Nie pierwszy raz stoimy przed szansą zakwalifikowania się do wielkiego turnieju. Czasem jest ona sporawa, a kiedy indziej zupełnie iluzoryczna. Zostały dwa spotkania, które zadecydują o wszystkim. Wóz albo przewóz. By podbudować nieco napięcie, przypomnijmy sobie, jak to wyglądało w ostatnich latach, a dobrze wiemy, że bywało różnie.
Wyobraźcie sobie pewną sytuację. Był sobie taki jeden Branko. Branko miał za sobą piękne chwile, był w swoim kraju kimś ważnym. Nikt nie podważał jego sukcesów, a drużynę, którą trenował, kochał i szanował każdy. Nic w tym dziwnego, bo miała za sobą najlepsze dni w swoich dziejach. Liderowała, i to nie byle gdzie, rywalizując także z nie byle kim. Jednak Branko przed kolejnym meczem miał zafrasowaną minę. Tym razem musiał stanąć w szranki z zespołem, który ma w swoich szeregach gościa, który niedawno strzelił cztery bramki w półfinale Ligi Mistrzów, a w jego drużynie brakowało paru ważnych ogniw.
Wstęp bajkowy, ale spotkanie z Czarnogórą nie miało nic wspólnego z sielanką. Dawno nie było takiej solidarności w świecie dziennikarskim. Każdy przepowiadał, że ten mecz nie przybliży nas do awansu, tylko przeniesie do równoległego świata, który jest ostatnio naszym stałym kompanem. Świata matematycznych szans. Smutny Waldek chciał jednak postawić wszystko na jedną kartę, nic dziwnego, skoro po sześciu kolejkach od Brazylii nie dzieliły nas kilometry, tylko lata świetlne.
Środek pola z Krychowiakiem, Klichem i Zielińskim był nie tyle zaskakujący, co szokujący. Na boisku wyglądało to jednak całkiem przyzwoicie. Polska zagrała obiecujący mecz z momentami, czyli czymś, co charakteryzowało te eliminacje. Były chwile, w których można było cieszyć oko, ale co z tego, skoro nie dają one punktów. Pomimo okazji po obejrzeniu skrótu łatwo rozszyfrować nasz stały punkt programu, czyli chimeryczną grę w obronie. Drugi remis z Czarnogórą i początek jeszcze intensywniejszej nagonki wycelowanej w Fornalika.
Po tym spotkaniu na świeczniku było załatwienie formalności z San Marino. Zwycięstwo jak zwycięstwo, ale strata bramki z jedną z najsłabszych drużyn świata wywołała kolejną lawinę szydery.
Eliminacje wieńczyliśmy wyjazdami do najsilniejszych reprezentacji grupy H. Pierwszym z nich była rywalizacja w Charkowie z naszymi wschodnimi sąsiadami będącymi w naprawdę niezłej formie. Sposobem na rozśmieszenie pokonanie Ukraińców miał być wracający z zaświatów Mariusz Lewandowski. Porażka przekreśliła marzenia o mistrzostwach świata. Czy każdemu wdała się atmosfera bolesnego niepowodzenia? Nie, Fornalik miał w tej sprawie jasną deklarację – przed tą drużyną jest przyszłość.
https://www.youtube.com/watch?v=Klq_-AgbxSU
Nawet ostatni mecz z Anglią, który miał być ku pokrzepieniu serc dla wielu rodaków mieszkających na Wyspach Brytyjskich, zakończył się fiaskiem. Dwadzieścia tysięcy Polaków musiało w końcu przejrzeć na oczy i pogodzić się z tym, że jedyne reprezentacje, które potrafiliśmy pokonać podczas tych eliminacji, to Mołdawia i San Marino.














