Polska – Australia 1:2. Kto widział kiedykolwiek mecz zakończony równie niesprawiedliwym wynikiem, ręka w górę! Osobiście takowego sobie nie przypominam. Drużyna, która oddała 16 strzałów na bramkę, zdobyła tylko jednego gola, natomiast trzykrotnie uderzający rywale do siatki trafili dwukrotnie. To nawet nie tyle niespotykane, co nielogiczne. Zdarzyło się jednak 7 września w Krakowie.
Atmosfera w reprezentacji Polski, nierozerwalnie związana z tym, co mówią i piszą o kadrze media, po meczu z Ukrainą w Łodzi nieco się przerzedziła. Piłkarze Smudy przestali kolekcjonować kolejne rekordy (poprzestali na najwyższej porażce od pół wieku oraz na najdłuższej passie bez strzelonej bramki), na tle apatycznej Ukrainy zaprezentowali się korzystnie i tylko własnej niefrasobliwości (istnieje bardziej dosadne słowo pasujące do okoliczności, w których straciliśmy bramkę, a zaczyna się na F) mogą zawdzięczać, iż nie odnieśli z rywalem zza wschodniej granicy zwycięstwa. Zawodnicy, pełni sportowej złości chcieli więc jeszcze korzystniej, a przede wszystkim skuteczniej pokazać się na nowym stadionie krakowskiej Wisły.
Michał Żewłakow był niestety negatywnym bohaterem meczu z Australią – zawinił przy pierwszej bramce i sprokurował rzut karny (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
O ile remis z Ukrainą był dosyć niesprawiedliwy, biorąc pod uwagę przebieg meczu, o tyle porażką z Australią los z naszych reprezentantów okrutnie zakpił. Albo, jak kto woli, zaprezentowali oni nieprawdopodobny wręcz koncert nieskuteczności. Przytaczane we wstępie statystyki dotyczące strzałów na bramkę najlepiej obrazują indolencję strzelecką polskich kopaczy, ale i ich przewagę, praktycznie przez całą mecz miażdżącą (posiadanie piłki zapewne kształtowało się na poziomie dwóch trzecich czasu gry). Jak widać po wyniku końcowym, marnowanie piętnastu możliwości na strzelenie gola, w tym rzutu karnego, w połączeniu z błędami pod własną bramką może zniweczyć wysiłki nawet tak dobrze dysponowanej drużyny, jaką w tym meczu była Polska.
Jeśli chodzi o formację defensywną, to należy zganić ją tylko za… defensywę. Akcja, po której pierwszą bramkę zdobyli Australijczycy, padła po błędach trzech naszych obrońców. Najpierw Sebastian Boenisch pozwolił na dośrodkowanie Wilkshire’owi, piłkę opanował wbiegający w pole karne Holman, niczym juniora minął Michała Żewłakowa, po czym strzelił na bramkę Tytonia. Piłka otarła się jeszcze o lekko spóźnionego z asekuracją Wojtkowiaka i wpadła do siatki obok bezradnego bramkarza Rody Kerkrade. Nie był to jednak jedyny błąd naszej defensywy, w 25. minucie, już po wyrównaniu, z piłką spokojnie zabrał się Tim Cahil (powinien zostać powstrzymany przez któregokolwiek ze środkowych), a w okolicach 30 metra wykonał prostopadłe podanie do wbiegającego w pole karne Garcii. Mam wrażenie, że przy odrobinie lepszym ustawieniu i natychmiastowej reakcji, mogło ono zostać przecięte, trzech Polaków znajdowało się bowiem niemal na jego linii. Wspomniany Garcia wykorzystał średnią dyspozycję Żewłakowa, który doskoczył doń już w momencie oddawania strzału. Czy był faul, czy nie, to kwestia sporna, faktem jest, iż nasz kapitan po raz drugi popełnił błąd, który tak ogranemu zawodnikowi nie przystoi.
