Mój Boże, co to będą za dni. Wielkanocny zajączek w tym roku przywdzieje hiszpańskie barwy i zawita do każdego fana futbolu czterokrotnie. Tym razem obżarstwo wysoce zalecane. A będzie z czego wybierać…
Nie wiem dlaczego, ale zawsze w takich chwilach najłatwiejsze porównania, które przychodzą mi do głowy, to porównania kuchenne. Gdyby opisywać te cztery czekające nas pojedynki w kategoriach kulinarnych, uczta to słowo ze wszech miar niewystarczające. Przed nami prawdziwy szwedzki stół. Co kto woli, wedle uznania i co najważniejsze, bez żadnych limitów, bo wszystkie potrawy z góry opłacone. To trochę tak, jakby wpaść na czyjeś wesele bez żadnej zapowiedzi i zaproszenia, ale zostać przyjętym do grona weselników ze wszystkimi honorami. Teraz wystarczy już tylko wziąć pozłacany widelczyk z zastawy babuni (jako znak przywiązania do polskości) oraz chiński półmisek dynastii Yuan (dla podkreślenia aspektu historycznego tegoż wydarzenia). A z pierwszym gwizdkiem pana Muniza Fernandeza można, a wręcz trzeba bezceremonialnie wetknąć łyżki i pałaszować to, co przygotują nam piłkarze na Estadio Santiago Bernabeu. 18 dni z El Clasico czas zacząć!
Przystawka: Tapas fuet
Jak na przystawkę przystało, niewielka aczkolwiek pożywna kiełbaska na cienkim białym chlebie, do smaku z oliwką, papryczką lub pomidorkiem. Wybrana przeze mnie trochę przewrotnie, na przekór, bo to przecież wyrób stuprocentowo kataloński, a pierwsze starcie ma miejsce przy Concha Espina. Jose Mourinho chyba musiał się pogodzić z faktem, że w lidze Barcelona wskoczyła już na następną orbitę. Real tym razem musi przywdziać worek pokutny (nie mam na myśli manity) i kajać się przed milionami fanów za straty punktów (w kolejności chronologicznej) z Levante, Almerią, Osasuną, Deportivo i Sportingiem Gijon. Pierwszej kolejki i meczu z Osasuną tu nie wliczam, mając w pamięci „wyczyn” Barcelony z inauguracji sezonu. Dla drużyny, która jak co roku walczy o najważniejsze hiszpańskie trofeum, takie ubytki są nie do przyjęcia.

Oczywiście, szanse matematyczne nadal istnieją (i być może istnieć będą jeszcze kilka tygodni), ale żeby zdetronizować Barcelonę, musiałoby dojść do jakiegoś gigantycznego, międzyplanetarnego wybuchu który zmiótłby z powierzchni ziemi 50% obecnych fanów Barcelony (którzy w popłochu zaczęliby szturmować kibicowskie sklepy w poszukiwaniu wszelakich gadżetów Realu). Przegrana liga to jak na razie pierwsza indywidualna porażka „The Special One” w Madrycie, który przed sezonem stroszył w mediach piórka, odgrażając się Barcelonie każdym paluszkiem. Dlatego też na przystawkę nic specjalnego, aczkolwiek z nutką sentymentalnego powrotu do pewnego listopadowego wieczoru, tak na otrzeźwienie. Real odpuści ten mecz? Quizas…










