ŁKS na siedem kolejek przed końcem sezonu jest w zasadzie na wylocie z PKO Ekstraklasy. W obecnej sytuacji łodzianom głównie pozostaje walka o poprawę wizerunku zespołu i niepozostawienie po sobie fatalnego wrażenia w najwyższej klasie rozgrywkowej. Jak jednak skutecznie odbijać się od dna, grając bez piłkarza odpowiedzialnego za zdobywanie goli? Na nic zdało się zimowe wietrzenie szatni i sprowadzenie dwóch nowych snajperów. Strzelecki marazm dopadł napastników ŁKS-u i nie pozwala im wejść na ekstraklasowy poziom.
Symbolem niemocy strzeleckiej napastników „Rycerzy Wiosny” może być fakt, że wiosną najlepszym strzelcem zespołu jest… obrońca Carlos Moros Gracia. Z kolei ci, z których pod bramką rywali powinien być największy pożytek, nie wnoszą do gry zespołu w zasadzie nic. Łączny dorobek bramkowy trzech napastników Sekulski, Wróbel, Corral to okrągłe zero.
Miłe złego początki
A przecież początkowa faza sezonu nie zapowiadała takich problemów ze strzelcami w łódzkim klubie. Po 11 kolejkach w ŁKS-ie dwóch napastników miało już w dorobku cztery gole. Łukasz Sekulski zaczął swoje strzelanie w Krakowie, dołożył dwa trafienia w spotkaniu z Legią w Łodzi, a kolejkę później pokonał także bramkarza Wisły Płock i po siedmiu kolejkach był jednym ze skuteczniejszych napastników PKO BP Ekstraklasy, mimo że ŁKS zajmował wówczas przedostatnie miejsce w tabeli.
Nieco wolniej rozkręcał się Rafał Kujawa, który swoją szansę do gry otrzymał wskutek urazu podstawowego napastnika „Rycerzy Wiosny”. Pierwszy raz grając od pierwszej minuty, strzelił honorowego gola w upokarzająco przegranym meczu 1:4 z Arką Gdynia przy alei Unii 2. Niespełna tydzień później trafił także w spotkaniu Pucharu Polski z Zagłębiem Sosnowiec, ale popis strzelecki przypadł mu na potyczkę z Koroną Kielce, która miała okazać się przełomowa dla ŁKS-u w lidze. Wówczas to Kujawa zaaplikował rywalom trzy gole i przerwał tym samym haniebną serię ośmiu porażek z rzędu Łódzkiego Klubu Sportowego.
Kto wtedy mógł przypuszczać, że z meczem przeciwko Koronie Kielce na początku października ubiegłego roku skończy się strzelanie napastników ŁKS-u? Tak, 6 października 2019 roku po raz ostatni napastnik ŁKS-u trafił do bramki rywali w spotkaniu ligowym. Od tego czasu minęło już osiem miesięcy, a koszmarna seria trwa. Rafał Kujawa nie jest już piłkarzem pierwszego zespołu ŁKS-u, Łukasz Sekulski przestał być wyborem numer jeden, a ze ściągniętej zimą dwójki Corral – Wróbel żaden nie grzeszy skutecznością.








Regres gry jest widoczny wyraźnie szczególnie u Łukasz Sekulskiego. Grając jeszcze w 1. lidze, trafiał do bramki rywali średnio 2,5 raza częściej w porównaniu z częstotliwością strzelania w ekstraklasie. Na jego przykładzie zatem widać różnicę poziomową między oboma poziomami rozgrywkowymi. Co ciekawe, patrząc przez pryzmat częstotliwości strzelania goli, niewielka jest różnica w grze Rafała Kujawy. W 1. lidze trafiał do bramki rywali średnio co 167 minut, w ekstraklasie zaś tylko co 10 minut rzadziej.
Porównując zdobycz bramkową najlepszego strzelca każdego z klubów PKO BP Ekstraklasy obecnego sezonu i zestawiając ją z czterema golami Sekulskiego i Kujawy dla ŁKS-u, efekt okaże się brutalny dla łodzian. Okazuje się bowiem, że w żadnej innej drużynie najskuteczniejszy piłkarz nie miałby tak mizernego dorobku. Tylko w Łódzkim Klubie Sportowym żaden obecny piłkarz zespołu (nie liczymy Daniego Ramireza, który w barwach ŁKS-u zdobył sześć bramek, ale już nie gra przy alei Unii 2) nie dobił do granicy pięciu strzelonych goli.