Druga strona medalu to gra obrońców w ofensywie. Włączanie się bocznych defensorów w akcje zaczepne w nowoczesnym futbolu powinno być ponoć normą, ale w polskiej piłce jest dosyć niespotykane. Euforia mediów, spowodowana postawą Łukasza Piszczka i Sebastiana Boenischa, jest więc po części uzasadniona. Gracz Borussii zagrał mecz chyba bezbłędny, niezwykle często rozgrywał piłkę na połowie rywala z Jakubem Błaszczykowskim, dokładnie podawał, ścinał akcje do środka. Nie zaniedbywał przy tym obowiązków defensywnych. Wydaje się, że jeśli byłego gracza lubińskiego Zagłębia będą omijać kontuzje, może liczyć na pewne miejsce w wyjściowej jedenastce reprezentacji. To samo tyczy się Sebastiana Boenischa, choć gracz Werderu zaliczył dopiero drugi występ w kadrze. Jako że nie miał z kim współpracować po lewej stronie (Roberta Lewandowskiego ciągnęło bowiem i będzie ciągnąć na szpicę), często wykonywał kilkudziesięciometrowe rajdy, zakończone dobrymi (płaskie, mocno bite, dokładne, co również w Polsce jest rzadkością) dośrodkowaniami. Jeśli gliwiczanin zgra się z pozostałymi zawodnikami z defensywy, w przyszłości uniknie błędów, które przydarzały mu się ostatnio.
Rafał Murawski zarówno w meczu z Ukrainą, jak i spotkaniu z Australią był wyróżniającym się graczem (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
Co do drugiej linii (określenie umowne, gracze często zmieniają się bowiem miejscami i na dobrą sprawę trudno jest przypisać kogoś do danej pozycji), to również miała dużo więcej do zaoferowania w ataku niż w obronie. Nie zabłysnął niczym przesunięty na pozycję defensywnego pomocnika debiutant Pietrasiak, chociaż nie zagrał też meczu fatalnego, jak sugerują niektórzy. Dużo lepiej od gracza Polonii, a jeszcze lepiej niż w meczu z Ukrainą, zagrał Rafał Murawski. Umiejętnie rozprowadzał liczne natarcia na bramkę Australijczyków, niezwykle zaciekle walczył o każdą piłkę, kilkukrotnie potrafił zaskoczyć, dokładnym, długim podaniem. W tej chwili absolutny pewniak w środku pomocy. Widać, że w gra w lidze rosyjskiej wyraźnie mu służy. Trzeci zawodnik z tej formacji to Sławomir Peszko, któremu Franciszek Smuda wyrządza dużą krzywdę, ustawiając go tak daleko od bramki przeciwnika, w dodatku w środku pola. Peszko jest typowym skrzydłowym, a w roli środkowego pomocnika spisuje się wręcz fatalnie, błąka się po boisku, nie walczy w odbiorze, często wchodzi w paradę Błaszczykowskiemu. Efektem tego, że źle czuje się na placu gry, są również jego nieprzemyślane zagrania, od których aż roiło się w meczu z Australią (i Ukrainą). Tak grający Peszko jest dla polskiej kadry piątym kołem u wozu.
Rolę skrzydłowych teoretycznie spełniali Jakub Błaszczykowski i Robert Lewandowski. Ten pierwszy po raz kolejny zagrał w kadrze dobry mecz, ale widać było po nim kilka dni przerwy w treningach. Fizycznie prezentował się jak zwykle świetnie, imponował przyspieszeniem, szybkością i balansem ciała, jednak jeśli chodziło o aspekty techniczne, było już dużo gorzej. Piłka kilkukrotnie odskakiwała Kubie od nogi, a najbardziej brzemienna w skutkach była sytuacja z końcówki pierwszej połowy, kiedy naciskani Australijczycy stracili piłkę w środku boiska, z naszej strony wyszła kontra dwóch na jednego. Błaszczykowski popełnił jednak błąd przy przyjęciu podania od Lewandowskiego, dzięki czemu do piłki momentalnie dopadł stoper rywala. Gracz Borussii w dalszym ciągu jest motorem napędowym reprezentacji, to po jego akcji sędzia podyktował rzut karny, który mógł przynieść wyrównanie. Okazji tej nie wykorzystał niestety jego klubowy kolega Lewandowski, strzelając za lekko, za płasko i zbyt blisko środka bramki. Zabrakło zimnej krwi, a nie powinno, kwadrans wcześniej „Lewy” zdobył bowiem ładną bramkę po podaniu Sebastiana Boenischa. Z byłego gracza Lecha powinna więc zejść presja, a dzięki temu rzut karny można było wykonać na luzie. Niestety, nie udało się.
