Pierwsze trzy zespoły Premier League wygrały dzisiaj swoje mecze. Liverpool rozbił Norwich, Arsenal nie miał problemów z Hull, a Chelsea po wielkich emocjach wywiozła trzy punkty z Sunderlandu. Bohaterem wieczoru był zdecydowanie Luis Suarez.
Naprawdę dużo problemów ze zwycięstwem miała Chelsea. Ostatni w tabeli Sunderland sprawił niepewnym dzisiaj londyńczykom wiele problemów. Ostatecznie jednak wygrali oni 4:3, głównie dzięki świetnemu dzisiaj Edenowi Hazardowi.

Od początku to goście atakowali. Pierwotnie nie były to naloty dywanowe, choć inicjatywa była zdecydowanie po stronie londyńczyków. Cóż jednak z tego, skoro pierwszego gola zdobyli miejscowi? Przyznać trzeba, dość szczęśliwie, ale i przy niezbyt aktywnej postawie obrońców. Po strzale z rzutu wolnego piłka odbiła się od kilku zawodników aż w końcu spadła pod nogi Altidore’a. Ten bez zastanowienia odwrócił się i strzelił i zanim do Amerykanina doskoczył John Terry, piłka była już w siatce. Sunderland jednak nie cieszył się prowadzeniem długo, bo zaledwie 180 sekund. Hazard zakręcił obrońcą z lewej strony pola karnego i zagrał wprost na nos Lamparda. Anglik z czterech metrów nie mógł się pomylić i istotnie wyrównał wynik.
Świta Mourinho nie przyjechała jednak po remis i ruszyła do ataku. Przez kolejne 20 minut groźnie nie było, aż w końcu znowu z piłką przy nodze znalazł się Hazard. Belg był zbyt szybki dla obrońców, zszedł do środka i mocnym strzałem w długi róg zdobył gola na 2:1. Taki wynik utrzymał się do przerwy.
Pięć minut po zmianie stron był remis. Piłka po wrzutce z rzutu rożnego minęła wszystkich, aż w końcu spadła na nogę O’Shea, który kopnął mocno i wprost do siatki. Chelsea, jakby oszołomiona, nie mogła się początkowo pozbierać. Jednak po kilku minutach znowu zaczęła zagrażać bramce rywali. W 62. minucie Hazard zagrał do Lamparda, Anglik piętą odegrał do Belga, a ten znowu zbiegł z piłką do środka i uderzył z całej siły, nie dając Manone’owi żadnych szans.
Gospodarze nie chcieli się poddać i starali się zagrozić bramce. Obrońcy Chelsea grali bardzo niepewnie, więc Mourinho wpuścił Mikela za Matę, by wzmocnić defensywę. Z pomocą nerwowym londyńczykom przyszedł jednak… przeciwnik. W 84. minucie Ba biegł z piłką prawą stroną i dośrodkował w pole karne. Zrobił to fatalnie, ale Bardsley zachował się jeszcze gorzej. Przekonany, że ktoś za nim biegnie (gdy wcale tak nie było), chciał wybić piłkę poza boisko. Zamiast tego wbił ją do własnej bramki.
Wydawałoby się, że tym zagraniem podciął skrzydła swoim kolegom na dobre. Nic bardziej mylnego! Minutę później bowiem… znowu trafił do siatki, tym razem tej właściwej! Znowu rzut rożny, dośrodkowanie takie sobie, które mija wszystkich i piłkę do bramki pakuje Bardsley. 4:3 i sześć doliczonych minut. Nerwowych minut dla gości. Modlili się chyba o końcowy gwizdek, bo nie wyglądali na zbyt pewnych siebie. Gospodarze mieli nawet jedną niezłą okazję, żeby wyrównać, ale w kluczowym momencie nie miał kto oddać strzału. Ostatecznie Chelsea w wielkich bólach, ale jednak, pokonała Sunderland, dzięki czemu nadal traci do Arsenalu cztery punkty.












