W sobotnich meczach 10. kolejki Ekstraklasy przełamać się mieli piłkarze i Cracovii, i Górnika, i Arki, natomiast „Kolejorz” w spotkaniu ze Śląskiem miał powrócić na tory, które prowadziłyby go do mistrzostwa Polski. Plan zrealizowali tylko jedni – zabrzanie.
Według wielu fachowców Stefan Majewski dysponuje kadrą, która byłaby w stanie walczyć o czołowe miejsce w tabeli, tymczasem rzeczywistość jest dla nich okrutna – po dzisiejszym pechowym remisie z Odrą Wodzisław zamykają ligową stawkę.

Dzisiejszy mecz gospodarze rozpoczęli z ogromną motywacją, z wielkim animuszem. Do tej pory przy ulicy Kałuży dla „Pasów” gole strzelał tylko Dariusz Pawlusiński. Tradycji mogło stać się zadość już w drugiej minucie. Po bardzo dobrej zespołowej akcji – w której piłka chodziła jak po sznurku, a goście zamienili się na moment w poruszające się tyczki – 31-latek mocno uderzył, ale świetnie ze swoich obowiązków wywiązał się Adam Stachowiak. Chwilę później bliski szczęścia był Paweł Nowak, który zdecydował się na strzał tuż zza pola karnego, lecz pomylił się o kilka centymetrów.
W 51. minucie „Pasy” miały najlepszą okazje do otworzenia wyniku spotkania – rzut rożny, futbolówka trafia na głowę Jakuba Kaszuby, następnie na głowę Przemysława Kuliga, który jednak nie trafia z dwóch metrów. „Niewykorzystane sytuacje się mszczą” – krakowianie mieli szczęście, że ta stara piłkarska prawda nie znalazła potwierdzenia dzisiaj w Krakowie, choć mogła. W 62. minucie Marcin Cabaj w porę zareagował w sytuacji jeden na jednego z Danielem Ryglem, natomiast dziesięć minut przed końcem atomowe uderzenie z dystansu Jacka Kurantego zatrzepotało nie w siatce, a na poprzeczce.
Pierwsze zwycięstwo Kasperczaka
Mieć zaufanie i szacunek wśród fanów z zaledwie jednym zdobytym punktem – takiego luksusu, jaki ma Henryk Kasperczak w Zabrzu, może pozazdrościć chyba każdy szkoleniowiec na świecie. Ale 62-latkowi na pewno taka sytuacja nie odpowiada, bo na Śląsk przybył, aby z Górnikiem wygrywać. W sobotę w końcu mu się to udało. Teraz powinno być już tylko lepiej
O ile Bogusław Wyparło i Marcin Adamski to gracze, na których ŁKS dotychczas mógł liczyć, o tyle w sobotę właśnie ta dwójka ofiarowała zabrzanom zwycięstwo. W 19. minucie obaj zderzyli się ze sobą przy próbie wybicia piłki po dośrodkowaniu Mariusza Magiery, ale zrobili to na tyle nieudolnie, że ta trafiła pod nogi Zahorskiego, który po raz pierwszy w tym sezonie wpisał się na listę strzelców. Jeszcze gorzej Bodzio W. zachował się przy strzale z rzutu wolnego Tomasza Hajty, którego nie zdołał wyłapać, a czekający na jego błąd Marko Bajić zaliczył premierowe trafienie w naszej ekstraklasie.











