Jeżeli do turnieju finałowego Euro 2012 zakwalifikuje się reprezentacja Gruzji lub jakaś inna drużyna okupująca w rankingu FIFA miejsce w okolicach sześćdziesiątego, możemy być spokojni, ogramy ich. Jeżeli nie awansuje, a wszystko na to wskazuje, to mecz z przybyszami spod Kaukazu możemy traktować jedynie jako preludium do wrześniowych spotkań z Meksykiem i Niemcami.
Polska piłka nie byłaby polską piłką, gdyby przed meczem reprezentacji nie rozmawiano o kwestiach dla niej drugorzędnych. Pierwsza kwestia to oczywiście kwintesencja całego zła istniejącego w futbolu, przedstawiany niekiedy w mediach niczym kryminalista Łukasz P. Został on skazany przez sąd karą kilkumiesięcznego więzienia w zawieszeniu, w wyniku czego został zawieszony w prawach reprezentanta przez PZPN. Tę drugą karę można porównać z zamknięciem w kozie dziecka zamieszanego w kradzież lizaka (wiedziało o planach starszaków, aczkolwiek samo nie brało bezpośrednio udziału w przestępstwie) przez wielokrotnego recydywistę. Wiele osób cieszy się z kary dla Piszczka, nie dostrzegając ewidentnej pokazówki w wykonaniu PZPN-u, inni bronią piłkarza, doceniając jego postawę (przyznanie się do winy i poddanie się karze). Jest również trzecia grupa, która zdaje sobie sprawę, że pół roku bez Piszczka w kadrze to pół roku jazdy samochodem z zepsutym najwyższym biegiem. Zdaje sobie z tego sprawę Smuda, dlatego też zabiegał o spotkanie z piłkarzem i prezesem PZPN-u, aby wypracować wspólnie jakiś konsensus w tej sprawie. Powodzenia.
Łukasz Piszczek dalej ponosi konsekwencje korupcyjnego czynu sprzed pięciu lat. Szkoda, że sprawiedliwość w tym przypadku okazuje się wybitnie nierychliwa (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
Druga sprawa to kwestia polskości naszego nowego reprezentanta, Eugena [Ojgena] Polanskiego. Wygląd typowego Helmuta; blond grzywka, niebieskie oczy i mocne rysy twarzy wzbudzają uwarunkowaną historycznie niechęć w Polakach. Potęgowały je dodatkowo niedawne wypowiedzi zawodnika o reprezentacji Polski głoszące, że nie jest zainteresowany grą w jej barwach i generalnie czuje się Niemcem i tej reprezentacji kibicuje. Nie wiadomo, co wpłynęło na zmianę poglądów Eugena, ale nagle zapragnął grać w koszulce z orłem na piersi. A Franciszek Smuda mu to umożliwił. Żyjemy w tak kosmopolitycznym świecie, że rozstrzyganie kwestii dotyczących przywiązania Polanskiego do naszych barw narodowych jest bezcelowe. Można nie życzyć sobie jego obecności w reprezentacji, ale zdecydowanie rozsądniej jest po prostu zaakceptować wybór selekcjonera. Jeżeli uzna, że do osiągnięcia dobrego wyniku na Euro będzie mu potrzebny Marsjanin, PZPN powinien wysłać krążownik na Czerwoną Planetę i takowego przywieźć.
Przechodząc do analizy samego meczu, nie sposób nie dojść do wniosku, że Gruzja miała być teoretycznie najsłabszym rywalem „Biało-czerwonych” w ostatnich kilku miesiącach. Tymczasem Gruzini postawili nam naprawdę twarde warunki i śmiem twierdzić, że byli o wiele bardziej wymagającym rywalem aniżeli „reprezentacja” Argentyny, z którą mierzyliśmy się w czerwcu. Goście przyjechali zresztą do Lubina z dobrą passą w defensywie w ostatnich spotkaniach, co było prezentowane przez realizatorów transmisji i komentatorów telewizji publicznej. W trakcie meczu okazało się, że i w ataku zawodnicy Temura Ketsbai są groźni, zatem rywala ogólnie należy uznać za wymagającego.