Jedyny nominalny napastnik, Ireneusz Jeleń, zagrał zupełnie inaczej niż w sobotnim meczu z Ukrainą. Fakt, iż szybko zepchnęliśmy defensywę Australijczyków głęboko, spowodował, że gracz Auxerre nie mógł wykorzystać swojego największego atutu, czyli szybkości, po prostu nie miał miejsca, aby się rozpędzić. W efekcie „Jelonek” był bardziej widoczny w strefie środkowej, często pędził za wyprowadzającym akcję rywalem, wycofywał się po piłkę. Nie zagrał źle, ale jeśli chodzi o sytuacje podbramkowe, nie można o nim nic dobrego powiedzieć. Plus za świetną wrzutkę na głowę Lewandowskiego z drugiej połowy.
Teraz już wszyscy wiedzą, że o Sebastiana Boenischa warto było się starać (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
Z graczy rezerwowych najdłużej na placu gry przebywał Ebi Smolarek. Krytykowanie go w sytuacji, gdy jest właściwie wciąż w okresie przygotowawczym, byłoby zwykłym znęcaniem się. Franciszek Smuda został jednak postawiony przed nie lada dylematem: albo powołam zawodnika bez formy (ale za to z dwiema strzelonymi w lidze bramkami, co media zdążyły już odtrąbić jako wielki tryumf), albo nie powołam, narażając się na kolejne pomówienia o konflikt z bohaterem eliminacji do Euro 2008, a co przez to idzie pogorszenie atmosfery wokół zespołu. Selekcjoner wybrał pierwszą możliwość, Ebi w dwadzieścia minut miał trzy sytuacje (dwa razy dośrodkowywał Boenisch, raz Błaszczykowski), które powinien wykorzystać. Raz strzelił tuż obok słupka, przy dwóch kolejnych wrzutkach zaś bardzo źle strzelał głową. Fakt, że w tych sytuacjach umiał się znaleźć, dobrze rokuje, jeśli chodzi o jego przyszłość w kadrze. Na następne powołania musi jednak zasłużyć, najlepiej wywalczeniem miejsca w podstawowej jedenastce Polonii i strzeleniem kilku bramek.
Maciej Iwański i Kamil Grosicki grali dość krótko, ale nie zaprezentowali się źle w gęstwinie nóg, jaka wytworzyła się na połowie przeciwnika w ostatnim kwadransie. „Grosik” pokazał w jednej sytuacji, że na jego drybling nabierają się nie tylko piłkarze formatu ligowego, ale i uczestnicy mundialu. Taki piłkarz z pewnością przyda się kadrze.
We wstępie wspomniałem, że przestaliśmy kolekcjonować niechlubne rekordy. Nie ma jednak jak dociekliwość mediów, które w kontekście kadry zaczynają wyliczać liczbę meczów i czas, który upłynął od ostatniej wygranej. To nie czas na wyniki. To jest czas, aby na tle najlepszych konfrontować umiejętności jak największej liczby piłkarzy. Kilku już odpadło, kilku zdecydowanie się sprawdziło. Styl gry jest już zadowalający, z czasem będzie też coraz mniej błędów, coraz więcej zawodników pewnych miejsca w kadrze, a i wyniki przyjdą. Dlaczego tak myślę? Bo progres widoczny jest gołym okiem. I będzie on dalej postępował.
Polska – Australia 1:2. Kto widział kiedykolwiek mecz zakończony równie niesprawiedliwym wynikiem, ręka w górę! Osobiście takowego sobie nie przypominam. Drużyna, która oddała 16 strzałów na bramkę, zdobyła tylko jednego gola, natomiast trzykrotnie uderzający rywale do siatki trafili dwukrotnie. To nawet nie tyle niespotykane, co nielogiczne. Zdarzyło się jednak 7 września w Krakowie.
