Po długim rozbracie z murawą swojej szansy doczekał się ten, który niegdyś miał podbijać włoską Serie A i być potencjalnym reprezentantem Polski. Kariera jednak nie potoczyła się zgodnie z jego planami i dziś gra tam, gdzie jeszcze kilka lat temu nikt się tego nie spodziewał.
Nie zawsze jest tak, jakby się chciało i planowało. Życie pisze różne scenariusze i ten napisany dla bramkarza Widzewa też mógłby nadawać się na interesującą i wciągającą książkę. Będąc jeszcze młodzieżowcem, Wojciech Pawłowski, gdy dostał ofertę z bardziej renomowanej drużyny, i co za tym idzie również bardziej popularnej ligi, nie potrafił odmówić. Zaryzykował i wyjechał. Konsekwencją jego ruchu było to, że jak szybko wyjechał tak szybko wrócił.
Mimo przysłowiowego kopa w… każdy wie gdzie, bramkarz szukał swoich sił gdzieś indziej. Nie odnalazł się ponownie w Polsce na najwyższym szczeblu, ale jego usługami zainteresował się klub, który podobnie jak Pawłowski, ma zamiar wrócić tam, gdzie grał przed laty – do ekstraklasy.
Z podkulonymi ogonami
Akurat tak się złożyło, że w Widzewie nie tylko wspomniany były bramkarz Udinese nie podołał w podbijaniu Europy. Podobną drogę przeszedł dotychczasowy numer jeden między słupkami łódzkiego klubu – Patryk Wolański. Wychowanek klubu swoich sił kilka lat wcześniej próbował w słabszej co prawda lidze od włoskiej, mowa o Danii, lecz los nie był i w tym przypadku zbyt łaskawy.
Szukający jednak golkipera gwarantującego określoną jakość Widzew postanowił podać rękę najpierw Wolańskiemu, a gdy naszła potrzeba wyszukania konkurencji dla jednego z liderów szatni, to swoją okazję do odbudowania formy dostał właśnie Pawłowski.
Sprowadzony latem bramkarz od razu jednak swojej szansy nie dostał. Trener Marcin Kaczmarek z decyzją o roszadzie między słupkami czekał aż do 7. kolejki II ligi, kiedy to łodzianie zajmujący miejsce gdzieś w środku stawki musieli zagrać bardzo trudny mecz z liderem – Stalą Rzeszów.
I tu rozpoczyna się droga Wojciecha Pawłowskiego, który po półtorarocznym rozbracie bramką powraca i to w fantastycznym stylu. Swoimi interwencjami zrobił efekt „wow” i spowodował poważny, aczkolwiek pozytywny ból głowy u trenera. Sam zawodnik zresztą w pomeczowym wywiadzie nie krył zadowolenia ze swojego występu:
– Byłbym głupi, gdybym powiedział, że nie stresowałem się tym występem, szczególnie po tak długiej przerwie, ale właśnie po to się trenuje, po to staram się te swoje słabości pokonywać, by dobrze wyglądać w meczu. Wiadomo, że dla bramkarza pierwszy kontakt z piłką jest najważniejszy. Udana interwencja zwiększa pewność siebie – skomentował swój powrót.