Wojciech Szczęsny po raz kolejny okazał się jednym z najlepszych naszych reprezentantów (fot. bialoczerwoni.com.pl)
Coś o formie strzeleckiej gruzińskich piłkarzy mógłby powiedzieć Wojciech Szczęsny, który zaliczył kolejny świetny mecz w reprezentacji. Gdyby nie interwencje golkipera Arsenalu Londyn, nieskuteczność naszych zawodników z pola po raz kolejny zostałaby napiętnowana, a tak, pozostała co najwyżej niepokojąca i irytująca. Szczęsny mimo młodego wieku jest już na tyle dobrym bramkarzem, że o jego grę przez najbliższe miesiące (lata?) możemy być już spokojni. Kilka sezonów gry na obecnym poziomie pozwoli mu wejść do ścisłej światowej czołówki łapaczy, natomiast gdyby Wojtek dalej rozwijał się tak szybko, może zostać po prostu najlepszy w swoim fachu.
Gra bocznych obrońców wyglądała poprawnie. Nieraz nie potrafili odpowiednio szybko wrócić na własną połowę po nieudanej próbie ataku, toteż opuszczone przez nich pozycje musieli zapełniać koledzy ze środka bądź z przednich formacji, co niekiedy skutkowało po prostu dezorganizacją. Niemniej nie zmienia to faktu, że Wawrzyniak jest pod nieobecność Boenischa podstawowym lewym obrońcą kadry, a jego głównym atutem są wejścia ofensywne. Wojtkowiak natomiast radzi średnio radzi sobie z grą do przodu, ale zawodnicy pokroju Gruzinów nie sprawiają mu chociaż większych kłopotów w defensywie.
To samo można właściwie powiedzieć o stoperach, z tym że… nie do końca. Niby Głowacki z Jodłowcem dobrze się asekurowali i komunikowali, niby wygrali mnóstwo pojedynków o górne i dolne piłki z rywalami i łatali wspomniane dziury na bokach defensywy… ale przydarzyły się też im kilka razy momenty gapiostwa, które normalnie skończyłyby się stratą bramki. Raz nasi środkowi nie potrafili sobie poradzić z kozłującą piłką, wskutek czego dopadł do niej napastnik gości (na całe szczęście pojedynek z nim wygrał Szczęsny), w drugiej zaś połowie Jodłowiec kompletnie zgubił rywala świetnie pokazującego się do zagrania na klepkę. I tym razem skórę wyratował nam bramkarz. Warto jednak pochwalić Głowackiego za kilkukrotne próby długich podań (przeważnie dokładne i ciekawe), natomiast jego młodszego partnera za niezłe wyprowadzanie piłki spod własnej bramki krótkimi podaniami.
Jakub Błaszczykowski zdobył dla nas zwycięskiego gola, poza tym zagrał tak, jak na kapitana przystało (fot. Grzegorz Rutkowski / iGol.pl)
Defensywni pomocnicy rozegrali dobre zawody. Eugen Polanski nie zaliczył spektakularnego debiutu, nie ganiał jak szalony po boisku, udowadniając, że będzie walczył dla swojej nowej drużyny do upadłego. Sukcesem było już to, że właściwie nie spowalniał akcji drużyny, sporo widział, sporo wyczyścił, a kiedy było trzeba, potrafił również błysnąć zwodem i dalekim przerzutem. Czy to zawodnik na pierwszy skład? Nie wiadomo, na pewno przyda się kadrze choćby jako straszak dla pozostałych piwotów. Nawet dla Rafała Murawskiego, choć jego pozycja w drużynie wydaje się niepodważalna. Lechita co prawda słabo wszedł w mecz, zanotował wiele niecelnych podań, jednak rozkręcał się z każdą minutą, przed końcem meczu grał zaś po prostu świetnie, bardzo dobrze regulując tempo gry, inicjując szybkie wymiany piłki na małej przestrzeni i pomysłowo uruchamiając dokładnymi zagraniami atakujących.
