Z każdym dniem, który przybliżał nas do Euro 2012, mieliśmy coraz większe obawy, jak sobie z mistrzostwami poradzimy – jak wypadnie organizacja, jak przyjmiemy przybyszów z całego Starego Kontynentu, jak oni nas zapamiętają. Okazało się jednak, że mistrzostwom Europy towarzyszy wspaniała atmosfera, którą można poczuć na każdym kroku, a pożegnanie z turniejem tego nie zmieni. Takie wrażenie pozostawiła po sobie stolica Wielkopolski.

Przyznam się szczerze, że dotychczas w Poznaniu byłem trzy razy. Przesiadałem się. Tak więc dworzec kolejowy w największym mieście Wielkopolski miałem już dokładnie zwiedzony. Zmiana tego stanu rzeczy nieuchronnie się zbliżała, a lepsza okazja do zwiedzenia grodu nad Wartą nie mogła się trafić. Tego dnia Poznań żegnał się z mistrzostwami Europy – w ostatnim starciu na Stadionie Miejskim położonym przy ulicy Bułgarskiej zmierzyli się Włosi i Irlandczycy.

Popołudnie tego dnia było prawie jak każde inne. Świeciło ciepłe już, nie wiosenne, ale wręcz letnie słońce, żar lał się z nieba, z ciała wyciekały kolejne kropelki potu, które osadzały się na czarnej koszulce. Prawie, jak powszechnie wiadomo, robi jednak kolosalną różnicę. Tę robiła unosząca się w powietrzu niezwykła atmosfera. Brakowało w niej codzienności, szarości, pędu i zmęczenia. Było to zupełnie coś innego – z czystym sumieniem można nazwać to fiestą. A ta wzrasta z każdym krokiem, który zbliża mnie do placu Wolności. To właśnie tam, pośrodku Starówki, władze grodu Przemysława postanowiły usytuować miejscową Strefę Kibica. Już samo przekroczenie jej progu dawało poczucie znalezienia się w innym świecie. Wszędzie można było dostrzec wszechobecną radość, ludzie tryskali szczęściem, na twarzy każdego rysował się szczery uśmiech, z każdej strony można było dosłyszeć przeróżne języki. Wśród międzynarodowych gości można było dostrzec między innymi Chorwatów i Włochów, a zdecydowanie największą, najbarwniejszą i najbardziej charakterystyczną grupę stanowili Irlandczycy. Obserwując zagranicznych gości, nie można było nie być pod wrażeniem przyjacielskości i pozytywnego nastawienia względem siebie szczególnie przybyszów z Zielonej Wyspy i Półwyspu Apenińskiego, których zespoły narodowe tego dnia rywalizowały o punkty mistrzostw Europy. W takiej sytuacji można było dziękować Bogu, że takich stref kibica nie organizuje się przy okazji naszych meczów ligowych. Pewniejsze niż śmierć i podatki jest to, że w Poznaniu, Gdańsku, Krakowie czy Łodzi, gdyby w takiej strefie z miejscowymi fanami piłkarskimi znaleźli się kibice Legii, krew i zęby byłyby wszędzie, dosłownie wszędzie. Tymczasem Irlandczycy i Włosi nie żywili wobec siebie żadnej urazy. Chętnie ze sobą rozmawiali, fotografowali się, z równą wesołością skandowali dość nieprzyjazne słowa w kierunku reprezentacji Hiszpanii, którą podejrzewano o ustawianie meczu z Chorwacją.












