„Mogę obiecać jedno – niezależnie jak długo będę tu jako trener, to coś dla tego klubu zrobię. Obalę kilka mitów, zrobię oczyszczenie, które jest potrzebne mi jako trenerowi i każdemu następnemu, żeby normalnie funkcjonować i zwiększyć szanse na sukces.”
Wczoraj z Legią pożegnał się Aleksandar Vuković. Trener, który na samym początku kariery został wsadzony na wysokiego konia, po 17 miesiącach żegna się z rolą szkoleniowca Legii Warszawa. W tym czasie zdołał wygrać mistrzostwo Polski czy też dojść do półfinału Pucharu Polski. Mimo to prezes Mioduski uznał, że czas serbskiego szkoleniowca dobiegł końca. Czy miał rację?
Obalić kilka mitów
Po pożarze, jaki wywołał w szatni Legii Ricardo Sa Pinto, trener Vuković jawił się jako strażak, któremu uda się okiełznać pełnych buty piłkarzy. Na pierwszej konferencji Serb grzmiał o dwóch rodzajach legionistów w drużynie. Jednymi z nich mieli być tacy, którzy dużo o miłości do Legii mówią. Drudzy zaś to tacy, których idzie poznać po ich postawie boiskowej, to jest walce do samego końca, nieodstawianiu nogi, pełnym zaangażowaniu przez 90 minut. W wyliczance tej należy oddzielić charakter ludzki od charakteru piłkarskiego.
Na pewno nikt nie zarzuci Arkadiuszowi Malarzowi braku wielkiego serca, woli walki czy też pełnego zaangażowania, które prezentuje teraz w ŁKS-ie, ale widać było, że i Legii, i doświadczonemu bramkarzowi zmiana otoczenia była potrzebna. Vuković pożegnał jeszcze jednego z ulubieńców „Żylety” – Michała Kucharczyka. Ten chociaż stanowił niewątpliwie ważny punkt w układance stołecznej drużyny, nigdy nie zasłużył grą na estymę, jaką cieszył się na Łazienkowskiej. Nie myślał o osiągnięciach drużyny, a wystarczały mu peany, jakie bili na jego cześć kibice. Trener pokazał, że nie ma dla niego „świętych krów” i „Kuchego Kinga” najzwyczajniej w świecie się pozbył.
Nieco inaczej sytuacja miała się z Iberyjczykami, którzy nie przetrwali w Legii rządów „Vuko”. Iuri Medeiros, niespełnione złote dziecko portugalskiej piłki. Piłkarz, który w żadnym ze swoich 15 występów w barwach „Wojskowych” nie udowodnił, że jest wartością dodaną. Uważał, że może budować swoją karierę na byciu wychowankiem Sportingu. Nie przeszło to jednak u serbskiego szkoleniowca.
Drugi z piłkarzy, popularny Carlitos, miał chęć do gry, ale nie mógł zrozumieć, że w projekcie „Legia Aleksandara Vukovicia” jest ogniwem ważnym, ale nie kluczowym. Trener chciał wprowadzić do zespołu młodych napastników takich jak Rosołek, Niezgoda czy Kulenović, a hiszpańskiej gwieździe nie do końca pasowało dzielić się z kimś minutami na murawie. W ten sposób dokonała się rzecz najważniejsza, to jest oczyszczenie relacji w szatni. Oczyszczenie trwałoby zapewne dalej, gdyż temperamentny Serb nie pozwoliłby żadnemu piłkarzowi wejść sobie na głowę.
Zwiększyć szanse na sukces
Niewielu jest trenerów, którzy tak ochoczo korzystaliby z akademii, jak robił to trener Vuković. Za jego kadencji szerszej publiczności mieli szansę pokazać się chociażby Karbownik, Mosór, Włodarczyk, Rosołek, Cielemęcki czy Kostorz. Jest to jeden z najważniejszych atutów Serba. Szkoleniowiec, który debiutuje w roli trenera pierwszej drużyny w tak dużym klubie jak Legia, mógłby iść na łatwiznę i oprócz obowiązkowego młodzieżowca (w tej roli bramkarz Majecki) puszczać na plac dużo bardziej doświadczonych zawodników. Vuković jako zadeklarowany legionista nie bał się jednak stawiać na stołeczną młodzież, a ta odpłaciła mu się bramkami, asystami i czystymi kontami.