Jeśli chodzi o ofensywne trio, ustawione tuż za Robertem Lewandowskim, a przed piwotami, do gry zawodników operujących na flankach nie możemy mieć zastrzeżeń. O tym, że Jakub Błaszczykowski jest graczem klasy europejskiej, wiadomo było od dawna. W dzisiejszym spotkaniu potwierdził właściwie wszystkie swoje walory; waleczność, dobry drybling i sporą ruchliwość. Niemal każda akcja przechodziła w środowym meczu przez Kubę, a za akcję rozegraną z Lewandowskim, która dała nam zwycięską bramkę, należą mu się po prostu brawa. Adrian Mierzejewski zaprezentował się równie dobrze co nasz kapitan, wielokrotnie pokazując świetne wyszkolenie techniczne, pomysłowość i odwagę. W tej chwili trudno wyobrazić sobie podstawowy skład bez niego, a jeszcze pół roku temu sukcesem było dla niego samo powołanie. Innymi słowy – bardzo duży postęp. Oby trwał nadal. Kilka cierpkich słów należy się za to Ludovicowi Obraniakowi. Po raz kolejny gracz Lille był właściwie statystą na boisku, często schowany między rywali, gubiący piłkę, podający nie w tempo i niedokładnie. Ludo zdecydowanie zbyt rzadko wspierał też Roberta Lewandowskiego. Trzeba jednak zdać sobie sprawę, że Obraniak jest potrzebny na boisku nawet w tak słabej formie, kiedy znajdzie się bowiem z piłką przed polem karnym lub kiedy sędzia odgwiżdże dla nas rzut wolny z niedalekiej odległości, to właśnie niewysoki pomocnik zapewni nam zdobycz bramkową.
Robert Lewandowski po raz kolejny musiał zmagać się z kilkoma rywalami naraz. Po raz kolejny też dobrze sobie radził (fot. Grzegorz Rutkowski / iGol.pl)
Robert Lewandowski. Niemal przez cały mecz otaczał go wianuszek utworzony przez gruzińskich stoperów, co tylko niekiedy przeszkadzało napastnikowi Borussii w uczestniczeniu w grze. Było natomiast skuteczne, jeśli chodzi o odcięcie 23-latka od sytuacji strzeleckich, bo takowych w minionym meczu zwyczajnie nie miał. Jeśli można uznać, mimo niestrzelonej bramki, występ zawodnika odpowiedzialnego za zdobywanie goli za udany, to z pewnością należy to zrobić w przypadku „Lewego”. Gra on w tej chwili na tyle dobrze, prezentuje taką klasę (kapitalna asysta), że Lucas Barrios po wyleczeniu kontuzji może mieć problemy z regularną grą w zespole mistrza Niemiec.
Rezerwowi, generalnie ujmując, nie zachwycili. Sławomir Peszko zrobił kilka razy trochę wiatru na lewym skrzydle, ale to dla zawodnika o jego walorach, przeciw podmęczonemu rywalowi, nie jest żadnym osiągnięciem. Tym bardziej że kiedy już Peszko dobiegł do linii końcowej, czyli zaczynała się ta trudniejsza część akcji, kiedy trzeba minąć rywala, albo nie daj Boże podać, oznaczało to rychłą stratę futbolówki. Paweł Brożek był przy piłce raptem kilka razy, ale zdążył m.in. dwukrotnie spowolnić akcje naszej drużyny. Jest to jednak napastnik o takim instynkcie strzeleckim, że warto go trzymać na boisku choćby przez kwadrans. Dariusz Dudka po wejściu na murawę w 75. minucie przebiegł chyba większy dystans niż zmieniony przez niego Polanski przez cały mecz. Nic z tego nie wynikło, ale trzeba sobie jasno powiedzieć, że w tej części meczu wynikać już nic nie musiało. Widać było, że Szymon Pawłowski, zmiennik Obraniaka, znajduje się obecnie w wysokiej formie. Duża pewność gry, duża ruchliwość i dobre zrozumienie z kolegami to rzeczy, które nam pokazał przez ostatni kwadrans. Szkoda, że uraz Polanskiego nie pozwolił Smudzie na wstawienie na boisko bocznego pomocnika wcześniej. Adam Matuszczyk i Maciej Rybus z całą pewnością byli na boisku w końcówce spotkania, ale nie jestem pewien, czy któryś z nich miał kontakt z piłką.
Głównym pozytywem środowego spotkania jest fakt, że się ono odbyło. Piłkarze trochę się ze sobą pozgrywali, selekcjoner przećwiczył warianty taktyczne na grę z teoretycznie słabszym przeciwnikiem. Zwycięstwo cieszy, styl już niekoniecznie, bo statystyki strzałów nie można nazwać inaczej niż zatrważająca. Póki wystarcza to do odnoszenia zwycięstw, nie ma jednak co narzekać.
