We wczorajszym spotkaniu na Aviva Stadium zremisowaliśmy 1:1 z Irlandią i możemy czuć w pełni uzasadniony niedosyt. Pomimo meczu rozgrywanego na wyjeździe reprezentacja Adama Nawałki, niesiona dopingiem licznej rzeszy polskich kibiców zgromadzonych wczorajszego wieczoru w Dublinie, miała w tym spotkaniu dyktować warunki. Tymczasem polscy piłkarze dostosowali się do prostego jak budowa cepa futbolu Irlandczyków, co ostatecznie okazało się dla nas zgubne. Co wczoraj zawiodło i było naszym najsłabszym punktem?
Zacznijmy od tego, że pozwoliliśmy wczoraj Irlandczykom grać na ich zasadach, co w 91. minucie brutalnie się zemściło. Nie trzeba było być piłkarskim ekspertem, żeby przewidzieć, w jaki sposób piłkarze z „Zielonej Wyspy” zagrają z reprezentacją Adama Nawałki. Ich futbol opierał, opiera i będzie się opierać na twardej, prostej i bezpardonowej grze. Wiedzieliśmy o tym od dawna, lecz jak pokazuje wczorajsze spotkanie – nie zrobiliśmy nic w tym kierunku, aby narzucić własny styl gry (jeżeli w ogóle takowy mamy). Zamiast grać w piłkę, dostosowaliśmy się do sposobu gry Irlandczyków, czego rezultatem było spotkanie przypominające bardziej mecz rugby niż eliminacyjne spotkanie do mistrzostw Europy.
Przez cały mecz nasza gra opierała się niemal wyłącznie na defensywie. Oddaliśmy jedynie trzy strzały na bramkę (przy dziewięciu Irlandii), z czego tylko jeden w wykonaniu Peszki – okazał się celny i być może decydujący w kwestii walki o awans do mistrzostw Europy. Bramkę dla Polski strzelił skrzydłowy, a dwie największe gwiazdy formacji ofensywnej – Lewandowski i Milik, które teoretycznie miały odpowiadać za stwarzane przez naszą drużynę sytuację podbramkowe – nie oddały żadnego celnego strzału w kierunku bramki Givena. W ataku nasz kapitan i zawodnik Ajaksu praktycznie nie istnieli, a zdecydowanie częściej oglądać ich mogliśmy cofniętych i biorących się za rozgrywanie. Z czego to wynika? Moim zdaniem z braku środkowego pomocnika, który wziąłby na siebie ciężar rozgrywania akcji i odznaczył się chociaż odrobiną kreatywności. Nie oszukujmy się i postawmy sprawę jasno – Tomasz Jodłowiec nigdy nie był, nie jest i nie będzie zawodnikiem na miarę reprezentacji. „Jodła” (drewniany pseudonim przecież w końcu do czegoś zobowiązuje) we wczorajszym spotkaniu przeszedł obok meczu. Pomocnik Legii był kompletnie niewidoczny w defensywie (a podobno to jest jego głównym atutem), nie brał jakiejkolwiek odpowiedzialności za kreację gry, a momentami można było odnieść wrażenie, że przy piłce znajduje się 15-letni spanikowany junior niż jeden z wyróżniających się piłkarzy Legii Warszawa.











