Dziś rano całą Polskę obiegła bardzo smutna wiadomość. Nasz futbol stracił wspaniałego człowieka. Nie żyje Włodzimierz Smolarek. Trudno w takich chwilach pisać… Tak wybitnemu zawodnikowi należy się jednak hołd.
Na wstępie poproszę Was o odrobinę zrozumienia. Będzie to bowiem artykuł, w którym chcę zawrzeć kilka osobistych przemyśleń. Mam jednak nadzieję, że nie wpłynie to na ogólny odbiór tekstu.
Cóż, nie będę przytaczał zbyt wielu liczb. Nie będę też opisywał krok po kroku kariery Pana Włodka. Nie to jest bowiem najważniejsze. Dziś polski futbol stracił nie tylko wielkiego piłkarza, ale i wielkiego człowieka. Szkoda tylko, że tak późno to zrozumieliśmy…

Włodzimierz Smolarek zmarł w nocy, podczas snu. Po prostu się nie obudził. Miał 54 lata i kawał wspaniałego życia za sobą. Był człowiekiem spełnionym. W piłce osiągnął bardzo wiele. Uznawany jest za jedną z legend Widzewa i jednego z najlepszych piłkarzy, którzy mieli przyjemność biegać po boiskach w koszulce z orłem na piersi.
Już od najmłodszych lat uważany był za wielki talent. Cechowała go olbrzymia zadziorność. Z opowiadań mojej mamy, dziadków oraz innych osób, które pamiętają grę Smolarka, można wysnuć jeden wniosek: nie było dla niego straconych piłek. Czy teraz spotkamy piłkarza, który w taki sposób będzie walczył dla swojego kraju? Który dobro drużyny przedłoży ponad własne? No właśnie…
Smolarek był nieszablonowym piłkarzem. Jeśli chodzi o umiejętności sportowe, to chyba najlepiej zapamiętamy go dzięki szybkości i fantastycznej lewej nodze, którą, jak wspominają jego koledzy z boiska, mógł wiązać krawaty.
Przez kibiców Widzewa zostanie zapamiętany głównie dzięki znakomitej grze w dwumeczu z Liverpoolem. Zresztą, takich spotkań Pan Włodek zaliczył zdecydowanie więcej. Jeśli zaś chodzi o reprezentację, to najlepszy mecz zaliczył w Lipsku, kiedy to, jak sam twierdził, zagrał niemal idealnie. W spotkaniu z NRD był kluczową postacią naszej drużyny, która dzięki wygranej 3:2 zapewniła sobie awans na mundial do Hiszpanii.

Na mistrzostwach świata w 1982 roku, w których Polska zdobyła brązowy medal, szczególnie zapamiętany został jeden mecz. Pojedynek z ZSRR. W końcówce przy bezbramkowym remisie, dającym nam awans, Smolarek pędził w stronę chorągiewki i tam starał się jak najdłużej utrzymać przy piłce, zyskując cenne sekundy. Moja mama z wielkim wzruszeniem wspomina tamte chwile. Polacy utarli nosa braciom ze Związku Radzieckiego. W zasadzie większą radość sprawiło odpadnięcie ZSRR niż awans Polaków. Mecz przeciwko Sowietom był swego rodzaju protestem. A flaga Solidarności, którą przez sekundę można było dostrzec w telewizyjnej transmisji, zapewne dodała skrzydeł naszym orłom.