Jeżeli do turnieju finałowego Euro 2012 zakwalifikuje się reprezentacja Gruzji lub jakaś inna drużyna okupująca w rankingu FIFA miejsce w okolicach sześćdziesiątego, możemy być spokojni, ogramy ich. Jeżeli nie awansuje, a wszystko na to wskazuje, to mecz z przybyszami spod Kaukazu możemy traktować jedynie jako preludium do wrześniowych spotkań z Meksykiem i Niemcami.
Polska piłka nie byłaby polską piłką, gdyby przed meczem reprezentacji nie rozmawiano o kwestiach dla niej drugorzędnych. Pierwsza kwestia to oczywiście kwintesencja całego zła istniejącego w futbolu, przedstawiany niekiedy w mediach niczym kryminalista Łukasz P. Został on skazany przez sąd karą kilkumiesięcznego więzienia w zawieszeniu, w wyniku czego został zawieszony w prawach reprezentanta przez PZPN. Tę drugą karę można porównać z zamknięciem w kozie dziecka zamieszanego w kradzież lizaka (wiedziało o planach starszaków, aczkolwiek samo nie brało bezpośrednio udziału w przestępstwie) przez wielokrotnego recydywistę. Wiele osób cieszy się z kary dla Piszczka, nie dostrzegając ewidentnej pokazówki w wykonaniu PZPN-u, inni bronią piłkarza, doceniając jego postawę (przyznanie się do winy i poddanie się karze). Jest również trzecia grupa, która zdaje sobie sprawę, że pół roku bez Piszczka w kadrze to pół roku jazdy samochodem z zepsutym najwyższym biegiem. Zdaje sobie z tego sprawę Smuda, dlatego też zabiegał o spotkanie z piłkarzem i prezesem PZPN-u, aby wypracować wspólnie jakiś konsensus w tej sprawie. Powodzenia.
Łukasz Piszczek dalej ponosi konsekwencje korupcyjnego czynu sprzed pięciu lat. Szkoda, że sprawiedliwość w tym przypadku okazuje się wybitnie nierychliwa (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
Druga sprawa to kwestia polskości naszego nowego reprezentanta, Eugena [Ojgena] Polanskiego. Wygląd typowego Helmuta; blond grzywka, niebieskie oczy i mocne rysy twarzy wzbudzają uwarunkowaną historycznie niechęć w Polakach. Potęgowały je dodatkowo niedawne wypowiedzi zawodnika o reprezentacji Polski głoszące, że nie jest zainteresowany grą w jej barwach i generalnie czuje się Niemcem i tej reprezentacji kibicuje. Nie wiadomo, co wpłynęło na zmianę poglądów Eugena, ale nagle zapragnął grać w koszulce z orłem na piersi. A Franciszek Smuda mu to umożliwił. Żyjemy w tak kosmopolitycznym świecie, że rozstrzyganie kwestii dotyczących przywiązania Polanskiego do naszych barw narodowych jest bezcelowe. Można nie życzyć sobie jego obecności w reprezentacji, ale zdecydowanie rozsądniej jest po prostu zaakceptować wybór selekcjonera. Jeżeli uzna, że do osiągnięcia dobrego wyniku na Euro będzie mu potrzebny Marsjanin, PZPN powinien wysłać krążownik na Czerwoną Planetę i takowego przywieźć.
Przechodząc do analizy samego meczu, nie sposób nie dojść do wniosku, że Gruzja miała być teoretycznie najsłabszym rywalem „Biało-czerwonych” w ostatnich kilku miesiącach. Tymczasem Gruzini postawili nam naprawdę twarde warunki i śmiem twierdzić, że byli o wiele bardziej wymagającym rywalem aniżeli „reprezentacja” Argentyny, z którą mierzyliśmy się w czerwcu. Goście przyjechali zresztą do Lubina z dobrą passą w defensywie w ostatnich spotkaniach, co było prezentowane przez realizatorów transmisji i komentatorów telewizji publicznej. W trakcie meczu okazało się, że i w ataku zawodnicy Temura Ketsbai są groźni, zatem rywala ogólnie należy uznać za wymagającego.
