Tekst dotyczący Villarrealu trudno zacząć od pobieżnego wprowadzenia. Niewielki klub, z równie niewielkiego miasta, osiągnął niewiele sukcesów w niedługim czasie. Niestety historia zatoczyła koło i klub, który niegdyś balansował na krawędzi pierwszej i drugiej ligi, a potem narobił sporo zamieszania w Lidze Mistrzów i La Liga, znów znalazł się po drugiej stronie muru i walczy o powrót do hiszpańskiej elity.

Parę lat temu próbowałem forsować teorię, że Villarreal ma potencjał, by stać się czwartą, a może nawet trzecią siłą piłkarską w Hiszpanii. Nie spodziewałem się jednak, że moje przypuszczenia mogą tak mocno spalić na panewce. Kiedy „Żółta Łódź Podwodna” wygrała dwukrotnie Puchar Intertoto, a do klubu wkroczył nieznany dotąd szerszemu spektrum Manuel Pellegrini, piłkarze z El Madrigal dopiero zaczynali kształtować swój styl i przyszłość. Gwiazdą Villarrealu, dyrygentem, rozgrywającym, crakiem naznaczono wówczas Juana Romana Riquelme. Stopniowy progres czyniony przez zespół był na tyle znaczący i zauważalny, że klub z powodzeniem rywalizował w Lidzie Mistrzów w sezonie 2005/2006 z takimi potęgami, jak: Inter Mediolan, Manchester United czy Celtic Glasgow. Mniej szczęścia piłkarze z El Madrigal mieli w półfinale przytoczonego sezonu, w którym zremisowali na Highbury z Arsenalem i nieznacznie przegrali u siebie, kiedy w 89. minucie rzutu karnego na wagę prawdopodobnie dogrywki nie strzelił wspomniany już Riquelme. Obok Argentyńczyka barw klubu bronili choćby Javi Venta, Diego Forlan, Alessio Tacchinardi, Marcos Senna, Juan Pablo Sorin, Rodolfo Arruabarrena czy Jose Mari.
Po sukcesie, bo za taki trzeba uznać półfinał, w Lidze Mistrzów Villarreal zdystansował rywali na krajowym podwórku, ustępując miejsca tylko Realowi Madryt w sezonie 2008/2009. Drużyna z malutkiego, 50-tysięcznego miasteczka była na ustach całej Europy, by nie powiedzieć świata. Zachwycali się nią fachowcy, ale też przeciętni kibice. Zespół grał bezkompromisowo, odważnie, z polotem, fantazją i dokładnością, której nie powstydziłyby się największe firmy światowego futbolu. Jednak z roku na rok z klubu odchodzili najważniejsi piłkarze, aż przyszedł czas na samego Manuela Pellegriniego. Los popularnego „Inżyniera” skojarzył go z Florentino Perezem i Realem Madryt.













