Szalony naukowiec czy elegancki staruszek z melonikiem? Człowiek z żelaznymi zasadami czy buntownik? Arsene Wenger ma wiele twarzy, jednak coraz częściej każdą z nich musi chować w dłonie. Właśnie mija 15. rok, od kiedy pojawił się w północnym Londynie.
Lubimy wielkie postacie. Chętnie operujemy i odnosimy się do symboli. Niewątpliwie jednym z nich, obok wielkiej, mosiężnej armaty, jest chuderlawa postać Arsene Wengera. Od półtorej dekady trwa jego romans z „Kanonierami”. Jubileusz bardzo przyjemny i chlubny, tylko,= że akurat musiał się przytrafić w tym przygnębiającym sezonie. Może wpis powinien brzmieć inaczej. Czy Wenger kiedykolwiek miał jaja? Może tak? Albo: Coś Ty, Arsene, narobił?
Należę do zwolenników francuskiego menedżera. Cieszę się, że Arsenalem dowodzi tak wybitna postać. I muszę szczerze przyznać, że nie wyobrażam sobie kogoś innego siedzącego obok piłkarzy, kopiącego butelki wody mineralnej czy pospieszającego z pretensjami do sędziów technicznych. Oczywiście, nie znaczy to, że muszę przyjmować każdą jego decyzję z uśmiechem i aprobatą.
Dzieje się źle. Często czytam różne komentarze pod artykułami na przeróżnych portalach (również zagranicznych) i widzę, co ludzie uważani, oczywiście, za sympatyków Arsenalu potrafią wypisywać o trenerze. Błoto i pomyje, w których go taplają, cuchną okropnie (jednak to chyba mało poważny argument). Cieszę się, że ostatni bastion zwolenników Wengera ciągle jest i trzyma się dobrze. Chociaż pamiętam, że kiedyś na stadionie widniało o wiele więcej transparentów „in Arsene we trust”.
Ta wiara w każdym z nas była ogromna, ale jednak z sezonu na sezon, z meczu na mecz maleje. Większość z nas, kibiców, po prostu przestaje rozumieć podejmowane decyzje, wypowiedziane słowa czy bierność, jaką serwuje nam ten wiecznie elegancki menedżer. Dlatego pytam: kim jest w dzisiejszym futbolu Arsene Wenger?
Samozniszczenie, jakiego dokonuje francuski trener, jest bardzo bolesne. Maszyna do zwyciężania, którą budował przez trzy, cztery lata, działała sprawnie, aż zacięła się na amen sześć lat temu. Trzeba dodać, że na życzenie menedżera. Co okienko transferowe przeżywamy to samo – łudzimy się, że ktoś przyjdzie, jednocześnie mocno wierząc, że nikt z mocarzy nie zgłosi się po nasze największe gwiazdy. Przed rozpoczęciem rozgrywek chciwie nasłuchujemy: o co będziemy walczyć, co możemy osiągnąć. Voila! Pętla domknięta. I tak od co najmniej dwóch, trzech lat.
Każdy z nas widzi, a drużyna „Kanonierów” boleśnie tego doświadczyła, że futbol się zmienił. Wśród rozgardiaszu nienormalnych właścicieli jesteśmy ostatnimi, którzy nie zostali dotknięci chorobą wydawania milionów. Ale bez tego nie przetrwamy, a cała pierwsza runda spotkań była ostrzeżeniem. Przecież to nie kto inny jak piłkarze Wengera wspinali się z 17. miejsca w tabeli. Więc ja nie rozumiem – czemu? W imię własnych zasad, eksperymentu czy totalnego obłędu?
Najboleśniejszy jest fakt, że po raz kolejny odbieramy lekcję futbolu od Manchesteru United – klubu, który prowadzi sir Alex Ferguson, jeszcze większy elegant, jeszcze starszy mężczyzna. I chyba wypada powiedzieć – mądrzejszy facet, któremu przystosowanie się do brutalności obecnego futbolu nie poszło po grudzie. I teraz wiekowy trener „Czerwonych Diabłów” zbiera kokosy – jest drugi i ciągle uczestniczy w walce o mistrza Anglii. Czujecie ten zapach? Bo ja już go nie pamiętam…