Wojciech Szczęsny po raz kolejny okazał się jednym z najlepszych naszych reprezentantów (fot. bialoczerwoni.com.pl)
Coś o formie strzeleckiej gruzińskich piłkarzy mógłby powiedzieć Wojciech Szczęsny, który zaliczył kolejny świetny mecz w reprezentacji. Gdyby nie interwencje golkipera Arsenalu Londyn, nieskuteczność naszych zawodników z pola po raz kolejny zostałaby napiętnowana, a tak, pozostała co najwyżej niepokojąca i irytująca. Szczęsny mimo młodego wieku jest już na tyle dobrym bramkarzem, że o jego grę przez najbliższe miesiące (lata?) możemy być już spokojni. Kilka sezonów gry na obecnym poziomie pozwoli mu wejść do ścisłej światowej czołówki łapaczy, natomiast gdyby Wojtek dalej rozwijał się tak szybko, może zostać po prostu najlepszy w swoim fachu.
Gra bocznych obrońców wyglądała poprawnie. Nieraz nie potrafili odpowiednio szybko wrócić na własną połowę po nieudanej próbie ataku, toteż opuszczone przez nich pozycje musieli zapełniać koledzy ze środka bądź z przednich formacji, co niekiedy skutkowało po prostu dezorganizacją. Niemniej nie zmienia to faktu, że Wawrzyniak jest pod nieobecność Boenischa podstawowym lewym obrońcą kadry, a jego głównym atutem są wejścia ofensywne. Wojtkowiak natomiast radzi średnio radzi sobie z grą do przodu, ale zawodnicy pokroju Gruzinów nie sprawiają mu chociaż większych kłopotów w defensywie.
To samo można właściwie powiedzieć o stoperach, z tym że… nie do końca. Niby Głowacki z Jodłowcem dobrze się asekurowali i komunikowali, niby wygrali mnóstwo pojedynków o górne i dolne piłki z rywalami i łatali wspomniane dziury na bokach defensywy… ale przydarzyły się też im kilka razy momenty gapiostwa, które normalnie skończyłyby się stratą bramki. Raz nasi środkowi nie potrafili sobie poradzić z kozłującą piłką, wskutek czego dopadł do niej napastnik gości (na całe szczęście pojedynek z nim wygrał Szczęsny), w drugiej zaś połowie Jodłowiec kompletnie zgubił rywala świetnie pokazującego się do zagrania na klepkę. I tym razem skórę wyratował nam bramkarz. Warto jednak pochwalić Głowackiego za kilkukrotne próby długich podań (przeważnie dokładne i ciekawe), natomiast jego młodszego partnera za niezłe wyprowadzanie piłki spod własnej bramki krótkimi podaniami.
Jakub Błaszczykowski zdobył dla nas zwycięskiego gola, poza tym zagrał tak, jak na kapitana przystało (fot. Grzegorz Rutkowski / iGol.pl)
Defensywni pomocnicy rozegrali dobre zawody. Eugen Polanski nie zaliczył spektakularnego debiutu, nie ganiał jak szalony po boisku, udowadniając, że będzie walczył dla swojej nowej drużyny do upadłego. Sukcesem było już to, że właściwie nie spowalniał akcji drużyny, sporo widział, sporo wyczyścił, a kiedy było trzeba, potrafił również błysnąć zwodem i dalekim przerzutem. Czy to zawodnik na pierwszy skład? Nie wiadomo, na pewno przyda się kadrze choćby jako straszak dla pozostałych piwotów. Nawet dla Rafała Murawskiego, choć jego pozycja w drużynie wydaje się niepodważalna. Lechita co prawda słabo wszedł w mecz, zanotował wiele niecelnych podań, jednak rozkręcał się z każdą minutą, przed końcem meczu grał zaś po prostu świetnie, bardzo dobrze regulując tempo gry, inicjując szybkie wymiany piłki na małej przestrzeni i pomysłowo uruchamiając dokładnymi zagraniami atakujących.
