Z dwóch polskich trenerów w afrykańskich pucharach klubowych został już tylko jeden. Kazimierz Jagiełło odpadł z Hafią FC w pierwszej rundzie kwalifikacji Pucharu Konfederacji Afryki w pojedynku z burkińskim Etoile Filante. Przed rewanżem w nieciekawej sytuacji był też Czesław Michniewicz, który przegrał pierwszy mecz z nigeryjskim Remo Stars. W rewanżu jego ekipa pokazała jednak zupełnie inną jakość i odwróciła losy dwumeczu. Jak wyglądała gra FAR Rabat prowadzonego przez Michniewicza? To wszystko opisujemy poniżej.
Pierwsze wieszane psy
Nie jest tajemnicą, że Czesław Michniewicz w ostatnich latach nie cieszy się dobrą opinią wśród wielu polskich kibiców. Można się było zatem spodziewać, że niezależnie, gdzie trener zakotwiczy po zakończeniu pracy w saudyjskim Abha FC, znajdą się ludzie wyczekujący na jego potknięcie. Na pożywkę nie trzeba było czekać długo.
W pierwszym meczu z Remo Stars AS FAR Rabat przegrał 1:2 na wyjeździe. To spowodowało lawinowe wylewanie pomyj na trenera w polskiej części internetu. Z taką ewentualną wypadkową zapewne Czesław Michniewicz liczył się już przed meczem. Naturalnie, trudno brać na poważnie brak merytorycznych argumentów w takich potyczkach słownych, gdyż nie ukrywajmy – Polaków oglądających transmisję tego spotkania można było zapewne policzyć na palcach dwóch rąk.
Jednak tym, co mogło polskiego trenera ruszyć, jest fakt, że pojawiły się pierwsze, mocno negatywne komentarze ze strony niektórych wieloletnich marokańskich fanów AS FAR Rabat. I uczciwie mówiąc – krytyka za ten mecz się należała.
Remo Stars przez pierwsze pół godziny wręcz zdominowało spotkanie i sukcesem był fakt, że wicemistrz Maroka stracił przez ten czas tylko jedną bramkę. Czesław Michniewicz, który przez ostatnie lata raczył kibiców swoich drużyn defensywną grą, nie do końca poukładał szyki obronne. Boki defensywy zostawiały bardzo dużo miejsca, a są to sektory, w których Remo Stars jest właśnie najgroźniejsze.
https://twitter.com/AtKoraMaroc/status/1825203368480170137
Dopiero po mniej więcej 30 minutach FAR Rabat się przebudziło i zaczęło tworzyć proste akcje kombinacyjne, głównie na lewej flance. Wraz z biegiem gry piłkarze zaczęli się coraz bardziej zazębiać i gra mogła się zacząć podobać. Tuż po rozpoczęciu drugiej połowy Marokańczycy mogli mieć rzut karny, ale i bez niego doprowadzili do remisu. Po czym… ponownie absolutnie się wyłączyli. Tak, jakby mecz miał się zakończyć w 55. minucie, a remis absolutnie miał wystarczyć FAR Rabat. Nigeryjczycy po chwili to wykorzystali, strzelili bramkę i wygrali spotkanie.