Atmosfera w reprezentacji Polski, nierozerwalnie związana z tym, co mówią i piszą o kadrze media, po meczu z Ukrainą w Łodzi nieco się przerzedziła. Piłkarze Smudy przestali kolekcjonować kolejne rekordy (poprzestali na najwyższej porażce od pół wieku oraz na najdłuższej passie bez strzelonej bramki), na tle apatycznej Ukrainy zaprezentowali się korzystnie i tylko własnej niefrasobliwości (istnieje bardziej dosadne słowo pasujące do okoliczności, w których straciliśmy bramkę, a zaczyna się na F) mogą zawdzięczać, iż nie odnieśli z rywalem zza wschodniej granicy zwycięstwa. Zawodnicy, pełni sportowej złości chcieli więc jeszcze korzystniej, a przede wszystkim skuteczniej pokazać się na nowym stadionie krakowskiej Wisły.
Michał Żewłakow był niestety negatywnym bohaterem meczu z Australią – zawinił przy pierwszej bramce i sprokurował rzut karny (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
O ile remis z Ukrainą był dosyć niesprawiedliwy, biorąc pod uwagę przebieg meczu, o tyle porażką z Australią los z naszych reprezentantów okrutnie zakpił. Albo, jak kto woli, zaprezentowali oni nieprawdopodobny wręcz koncert nieskuteczności. Przytaczane we wstępie statystyki dotyczące strzałów na bramkę najlepiej obrazują indolencję strzelecką polskich kopaczy, ale i ich przewagę, praktycznie przez całą mecz miażdżącą (posiadanie piłki zapewne kształtowało się na poziomie dwóch trzecich czasu gry). Jak widać po wyniku końcowym, marnowanie piętnastu możliwości na strzelenie gola, w tym rzutu karnego, w połączeniu z błędami pod własną bramką może zniweczyć wysiłki nawet tak dobrze dysponowanej drużyny, jaką w tym meczu była Polska.
Jeśli chodzi o formację defensywną, to należy zganić ją tylko za… defensywę. Akcja, po której pierwszą bramkę zdobyli Australijczycy, padła po błędach trzech naszych obrońców. Najpierw Sebastian Boenisch pozwolił na dośrodkowanie Wilkshire’owi, piłkę opanował wbiegający w pole karne Holman, niczym juniora minął Michała Żewłakowa, po czym strzelił na bramkę Tytonia. Piłka otarła się jeszcze o lekko spóźnionego z asekuracją Wojtkowiaka i wpadła do siatki obok bezradnego bramkarza Rody Kerkrade. Nie był to jednak jedyny błąd naszej defensywy, w 25. minucie, już po wyrównaniu, z piłką spokojnie zabrał się Tim Cahil (powinien zostać powstrzymany przez któregokolwiek ze środkowych), a w okolicach 30 metra wykonał prostopadłe podanie do wbiegającego w pole karne Garcii. Mam wrażenie, że przy odrobinie lepszym ustawieniu i natychmiastowej reakcji, mogło ono zostać przecięte, trzech Polaków znajdowało się bowiem niemal na jego linii. Wspomniany Garcia wykorzystał średnią dyspozycję Żewłakowa, który doskoczył doń już w momencie oddawania strzału. Czy był faul, czy nie, to kwestia sporna, faktem jest, iż nasz kapitan po raz drugi popełnił błąd, który tak ogranemu zawodnikowi nie przystoi.
