Wyobraźcie sobie turniej w Stanach Zjednoczonych, Meksyku bądź w Hondurasie, na który przyjeżdża szesnaście drużyn narodowych. Nie są to jednak sami reprezentanci strefy CONCACAF, ale piłkarskie tuzy pochodzące z tej piłkarsko bogatszej krainy leżącej na południe od Kanału Panamskiego. Brazylia, Argentyna, Urugwaj i Kolumbia stające w szranki z zespołami z Ameryki Środkowej i Północnej, walczące o miano mistrza obu Ameryk. Już niedługo tego typu turniej nie będzie traktowany w kategoriach piłkarskiego sci-fi, a na mapie futbolowego świata może powstać konkurent dla europejskiego czempionatu.
Kiedy CONMEBOL i CONCACAF wspólnie ogłaszały ponad roku temu, że w 2016 roku w USA odbędzie się turniej okolicznościowy, uświetniający stulecie powstania rozgrywek, wielu odetchnęło z ulgą. Już wcześniej coraz głośniejsze były głosy, że obie federacje powinny dążyć do swoistej fuzji i połączenia obu rozgrywek w jedną całość. Co więcej, głosy te odnosiły się nie tylko do rozgrywek reprezentacyjnych, ale także klubowych, co w dalszej perspektywie wydaje się równie znakomitym pomysłem. Ostatecznie się potwierdziły. Turniej się odbędzie, a Copa America po raz pierwszy w historii ma szansę stać się globalnym produktem w całym tego słowa znaczeniu. Zacznijmy jednak od początku.
Jesteście w stanie wymienić mi ostatniego zwycięzcę Ligi Mistrzów strefy CONCACAF? Albo zespół, który jako ostatni wygrał Gold Cup, oprócz Meksyku bądź Stanów Zjednoczonych? Zalecam użycie wujka Google i zadanie sobie tego trudu. Jednakże sam fakt, że takich informacji należy szukać, pozostawia w nas pewną wątpliwość. Jak mało interesujące muszą być te rozgrywki i z jak znikomym zainteresowaniem muszą się spotykać, skoro nie docierają one do szerszej publiczności?
Przenieśmy się na chwilę na Południe. Kto z Was nie lubi czasem zarwać nocy i ponieść się wielkim derbom Buenos Aires, obejrzeć legendarne Corinthians, Sao Paulo czy Flamengo w akcji albo się zastanawiać, kiedy znowu w Copa Libertadores dojdzie do tak niespodziewanego zwycięstwa jak to LDU Quito z 2008 roku? Od 11 czerwca futbolowych maniaków czeka równie trudny okres i multum nieprzespanych nocy spowodowanych rozgrywaniem Copa America i nam pozostaje się tylko cieszyć, że ta karuzela znowu będzie się kręcić.
Nie opuszcza mnie jednak wrażenie, że z obu tych turniejów można wycisnąć więcej, a tym, co przychodzi mi pierwsze na myśl, jest połączenie rozgrywek. W tym momencie możecie napisać: Fuzja? Przecież CONMEBOL to się nie będzie opłacać!. Jasne, nie ulega wątpliwości, że jakościowo oba te turnieje to dwa zupełnie inne światy. Jednak bzdurą i zwykłym lekceważeniem byłoby niezauważanie możliwych pozytywnych skutków wynikających z połączenia obu federacji, zarówno na poziomie reprezentacyjnym, jak i klubowym.
Zacznijmy od tego, co zyskiwałby CONCACAF. Po pierwsze możliwość brania udziału w turnieju o wiele wyższym poziomie, który gwarantowałby drużynom z Ameryki Północnej granie z poważnymi rywalami częściej niż co cztery lata. Nie od dzisiaj powyżej równika narzekają na brak poważnych rywali. No bo z kim taki Meksyk, USA i Kostaryka mają rywalizować? Kuba? Nie ośmieszajcie mnie. Honduras? Młodziki właśnie dostają trójkę od chłopaków z Fidżi. Gwatemala, Haiti, Jamajka? No właśnie…