Jeśli chodzi o ofensywne trio, ustawione tuż za Robertem Lewandowskim, a przed piwotami, do gry zawodników operujących na flankach nie możemy mieć zastrzeżeń. O tym, że Jakub Błaszczykowski jest graczem klasy europejskiej, wiadomo było od dawna. W dzisiejszym spotkaniu potwierdził właściwie wszystkie swoje walory; waleczność, dobry drybling i sporą ruchliwość. Niemal każda akcja przechodziła w środowym meczu przez Kubę, a za akcję rozegraną z Lewandowskim, która dała nam zwycięską bramkę, należą mu się po prostu brawa. Adrian Mierzejewski zaprezentował się równie dobrze co nasz kapitan, wielokrotnie pokazując świetne wyszkolenie techniczne, pomysłowość i odwagę. W tej chwili trudno wyobrazić sobie podstawowy skład bez niego, a jeszcze pół roku temu sukcesem było dla niego samo powołanie. Innymi słowy – bardzo duży postęp. Oby trwał nadal. Kilka cierpkich słów należy się za to Ludovicowi Obraniakowi. Po raz kolejny gracz Lille był właściwie statystą na boisku, często schowany między rywali, gubiący piłkę, podający nie w tempo i niedokładnie. Ludo zdecydowanie zbyt rzadko wspierał też Roberta Lewandowskiego. Trzeba jednak zdać sobie sprawę, że Obraniak jest potrzebny na boisku nawet w tak słabej formie, kiedy znajdzie się bowiem z piłką przed polem karnym lub kiedy sędzia odgwiżdże dla nas rzut wolny z niedalekiej odległości, to właśnie niewysoki pomocnik zapewni nam zdobycz bramkową.
Robert Lewandowski po raz kolejny musiał zmagać się z kilkoma rywalami naraz. Po raz kolejny też dobrze sobie radził (fot. Grzegorz Rutkowski / iGol.pl)
Robert Lewandowski. Niemal przez cały mecz otaczał go wianuszek utworzony przez gruzińskich stoperów, co tylko niekiedy przeszkadzało napastnikowi Borussii w uczestniczeniu w grze. Było natomiast skuteczne, jeśli chodzi o odcięcie 23-latka od sytuacji strzeleckich, bo takowych w minionym meczu zwyczajnie nie miał. Jeśli można uznać, mimo niestrzelonej bramki, występ zawodnika odpowiedzialnego za zdobywanie goli za udany, to z pewnością należy to zrobić w przypadku „Lewego”. Gra on w tej chwili na tyle dobrze, prezentuje taką klasę (kapitalna asysta), że Lucas Barrios po wyleczeniu kontuzji może mieć problemy z regularną grą w zespole mistrza Niemiec.
Rezerwowi, generalnie ujmując, nie zachwycili. Sławomir Peszko zrobił kilka razy trochę wiatru na lewym skrzydle, ale to dla zawodnika o jego walorach, przeciw podmęczonemu rywalowi, nie jest żadnym osiągnięciem. Tym bardziej że kiedy już Peszko dobiegł do linii końcowej, czyli zaczynała się ta trudniejsza część akcji, kiedy trzeba minąć rywala, albo nie daj Boże podać, oznaczało to rychłą stratę futbolówki. Paweł Brożek był przy piłce raptem kilka razy, ale zdążył m.in. dwukrotnie spowolnić akcje naszej drużyny. Jest to jednak napastnik o takim instynkcie strzeleckim, że warto go trzymać na boisku choćby przez kwadrans. Dariusz Dudka po wejściu na murawę w 75. minucie przebiegł chyba większy dystans niż zmieniony przez niego Polanski przez cały mecz. Nic z tego nie wynikło, ale trzeba sobie jasno powiedzieć, że w tej części meczu wynikać już nic nie musiało. Widać było, że Szymon Pawłowski, zmiennik Obraniaka, znajduje się obecnie w wysokiej formie. Duża pewność gry, duża ruchliwość i dobre zrozumienie z kolegami to rzeczy, które nam pokazał przez ostatni kwadrans. Szkoda, że uraz Polanskiego nie pozwolił Smudzie na wstawienie na boisko bocznego pomocnika wcześniej. Adam Matuszczyk i Maciej Rybus z całą pewnością byli na boisku w końcówce spotkania, ale nie jestem pewien, czy któryś z nich miał kontakt z piłką.
Głównym pozytywem środowego spotkania jest fakt, że się ono odbyło. Piłkarze trochę się ze sobą pozgrywali, selekcjoner przećwiczył warianty taktyczne na grę z teoretycznie słabszym przeciwnikiem. Zwycięstwo cieszy, styl już niekoniecznie, bo statystyki strzałów nie można nazwać inaczej niż zatrważająca. Póki wystarcza to do odnoszenia zwycięstw, nie ma jednak co narzekać.
Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował tego tekstu. Bądź pierwszy.