Druga strona medalu to gra obrońców w ofensywie. Włączanie się bocznych defensorów w akcje zaczepne w nowoczesnym futbolu powinno być ponoć normą, ale w polskiej piłce jest dosyć niespotykane. Euforia mediów, spowodowana postawą Łukasza Piszczka i Sebastiana Boenischa, jest więc po części uzasadniona. Gracz Borussii zagrał mecz chyba bezbłędny, niezwykle często rozgrywał piłkę na połowie rywala z Jakubem Błaszczykowskim, dokładnie podawał, ścinał akcje do środka. Nie zaniedbywał przy tym obowiązków defensywnych. Wydaje się, że jeśli byłego gracza lubińskiego Zagłębia będą omijać kontuzje, może liczyć na pewne miejsce w wyjściowej jedenastce reprezentacji. To samo tyczy się Sebastiana Boenischa, choć gracz Werderu zaliczył dopiero drugi występ w kadrze. Jako że nie miał z kim współpracować po lewej stronie (Roberta Lewandowskiego ciągnęło bowiem i będzie ciągnąć na szpicę), często wykonywał kilkudziesięciometrowe rajdy, zakończone dobrymi (płaskie, mocno bite, dokładne, co również w Polsce jest rzadkością) dośrodkowaniami. Jeśli gliwiczanin zgra się z pozostałymi zawodnikami z defensywy, w przyszłości uniknie błędów, które przydarzały mu się ostatnio.
Rafał Murawski zarówno w meczu z Ukrainą, jak i spotkaniu z Australią był wyróżniającym się graczem (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
Co do drugiej linii (określenie umowne, gracze często zmieniają się bowiem miejscami i na dobrą sprawę trudno jest przypisać kogoś do danej pozycji), to również miała dużo więcej do zaoferowania w ataku niż w obronie. Nie zabłysnął niczym przesunięty na pozycję defensywnego pomocnika debiutant Pietrasiak, chociaż nie zagrał też meczu fatalnego, jak sugerują niektórzy. Dużo lepiej od gracza Polonii, a jeszcze lepiej niż w meczu z Ukrainą, zagrał Rafał Murawski. Umiejętnie rozprowadzał liczne natarcia na bramkę Australijczyków, niezwykle zaciekle walczył o każdą piłkę, kilkukrotnie potrafił zaskoczyć, dokładnym, długim podaniem. W tej chwili absolutny pewniak w środku pomocy. Widać, że w gra w lidze rosyjskiej wyraźnie mu służy. Trzeci zawodnik z tej formacji to Sławomir Peszko, któremu Franciszek Smuda wyrządza dużą krzywdę, ustawiając go tak daleko od bramki przeciwnika, w dodatku w środku pola. Peszko jest typowym skrzydłowym, a w roli środkowego pomocnika spisuje się wręcz fatalnie, błąka się po boisku, nie walczy w odbiorze, często wchodzi w paradę Błaszczykowskiemu. Efektem tego, że źle czuje się na placu gry, są również jego nieprzemyślane zagrania, od których aż roiło się w meczu z Australią (i Ukrainą). Tak grający Peszko jest dla polskiej kadry piątym kołem u wozu.
Rolę skrzydłowych teoretycznie spełniali Jakub Błaszczykowski i Robert Lewandowski. Ten pierwszy po raz kolejny zagrał w kadrze dobry mecz, ale widać było po nim kilka dni przerwy w treningach. Fizycznie prezentował się jak zwykle świetnie, imponował przyspieszeniem, szybkością i balansem ciała, jednak jeśli chodziło o aspekty techniczne, było już dużo gorzej. Piłka kilkukrotnie odskakiwała Kubie od nogi, a najbardziej brzemienna w skutkach była sytuacja z końcówki pierwszej połowy, kiedy naciskani Australijczycy stracili piłkę w środku boiska, z naszej strony wyszła kontra dwóch na jednego. Błaszczykowski popełnił jednak błąd przy przyjęciu podania od Lewandowskiego, dzięki czemu do piłki momentalnie dopadł stoper rywala. Gracz Borussii w dalszym ciągu jest motorem napędowym reprezentacji, to po jego akcji sędzia podyktował rzut karny, który mógł przynieść wyrównanie. Okazji tej nie wykorzystał niestety jego klubowy kolega Lewandowski, strzelając za lekko, za płasko i zbyt blisko środka bramki. Zabrakło zimnej krwi, a nie powinno, kwadrans wcześniej „Lewy” zdobył bowiem ładną bramkę po podaniu Sebastiana Boenischa. Z byłego gracza Lecha powinna więc zejść presja, a dzięki temu rzut karny można było wykonać na luzie. Niestety, nie udało się.
