Ponad pięć lat po wyborze Polski i Ukrainy na gospodarzy Euro 2012 mamy, co chcieliśmy. Im bliżej było do pierwszego gwizdka meczu inaugurującego mistrzostwa, tym więcej sympatyków i optymistów zyskiwała nasza kadra. Ostatecznie wynik spotkania trzeba ocenić zdecydowanie negatywnie, choć nie sposób nie przyznać, że mogło być jeszcze gorzej.
Jak miało być
Polacy mecz z Grecją zaczęli bardzo dobrze. Wysoki pressing, duża ruchliwość i szybkie tempo gry – te wszystkie aspekty sprawiły, że wkrótce osiągnęliśmy przewagę, a momentami nawet zdominowaliśmy rywala. Niestety, w pierwszym kwadransie nie potrafiliśmy wykorzystać żadnej sytuacji – najpierw po świetnym odegraniu Lewandowskiego ze strzałem pośpieszył się Obraniak, a dobitka Rafała Murawskiego była nieco za słaba. Trochę później kompletnie niepilnowany Łukasz Piszczek próbował wypracować gola Lewandowskiemu, ale ten był minimalnie spóźniony i nie sięgnął świetnego dośrodkowania. Po objęciu prowadzenia wynik obowiązkowo powinien jeszcze podwyższyć Damien Perquis, kompletnie niepilnowany po rzucie rożnym – stoper jednak haniebnie przestrzelił.

Po drugiej żółtej kartce i wykluczeniu z gry Papastathopoulosa wydawało się, że w tym meczu już nic złego nam się stać nie może. Zdecydowana przewaga w posiadaniu piłki, lepsza jakość w jej rozgrywaniu, wielokrotnie większa liczba strzałów na bramkę i gra z jednym zawodnikiem więcej – to wszystko przemawiało za „Biało-czerwonymi” i tylko czekaliśmy na kolejne gole po przerwie. Pewne zwycięstwo i znakomity początek mistrzostw przy zachowaniu status quo z pierwszej połowy były więcej niż oczywiste.
Jak było
Rzeczywistość okazała się inna. Mimo gry w przewadze Polacy byli tłem dla niemających nic do stracenia Hellenów. Wprowadzony na boisko Salpingidis raz po raz urywał się naszym obrońcom, którzy co prawda świetnie spisują się w grze kontaktowej czy powietrznej, ale w pojedynku przeciwko zwinnym szybkościowcom (jak gracz PAOK-u) nie mają szans. I to było widać. W 50. minucie zawiedli też błąkający się gdzieś Boenisch i spóźniony z asekuracją jego pozycji Rybus – skrzętnie wykorzystał to Torosidis i wrzucił jedną jedyną dobrą piłkę w nasze pole karne. Nie musiał robić nic więcej – resztę zrobiliśmy praktycznie za Greków. Wasilewski nie wybił piłki ani po nią nie wrócił, to samo zrobił Wojciech Szczęsny, w zasadzie zupełnie zawalając nam gola. No bo po co wychodził z bramki, skoro nie złapał lub chociaż nie wybił piłki? To wie chyba tylko on sam. Po tym, jak golkiper Arsenalu rozminął się z futbolówką, nie był w stanie pozbierać się na tyle szybko, by w jakikolwiek sposób przeszkodzić Salpingidisowi w strzelaniu na pustą bramkę.












