważnym potraktowaniu potyczki.

Owo wysokie zaangażowanie, jeszcze do niedawna niemal niespotykane, od meczu przeciwko Niemcom jest rzeczą powtarzalną. Można to wytłumaczyć w dwojaki sposób. Idealnie byłoby, gdyby było ono od tej pory oczywistością, wytrenowaną podczas dziesiątek sparingów, w mozole budowania kadry. Życzylibyśmy sobie wszyscy, żeby podopiecznym „Franza” chciało się tak, jak ostatnio nie tylko w najbliższych meczach z Włochami i Rosją (tudzież Związkiem Radzieckim czy Rusią), ale do samego turnieju i, rzecz jasna, podczas turnieju. Istnieje również możliwość, że selekcjonerowi (jeszcze?) nie udało się tego zaangażowania zawodnikom na stałe wpoić, a jest ono po prostu wynikiem rosnącej konkurencji o miejsce w reprezentacji. To potwierdzałoby zresztą opinię selekcjonera, który przebąkiwał o tym, że etap selekcji kończy się w październiku 2011, a później będziemy mieli tylko do czynienia ze „szlifowaniem” kadry. Jakkolwiek by nie było, widzieliśmy już Polskę nie odstawiającą nogi, grającą z pazurem, zębem i innymi ostrymi elementami szkieletu. I co najmniej tak waleczną chcemy oglądać.
Chyba nikt nie powinien mieć wątpliwości, że Białoruś została przez nas zdominowana. Nawet biorąc pod uwagę umiejętności piłkarskie rywala, nie możemy tego faktu nie zauważać i nie doceniać. W dzisiejszym futbolu reprezentacyjnym uzyskać całkowitą dominację mogą drużyny z pierwszej dwudziestki rankingu FIFA nad drużynami z drugiej jego setki, natomiast kiedy potykają się dwie drużyny o bardziej zbliżonych potencjałach, nie należy się spodziewać pogromów czy zupełnie jednostronnych widowisk. A takie oglądaliśmy właśnie we wtorek w Wiesbaden. Ktoś wytknie, że Białorusinom nie chciało się grać. Nie sądzę, by tu tkwił problem. Rywale po prostu nie potrafili zagrać skutecznie przeciwko nam. Być może, gdy się o tym przekonali, ich zapał nieco stopniał, ale nie chce mi się wierzyć, że wyszli na boisko z myślą „nie przemęczajmy się”.