Jedyny nominalny napastnik, Ireneusz Jeleń, zagrał zupełnie inaczej niż w sobotnim meczu z Ukrainą. Fakt, iż szybko zepchnęliśmy defensywę Australijczyków głęboko, spowodował, że gracz Auxerre nie mógł wykorzystać swojego największego atutu, czyli szybkości, po prostu nie miał miejsca, aby się rozpędzić. W efekcie „Jelonek” był bardziej widoczny w strefie środkowej, często pędził za wyprowadzającym akcję rywalem, wycofywał się po piłkę. Nie zagrał źle, ale jeśli chodzi o sytuacje podbramkowe, nie można o nim nic dobrego powiedzieć. Plus za świetną wrzutkę na głowę Lewandowskiego z drugiej połowy.
Teraz już wszyscy wiedzą, że o Sebastiana Boenischa warto było się starać (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
Z graczy rezerwowych najdłużej na placu gry przebywał Ebi Smolarek. Krytykowanie go w sytuacji, gdy jest właściwie wciąż w okresie przygotowawczym, byłoby zwykłym znęcaniem się. Franciszek Smuda został jednak postawiony przed nie lada dylematem: albo powołam zawodnika bez formy (ale za to z dwiema strzelonymi w lidze bramkami, co media zdążyły już odtrąbić jako wielki tryumf), albo nie powołam, narażając się na kolejne pomówienia o konflikt z bohaterem eliminacji do Euro 2008, a co przez to idzie pogorszenie atmosfery wokół zespołu. Selekcjoner wybrał pierwszą możliwość, Ebi w dwadzieścia minut miał trzy sytuacje (dwa razy dośrodkowywał Boenisch, raz Błaszczykowski), które powinien wykorzystać. Raz strzelił tuż obok słupka, przy dwóch kolejnych wrzutkach zaś bardzo źle strzelał głową. Fakt, że w tych sytuacjach umiał się znaleźć, dobrze rokuje, jeśli chodzi o jego przyszłość w kadrze. Na następne powołania musi jednak zasłużyć, najlepiej wywalczeniem miejsca w podstawowej jedenastce Polonii i strzeleniem kilku bramek.
Maciej Iwański i Kamil Grosicki grali dość krótko, ale nie zaprezentowali się źle w gęstwinie nóg, jaka wytworzyła się na połowie przeciwnika w ostatnim kwadransie. „Grosik” pokazał w jednej sytuacji, że na jego drybling nabierają się nie tylko piłkarze formatu ligowego, ale i uczestnicy mundialu. Taki piłkarz z pewnością przyda się kadrze.
We wstępie wspomniałem, że przestaliśmy kolekcjonować niechlubne rekordy. Nie ma jednak jak dociekliwość mediów, które w kontekście kadry zaczynają wyliczać liczbę meczów i czas, który upłynął od ostatniej wygranej. To nie czas na wyniki. To jest czas, aby na tle najlepszych konfrontować umiejętności jak największej liczby piłkarzy. Kilku już odpadło, kilku zdecydowanie się sprawdziło. Styl gry jest już zadowalający, z czasem będzie też coraz mniej błędów, coraz więcej zawodników pewnych miejsca w kadrze, a i wyniki przyjdą. Dlaczego tak myślę? Bo progres widoczny jest gołym okiem. I będzie on dalej postępował.
Więcej zdjęć na bialoczerwoni.com.pl
Komentarze2
~
~bundes.guru
Autor tekstu mocno zafantazjowal oceniajac wystep
Murawskiego ktory zagral przecietnie. Jego akcje to
byla glownie destrukcja szeroko pojeta a rozgrywanie
bylo znikome. To tyle.
~
~kamil19
oglądałeś ty człowieku mecz dobry piłkarz to
nie tylko ten co strzela gole ale też ten który
pracuje dla całej drużyny a właśnie takim
piłkarzem jest Murawski prawdziwy walczak rzadko
spotykany w naszej reprezentacji ostatnim takim
walczakiem według mnie był Radomski szkoda że
niema 3-4 lata mniej bo wtedy mógłby być świetnym
partnerem dla Murasia kropa.