Bezbarwność, bezzębność, rozlazłość… Liczba epitetów mogących określić zespół Ernesto Valverde jest tak duża, jak problemy „Blaugrany” w grze defensywnej. Problemy, których występowanie podczas meczu z Realem Madryt aktywowało znane już kibicom obawy. Bo jeśli Barcelona przy każdym możliwym starciu z odważniej grającym rywalem chwieje się nogach, jej przyszłość po prostu nie może malować się w kolorowych barwach. To swego rodzaju choroba, która jest w stanie przekreślić marzenia o wielkich sukcesach z Ligą Mistrzów na czele.
Barcelono, przestań marzyć o Lidze Mistrzów, jeśli nie potrafisz bronić
Powyższe słowa powinni usłyszeć wszyscy piłkarze Barcelony poza jednym, który tę od dawna chwiejącą się konstrukcję podtrzymuje dosłownie na własnych rękach. Bo czy jakikolwiek kibic katalońskiego klubu potrafiłby sobie dzisiaj wyobrazić drużynę bez Marca-Andre ter Stegena? Może w grze komputerowej… choć nawet tam nieobecność Niemca między słupkami byłaby czymś zdecydowanie niewskazanym.
Golkiper Barcelony jest jej najlepszym piłkarzem obok Lionela Messiego na przestrzeni trwającego sezonu. I może to zdanie ma wymiar pozytywny, jednak spojrzenie na przyczyny takiego stanu rzeczy zabija wszelki optymizm, spokój ducha czy nadzieję na lepsze jutro. Barcelona stała się bowiem drużyną tak podatną na ataki rywali, że nawet ekipy pokroju Levante czy Mallorki nie mają problemu ze stwarzaniem poważnego zagrożenia. A co najbardziej niepokojące, „Barca” słania się na nogach w najważniejszych momentach sezonu, czyli pojedynkach kluczowych, tych najbardziej wymagających.
Barcelona dysponuje najgorszą defensywą wśród czołówki La Liga (20 straconych bramek w 17 kolejkach). Co więcej, jej „osiągi” stoją na poziomie Osasuny czy Realu Valladolid.
„Królewscy” we wczorajszym meczu dobitnie udowodnili, że zaatakowanie defensorów Barcelony od 1. minuty zawsze przynosi wymierne efekty. Podopieczni Zinedina Zidana napierali z każdej strony, stwarzając wrażenie osaczenia do tego stopnia, że MATS zmuszony był albo wybijać piłkę na oślep, albo kierować podanie do Leo Messiego czy Luisa Suareza. I cóż, chyba nie trudno się domyśleć, że próba posłania futbolówki do tego drugiego jest ostatnimi czasy wyjątkowo karkołomnym manewrem. A to srogo kosztuje i może kosztować jeszcze więcej, gdy w buty kata wejdą zespoły pokroju Liverpoolu.











